Natura, tradycja, historia: Wycieczka do Japonii (cz. 2)

140

W jednym ciągu miejskim z Tokio położone jest drugie największe miasto Japonii – Yokohama. Gdyby nie wspaniałe autostrady, zarówno pod względem utrzymania, jak ich liczby, przejazd z centrum stolicy do głównego portu morskiego kraju zająłby wiele godzin. Nam, mimo porannego natężenia ruchu, zabrało tylko półtorej godziny.

Tego dnia, oprócz Yokohamy, mieliśmy jeszcze w planie zwiedzanie Kamakury, gdzie znajduje się statua Buddy, jeden z największych tego typu posągów w Japonii. Niektórym z wycieczkowiczów wydawało się, że nie zdołamy wszystkiego „obskoczyć”, ale nasza pilotka, która oprowadza amerykańskie grupy od ponad 20 lat, zapewniła, że zaliczymy co potrzeba, gdyż program jest sprawdzony w praktyce i z dokładnością do pół godziny wrócimy do hotelu. I tak też było.

Yokohama to bardzo młode i nowoczesne miasto. Turystom ma niewiele do zaoferowania. Eleganckie wieżowce nacieszą oko architekta, ale nie przybysza, spragnionego widoku wielowiekowych zabytków. Na podstawie traktatu z 1859 roku mała rybacka wioska szybko zaczęła się zmieniać w międzynarodowy port, związany głównie z przepływem towarów chińskich i brytyjskich. Na początku XX wieku stał się on największym dworcem przeładunkowym w Azji. Okres rozwoju miasta zahamowało w 1923 roku dewastujące trzęsienie ziemi, które w 95 procentach zniszczyło jego zabudowę i zabiło 40 tysięcy mieszkańców. Jeszcze dobrze nie zostało odbudowane, a naloty bombowe w czasie II wojny światowej znowu obróciły w ruinę połowę grodu. Po jej zakończeniu w Yokohamie zainstalowano amerykańską bazę wojskową i w mieście znowu funkcjonuje największy port morski kraju.

Nabrzeże, z którego widać cumujące statki oceaniczne, jest pełne zieleni, wielobarwnych kwiatów i krzewów. Zjawiają się tu turyści, ale nie w takiej liczbie jak w innych atrakcyjnych miejscach. W dwu odnowionych budynkach z czerwonej cegły, w których przyjmowano i odprawiano towary do transportu okrętami, są sklepiki z pamiątkami i restauracje.

Z Yokohamy pojechaliśmy do pobliskiej Kamakury, która była administracyjną stolicą Japonii w latach 1192-1333. Dzisiaj znajduje się tam 19 świątyń shinto i 65 buddyjskich. Obejrzeliśmy monumentalny, 13-metrowy posąg Buddy z 1252 roku, wykonany z brązu. Statua przetrwała XV-wieczne tsunami i liczne trzęsienia ziemi. Aby zwiększyć jej szanse w przypadku kolejnej klęski żywiołowej, nowoczesnymi metodami wzmocniono jej podstawę. Będąc w mieście nie mogliśmy pominąć XIII-wiecznego kompleksu Engaku-ji z kaplicami, świątyniami, bramami i gigantycznym dzwonem, gdzie trafiliśmy na ślub. Młoda para ubrana była w tradycyjne stroje – kimona, które obowiązkowo wkłada się na taką okazję.

Przy jednej z głównych ulic – Wakamiya-oji — natknąłem się na jedyny w całej podróży punkt naszej religii – Centrum Katolickie, lecz niestety było już za późno, żeby go odwiedzić.

Dopiero po opuszczeniu Tokio zobaczyć można mało znany krajobraz, gdyż rzadziej jest opisywany przez obcokrajowców. Po obu stronach autostrady rozpościerają się niekończące się lasy, których gęstość zadrzewienia wprost zadziwia. To wynik sprzyjającego klimatu – mieszanki wilgoci i ciepłych wiatrów oceanicznych. W takiej scenerii dojechaliśmy do Hakone, które jest częścią Parku Narodowego Fudżi – Hakone – Izu. Region jest znany z gorących wód, naturalnego piękna i spektakularnych widoków na jezioro Ashinoko oraz pobliską górę Fudżi. W programie mieliśmy krótki rejs statkiem i przejażdżkę kolejką linową na górę Owakudani, skąd podziwialiśmy okolicę. Ale główną atrakcją dnia był podjazd do podnóża Fudżi. Drzemiący od 1707 roku wulkan, pierwsze erupcje notował 8-10 tys. lat temu. Przez stulecia uważany był za świętą górę i mogli nań wchodzić tylko duchowni i pielgrzymi. Kobiety miały zakaz i dopiero od 1868 roku mogą ją zdobywać.

Dla mnie, alpinisty bez specjalnych osiągnięć wspinaczkowych, wejście na szczyt, a raczej obejście wokół krateru szczytowego, byłoby nie lada frajdą, ale nie miałem żadnej szansy, bo ani nie dysponowałem odpowiednim sprzętem, ani nadmiarem wolnego czasu.

Po tej krótkiej, półtoradniowej randce z naturą i siedmiogodzinnej jeździe autobusem znowu mieliśmy spotkanie z historią, kulturą i tradycją – tym razem w Kioto. W granicach miasta, które przez ponad tysiąc lat cieszyło się statusem stolicy cesarstwa, znajduje się 1600 świątyń buddyjskich i 400 kaplic shinto. Do tego dochodzą pałace, ogrody, bramy, domy, kamienice i muzea. Zebrane pod jedną nazwą – Historyczne Pomniki Antycznego Kioto – zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest ich tyle, że trudno wszystkie wymienić, a co dopiero opisać, więc w ekspresowym skrócie przedstawię tylko te, które odwiedziliśmy.

Pałac Nijo-jo od otwarcia był przez ponad 400 lat świadkiem najważniejszych wydarzeń historii Japonii. Ukończony w 1603 roku służył rodzinie cesarskiej jako letnia rezydencja. Składa się z sześciu połączonych po przekątnej budynków. Są w nim 33 pokoje, w których wewnętrzne, płócienne ściany pokrywa ponad 800 malowideł ze zwierzętami, kwitnącymi drzewami wiśni i kwiatami, reprezentującymi wszystkie pory roku. Obeszliśmy go wokół, oczywiście boso, aby nie niszczyć naruszonej czasem podłogi. Kompleks otaczają bogato zakrzewione i ukwiecone ogrody z mnóstwem strumyków, ozdobnych kamieni, kładek i altanek. Największe wrażenie wywarła na mnie brama Kara-mon, której architektura miała reprezentować najwyższy status władzy. Jest majstersztykiem rzeźbiarstwa, najlepiej widocznego na suficie czterofilarowego dachu.

Kolejnym punktem zwiedzania Kioto była wizyta w średniowiecznym trzykondygnacyjnym Domu Kinkaku-ji, bardziej znanym zagranicznym turystom jako Złoty Pawilon. Został zbudowany za panowania Yoshimitsu, który porzucił oficjalne obowiązki, ale nie władzę, i w wieku 37 lat wstąpił do seminarium. Początkowo wyłożona złotymi liśćmi willa służyła mu za dom emerytalny, a po jego śmierci przystosowana została do roli świątyni. Niestety, w 1950 roku na wskutek podpalenia uległa całkowitemu zniszczeniu. Dziś podziwiać można jej replikę.

Dzień zakończyliśmy w zespole świątyń Kiyomizu-dera, którego główna budowla powstała, zanim jeszcze Kioto zostało stolicą – w 778 roku. Parokrotnie płonęła, ale odbudowana w 1633 roku stoi do dzisiaj.

Podobne historyczne miejsca czekały na nas w Osace. Tak jak wszędzie indziej podziwialiśmy ich piękno i znaczenie w dziejach Kraju Kwitnącej Wiśni. Muzeum, mające siedzibę w miejskim zamku, przenosi gości w odległe wieki. Pomaga w tym bogata kolekcja przedmiotów codziennego użytku, a także prace artystyczne. Sama budowla jest jednym z 12 pozostałych w Japonii zamków feudalnych, obwarowanym wysokim murem. Jego filmowy potencjał został w 1985 roku wykorzystany przez Akirę Kurosawę podczas kręcenia filmu „Ran”.

Kontrastem dla historycznego kompleksu jest futurystyczny wieżowiec Umeda Sky. Stąd (173 m) podziwiać można panoramę rozległego grodu. Centrum trzeciego pod względem liczby mieszkańców miasta kraju skupia się przy kanale Dotombori i przyległych ulic. I w dzień, i w nocy rozświetlony jest wymyślnymi neonami.

Autor: Wiesław Cypryś