Pekin cesarski, Pekin komunistyczny (cz. 2)

30

Państwo Środka – przez stulecia cieszące się sławą kraju leżącego na końcu świata, elitarnego królestwa rządzącego się tajemniczymi zasadami, zamkniętego, dumnego, delektującego się pewnością, że jest spadkobiercą wielkiej cywilizacji – otwiera się.

Tak przynajmniej deklaruje komunistyczny rząd, który chcąc, żeby Chiny liczyły się na arenie międzynarodowej, zmusił się do flirtu z Zachodem. Na ile to otwarcie jest prawdą, a na ile propagandowym frazesem, starałem się wychwycić w czasie swojej niedawnej podróży do tego państwa. Z góry muszę powiedzieć, że mój sceptycyzm na temat dobrowolnego samoreformowania się systemu nie zawiódł mnie.

Z wyjątkiem obywateli kilku krajów wszyscy inni muszą mieć wizę, żeby wjechać do Chin. W przypadku Amerykanów formularz wizowy składa się z czterech stron z dziesiątkami zbytecznych pytań, który musi być wypełniony wyłącznie drukiem komputerowym. Załączone zdjęcie musi odpowiadać kilkupunktowym wymogom, jakby chodziło o królewski portret.

Należy również dołączyć fotokopie paszportu, prawa jazdy i rozpiski podróży, podając nazwy hoteli, ich adresy i numery telefonów. Opłata wynosi 140 dolarów. W ten sposób władze zgarniają ogromne sumy pieniędzy, gdyż napływ obcokrajowców idzie w miliony, choć nie każde przekroczenie przez nich granicy kosztuje, gdyż standardowa wiza wystawiana jest na 10 lat, z możliwością wielokrotnego wjazdu. Ale rządzącym zależy nie tylko na zarobku, zbierają dane osobowe o przybyszach, ich ruchach, interesach oraz kontaktach z krajowymi firmami i obywatelami. To typowe postępowanie państwa policyjnego, które trzyma na wszystkim łapę.

Oddech Wielkiego Brata odczuwa się na każdym kroku, nawet w najważniejszych miejscach historycznych, a tam, gdzie łączą się one z polityką, staje się uciążliwy. Mam tu na myśli głównie plac Tiananmen w Pekinie. Wybrukowana przestrzeń jest miniaturą komunistycznego wszechświata i gigantycznym podkreśleniem potęgi państwa.

Tu pochowano założyciela Chińskiej Republiki Ludowej Mao Zedonga, którego zabalsamowane ciało spoczywa na płycie z czarnego granitu, pochodzącego z Taishan, jednej z pięciu świętych gór taoizmu. Mauzoleum wybudowano w rok po śmierci Wielkiego Sternika, w 1976 roku. Gdy jest otwarte, ustawia się doń długa kolejka, pragnących oddać cześć twórcy państwa, jednak często jest zamknięte z powodu, jak oficjalnie się podaje, prac konserwacyjnych. Było zaryglowane na cztery spusty, gdy gościłem na placu Tiananmen, ale i tak nie miałem zamiaru czapkować mumii.

Na zdjęciach plac prezentuje się okazale. Jak w sielance spacerują po nim mieszkańcy miasta i turyści, jest porządek i swoboda. Niezupełnie. Żeby nań się dostać, Chińczycy muszą przedstawić dowód tożsamości i przejść przez wykrywacz metalu. Służby policyjne kontrolują liczbę wpuszczających, żeby nie dopuścić do przepełnienia, bo nóż widelec może być to celowe działanie grupy wywrotowej, która planuje bunt i wywołanie zamieszek.

Doszło do nich wielokrotnie, a najbardziej znane miały miejsce w 1989 roku, kiedy spokojną manifestację ludzi opłakujących śmierć reformatora Hu Yaobanga władza nakazała usunąć. Absurdalnie, zamiast wysłać przeciw nieuzbrojonym studentom i robotnikom oddziały z gazem łzawiącym i armatkami wodnymi, wytoczyła czołgi. Będąc w zorganizowanej grupie obcokrajowców, przeszedłem bez sprawdzania.

Niedawno na placu masowo zatrzymywano, umieszczano w policyjnych furgonach i wywożono zwolenników zakazanej sekty Falun Gong (Sztuka Kręgu Prawa), zajmującej się ćwiczeniami duchowymi. Plac przyciąga wszelkiego rodzaju dysydentów i w związku z tym jest nieustannie patrolowany przez nieumundurowanych policjantów. Wielu z nich dość nieudolnie udaje fotografów, sprzątaczy i przewodników.

Ze wszystkich stron tej potężnej przestrzeni postawiono gmachy i pomniki w stylu sowieckim. Od północy stoi brama Tiananmen, służąca jako trybuna dla dygnitarzy partyjnych podczas defilad, na której umieszczono wielki portret Mao.
Zachodnią pierzeję placu zdominował gmach Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, czyli chińskiego parlamentu. Naprzeciw wznoszą się siedziby Chińskiego Muzeum Historycznego i Muzeum Chińskiej Rewolucji. Z braku czasu i kiczowatości ekspozycji zwiedzanie obu budynków sobie darowałem.

Być w Pekinie i nie zwiedzić Zakazanego Miasta, to tak, jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Pod żadnym pozorem nie można go pominąć. Mieliśmy być tam w dniu, kiedy akurat zwiedzał go prezydent Donald Trump w czasie swojej oficjalnej wizyty w Chinach, więc zmieniono nam marszrutę i w 32-hektarowym rezydencyjnym kompleksie władców z dynastii Ming i Qing gościliśmy dzień później. Należy on do najbardziej atrakcyjnych i najwspanialszych skarbów w kraju.

Gdy cesarz Yongle w 1421 roku przeniósł stolicę z Nankinu do Pekinu, nakazał wzniesienie otoczonego murami Zakazanego Miasta, niedostępnego dla śmiertelników. Odnowę i upiększanie zaczęto za czasów Mingów, stąd większość oglądanych dziś budowli pochodzi z XVIII wieku, choć niektóre powstały później. Odzwierciedla praktykę dynastii dzielenia Pekinu na otoczone murami dzielnice. Jest sercem Chin, jądrem Państwa Środka, ośrodkiem koncentracji władzy sprawowanej z nadania niebios.

Inaczej niż w tradycji Zachodu, nie ma tu jednego głównego gmachu, ale wiele dworów i pałaców, połączonych pasażami, na podobieństwo małego miasta.

Architektura chińska tworzona jest bardziej w poziomie niż w pionie, dlatego zabudowania pałacowe nie są wysokie, ale za to rozpościerają się na dużej powierzchni. Dawne Chiny (odmiennie niż współczesne) nie znały odpowiednika potężnej, zachodniej katedry, swym ogromem podkreślającej małość człowieka. Połączony system, jakim jest Zakazane Miasto, stanowi harmonijny zespół wierny temu stylowi.

Weszliśmy Bramą Południka, którą kiedyś przekraczali wyłącznie cesarze, a ich przybycie anonsowano biciem w bębny i dzwony. Dalej przechodzi się fosę pięcioma łukowymi mostkami i staje się przed Bramą Najwyższej Harmonii, której strop lśni odcieniami szmaragdowej zieleni i złota. Została wzniesiona w 1420 roku, a w 1888 spłonęła. Rok później całkowicie ją odbudowano.

Dalej, na wprost, wznosi się imponujący Pałac Najwyższej Harmonii, jeden z trzech, gdzie cesarz sprawował funkcje urzędowe. Umieszczony na trzykondygnacyjnym podwyższeniu przez lata był najwyższą pekińską budowlą, bowiem nie zezwalano na wzniesienie czegokolwiek wyższego. Wewnątrz, do którego wejście jest zabronione, stoi tron cesarski. W dwóch wielkich kadziach usytuowanych na zewnątrz gromadzono wodę na wypadek pożaru. Na terenie Zakazanego Miasta było 308 takich zbiorników.

Opodal, na północ, stoi Pałac Pośredniej Harmonii, gdzie władca udzielał przesłuchania ministrom. Jako ostatni, tuż przed Bramą Niebiańskiej Czystości, wznosi się Pałac Trwałej Harmonii, gdzie cesarz nadzorował egzaminowanie urzędników.

Jak łatwo zauważyć, budowle podkreślają harmonię i spokój, lecz trudno o jedno i drugie przy okropnym gwarze wśród odwiedzających. Większość to Chińczycy, często w podeszłym wieku, pochodzący z dalekiej prowincji, którym udało się pojechać na wycieczkę życia. Głośno mówią, wręcz krzyczą do siebie, rozpychają się łokciami, żeby nie przepuścić okazji spotkania z wyższymi sferami. Co chwila proszą o pozowanie z nimi do zdjęć, które pstrykają w większości najnowszymi telefonami komórkowymi.

Kontynuując zwiedzanie najcenniejszych zabytków Pekinu, udaliśmy się do Świątyni Nieba, będącej odbiciem chińskiej kosmologii. Jest ona jednocześnie łącznikiem z niebiosami i symbolem miasta. W kategoriach bardziej przyziemnych – znak handlowy, którym opatruje się niezliczone wyroby, w tym pamiątki.

Stożkowa kopuła symbolizuje zasięg niebios. Pawilon, mający 36,5 m wysokości, wzniesiono bez użycia choćby jednego gwoździa. Cztery środkowe filary to odpowiedniki pór roku, 12 zewnętrznych – miesięcy, 12 wewnętrznych – symbolizuje podział doby na 12 dwugodzinnych części. Wszystkie wspierają trójokapowe zadaszenie. Przyznam, że jest na czym zawiesić oko.

Jeszcze jednym godnym polecenia miejscem w Pekinie jest Pałac Letni, usytuowany w rozległym parku otaczającym jezioro Kunming, który służył jako letnia rezydencja monarchów. Aby doznać niezapomnianych wrażeń, trzeba mieć szczęście trafić doń w dzień pogodny i pozbawiony zanieczyszczeń powietrza, co nieczęsto się zdarza. Niestety, pomimo słońca, wszystko wyglądało jakby było za grubą warstwą mgły.

Z okna mojego hotelu rozpościerał się widok na park Olimpijski, w którego centrum stoi Stadion Olimpijski, gdzie odbyła się ceremonia otwarcia i zamknięcia (rozegrano tam również zawody lekkoatletyczne) igrzysk w 2008 roku. Jego konstrukcja przypomina ptasie gniazdo i tak też go nazwano. W niedalekiej odległości usytuowany jest olimpijski basen, zwany Kostką Wody. Obydwa obiekty są zamknięte dla publiczności. Nocą stadion jest kolorowo oświetlony i robi niezwykłe wrażenie, za to w dzień wygląda jak kupa niedbale rozrzuconych metalowych prętów.

Autor: Wiesław Cypryś