Polityczna batalia w podróży przez Amazonkę

95

Podróż i polityka. Dziedziny rozbieżne, a jednak ich zetknięcie jest nieuniknione. Chciałoby się powiedzieć, rymując, że niczego dobrego nie wróży, gdy polityka wkracza w świat podróży. Na własnej skórze przekonał się o tym Pete Casey, Brytyjczyk, który już od ponad trzech lat podróżuje od ujścia do źródła Amazonki, idąc wzdłuż rzeki lub płynąc wpław.

„Test mojej cierpliwości, determinacji i nerwów sięgnął granic” – podsumował podróżnik swoją batalię o przejście ostatnich kilkudziesięciu kilometrów Brazylii.
Areszt, przesłuchania, groźby, korupcja, biurokracja – to kilka słów opisujących pokrótce etap wyprawy, którego punktem kulminacyjnym miało być wkroczenie na terytorium Peru. Wydawało się, że będzie on wyjątkowo łatwy, a omal nie zaważył na losach ekspedycji.

Dodatkowe informacje o wyprawie Pete'a Casey można znaleźć na: https://www.ascentoftheamazon.com/2018/12/jungle-all-the-way/

To miała być przyjemna wędrówka. Przyjemna i ekscytująca, bo z wizją osiągnięcia wielkiego celu, kamienia milowego wyprawy od końca do początku Amazonki – zamknięcia etapu obejmującego brazylijską część Amazonii i rozpoczęcia podróży po części peruwiańskiej. Zresztą długo już oczekiwanej. Pete kalkulował, że pokonanie obszaru zamieszkanego przez społeczność Ticuna przez miejscowości Benjamin Constant i Atalaia de Norte oraz las deszczowy do Rio Yavari aż do granicy zajmie mniej więcej 15 dni. Jakże się pomylił w swoich obliczeniach!

W POLITYCZNEJ PUŁAPCE
Gwałtowne zahamowanie nastąpiło w Feijoal, miejscowości zamieszkanej przez plemię Ticuna, gdzie Pete’a oraz jego dwóch przewodników niespodziewanie zatrzymano, przeszukano, przesłuchano i uwięziono. Powód? Brak zezwolenia na przejście przez ten obszar wydanego przez szefa FUNAI. FUNAI, czyli Narodowa Fundacja ds. Indian, jest rządową agencją odpowiedzialną za sprawy rdzennej ludności Brazylii. Jej głównym zadaniem jest ochrona obszarów zamieszkanych przez plemiona indiańskie, zwłaszcza przed grupami nielegalnie wydobywającymi kopaliny, nielegalnie sprzedającymi ziemie, nielegalnie je uprawiającymi, nielegalnie karczującymi lasy i niszczącymi zasoby naturalne.

Zwykle swoistą przepustką umożliwiającą Brytyjczykowi wędrówkę przez tereny zamieszkane przez liczne plemiona indiańskie byli wynajmowani przez niego w charakterze przewodników rdzenni członkowie tychże społeczności. Z jednej strony chronili podróżnika przez atakami ze strony bandytów, których nie brak w tamtym rejonie, z drugiej – pomagali zdobyć przyjaźń i zaufanie tubylców, czasem bardzo nieufnych wobec gringos. Jednak tym razem dwaj towarzyszący mu Ticuna okazali się argumentem za mało przekonującym dla urzędników. Następnego dnia po zatrzymaniu całą trójkę – można by powiedzieć – deportowano, czyli poproszono o natychmiastowe opuszczenie prowincji.

„Chłopaki i tak chcieli pojechać do domu, by wziąć udział w lokalnym święcie, więc wynajętą łodzią dostaliśmy się do Benjamin Constant, skąd oni popłynęli do domu – opowiada Pete. – Mieliśmy się spotkać ponownie za tydzień. Czekałem cztery tygodnie. Potem dowiedziałem się, że uniemożliwiono im powrót do Benjamin Constant”.
Dla Pete’a i jego wyprawy, której założeniem jest pokonanie każdego kilometra trasy o własnych siłach i bez używania środków transportu, kluczowe było dotarcie ponownie do Feijoal, załatwienie wymaganego zezwolenia i stamtąd wyruszenie w dalszą wędrówkę.

Sfrustrowany długim oczekiwaniem, a przede wszystkim stratą cennego miesiąca pory suchej, dogodnej dla wędrówki wzdłuż rzeki, Casey postanowił wynająć nowego przewodnika. Ten również należał do Ticuna, ale współpracował z FUNAI. „Obaj założyliśmy, że po opuszczeniu Benjamin Constant nie będziemy mieć większych problemów. Po prostu wrócimy do Feijoal, porozmawiamy z szefem FUNAI i poprosimy o zgodę na przejście – kontynuuje swoją opowieść Pete. – Byliśmy jednak w błędzie”.

Ponowna wizyta w miasteczku przebiegła podobnie jak ta poprzednia. Pete i jego towarzysz zostali zatrzymani i aresztowani. Tym razem jednak nie skończyło się na przeszukaniach, przesłuchaniach i groźbach. „Zaniepokoiłem się o nasze bezpieczeństwo, gdy wśród lokalnej społeczności ogłoszono o naszym zatrzymaniu – wyznał Brytyjczyk. – Budynek policji otoczyły setki ludzi, którzy walili w ściany, krzyczeli, śmiali się i domagali otwarcia okien. Okazało się, że żądali ogromnej kwoty za możliwość naszego przejścia przez ich terytorium – kwoty, której przecież nie posiadałem”.

UCIECZKA Z PUŁAPKI
Przekonanie, że sprawę pozwolenia na podróż przez krainę Ticuna da się załatwić bez większych problemów, zwłaszcza przy udziale zaangażowanego w działania fundacji przewodnika, malało z każdą kolejną rozmową z przedstawicielami FUNAI. Uzyskanie właściwego glejtu miało być żmudnym, długotrwałym, skomplikowanym procesem z nikłą szansą na sukces. Kiedy wreszcie stanęło na tym, że podjęcie decyzji odnośnie nietypowego podróżnika scedowano na władze w Brasilli, stolicy Brazylii, Casey już wiedział, że w sposób formalny nic nie ugra. „Tak naprawdę to źródło moich problemów miało charakter polityczny – wyjaśnia. – Tubylcy chcą chronić swoją ziemię i swoje prawa.

FUNAI została ostatnio mocno zredukowana i nie była w stanie skutecznie wspierać i chronić Ticuna przed nielegalnym wydobyciem, wycinką drzew, komercjalizacją rybołówstwa i rolnictwa. Ticuna są więc rozczarowani i wzburzeni działaniami FUNAI i rządu Brazylii i słusznie obawiają się o swoją przyszłość. Przywódcy społeczności Feijoal mogli pozwolić mi przejść. Rozumieli moją misję, ale na drodze stanęły właśnie polityka i biurokracja”.

Czas naglił. Zbliżała się pora deszczowa, poziom wody w rzekach był już coraz wyższy, podobnie jak ryzyko, że obrana trasa przeprawy przez dżunglę za chwilę stanie niedostępna.

„Sprawdzałem, badałem, studiowałem wszystkie dostępne mapy i rozmawiałem z ludźmi, szukając innej drogi. Musiał być jakiś sposób, żeby pokonać ten problematyczny fragment trasy. To było tylko 60 kilometrów, ale nie chciałem pominąć tego odcinka, mimo ostrzeżeń i rad przyjaciół, którzy powtarzali: to tylko 60 kilometrów z 7 tysięcy, kto o to dba, kogo to obchodzi?” – wspomina Pete, którego jednak obchodziło to tak bardzo, że gotów był zaryzykować wiele, byle ruszyć do przodu.

Wskazówką do znalezienia rozwiązania zagadki, jak wydostać się z biurokratyczno-korupcyjnej pułapki, stała się mapa wskazująca drogę, którą trzeba było przecisnąć się przez obszar na pograniczu terytoriów należących do Ticuna. Zadanie trudne i brawurowe. Trasa była bardzo ryzykowna, dłuższa od pierwotnej i znacznie trudniejsza. Wędrówka odbywała się w ulewnych deszczach, przez szybko płynące rzeki i niekończące się, strome, śliskie zalesione wzgórza i brzegi rzek, gdzie drzewa i konary waliły się wokół pod wpływem naporu wody.

Udało się jednak, o czym Pete doniósł z radością. „Nie potrafię opisać ulgi, jaką poczułem, kiedy w końcu dotarłem do małej miejscowości nad Rio Yavari. W końcu to zrobiłem: ogromna brazylijska Amazonka rozciągająca się od Marajó na wybrzeżu Atlantyku aż do granicy Peru była wreszcie za mną!”.
Brazylijska część Amazonki, o której mówi Pete, to jakieś 3700 kilometrów. Podróżnik obecnie wszedł już w głąb Peru. Do Iquitos, kolejnego ważnego punktu na mapie jego wędrówki, pozostało mu około 350 km. Od celu wyprawy, stałego źródła Amazonki, dzieli go jeszcze ponad 3 tys. kilometrów.

Autor: Piotr Chmieliński