Pracować po japońsku – Wycieczka do Japonii (cz. 4.)

244

Odwieczna japońska tradycja pracy przez cały okres kariery zawodowej w jednej dużej firmie przetrwała ponad dwie dekady ekonomicznej stagnacji. Obecnie system ten spotyka się z największą przeszkodą: mocnym rynkiem pracy.

Więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej zmienia pracę, a wabi się ich wyższą płacą i mniejszą liczbą godzin. Liczba zatrudnionych, którzy odważyli się na zmianę pracodawcy, wzrasta od siedmiu lat i w 2017 roku sięgnęła 3,1 miliona. Jak podaje japońskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Komunikacji, na początku stycznia 2018 na 100 chętnych czekało 158 wolnych miejsc pracy. To najwyższa liczba od 44 lat.

Wykorzystując tę sytuację, aż 30 proc. wśród zmieniających firmę otrzymało pensję wyższą o co najmniej 10 proc. niż w poprzednim miejscu.
Praktyka zatrudnienia w jednej firmie przez cały okres pracy ma swoje plusy, gdy sytuacja ekonomiczna jest chwiejna lub gdy panuje kryzys. Rekrutanci przyciągają absolwentów, niemal gwarantując im zatrudnienie do emerytury. Obiecuje się im stałe podwyżki, dłuższe urlopy i oczywiście awanse. Za przykłady podaje się szefów sztandarowych firm: Hondy, Sony i Panasonica. Wszyscy oni w zarządzanych przez siebie instytucjach są zatrudnieni od początku kariery zawodowej.

Ale system ma też pełno minusów. Główne to stagnacja, brak zdrowej konkurencji i niska produktywność.

Czynniki te jednak nie przemawiają do wielu firm, które nieustannie odrzucają myśl o zmianie pracy w środku kariery. W ostatnim roku fiskalnym Ogaki Kyoritsu Bank przyjął 177 nowych absolwentów uniwersyteckich i tylko dwóch zmieniających pracę. Rzecznik banku powiedział, że kierownictwo preferuje zatrudnianie zaczynających życie zawodowe młodych ludzi, dając im szeroki zakres przyuczenia, tak żeby wykształcić w nich sposób myślenia i kultury, którym instytucja hołduje.

Rozważając wszystkie za i przeciw, armia pracownicza Japonii stoi między młotem a kowadłem. Decyzja zmiany pracy może okazać się strzałem w dziesiątkę albo pudłem, którego będzie się żałować przez lata. Tak więc w kraju samurajów rocznie pracę zmienia mniej niż pięć proc. siły roboczej. W 2016 r. przeciętna długość pracy w jednej firmie wynosiła 12 lat, gdy w Wielkiej Brytanii wahała się wokół 8,6 roku. Amerykańskie Biuro Statystyki Pracy nie podaje oficjalnych danych, ale z innych źródeł wynika, że ludzie zmieniają tu pracodawcę średnio co 4,2 roku.

Mocny rynek pracy nie przeszkadza naruszaniu rygorów, jakim oficjalnie i zwyczajowo podlegają Japończycy w miejscu zatrudnienia. Obcokrajowcy często nie zdają sobie sprawy, za co można „podpaść” i jak surowe są konsekwencje tych zachowań. Zjawisko obrazują najlepiej przykłady.

64-letni pracownik miejskiego przedsiębiorstwa wodociągów rutynowo trzy minuty przed przerwą obiadową opuszczał swoje biurko i wychodził zakupić bento box (pojemnik z przegródkami na owoce morza, sushi i tym podobne). Przyłapany na „przestępstwie”, które wykazało, że w ciągu siedmiu miesięcy 26 razy wychodził z biura przed ustaloną przerwą na zakup posiłku, otrzymał reprymendę i został pozbawiony zapłaty za pół dnia.

Czterech wysoko postawionych urzędników przedsiębiorstwa w mieście Kobe zwołało konferencję prasową, na przepraszali za zachowanie swojego pracownika. Winowajca, skruszony, przyrzekał, że nigdy podobna sytuacja się nie powtórzy. Jeżeli to miało przynieść pozytywny efekt, bardzo się pomylili. Mieszkańcy poprzez media społecznościowe skrytykowali surową karę nałożoną na pracownika, pisząc, że wyjście trzy minuty przed przerwą nie jest tolerowane, ale 15 minut na papierosa uchodzi na sucho. Inny użytkownik zauważył, że administracja miejska Kobe poniosła większe straty finansowe, zwołując konferencję dla prasy, niż koszt „urwanych” minut pracownika.

Kultura pracy w Japonii jest brutalna do szpiku kości. Zmaga się z zachowaniem równowagi z życiem prywatnym. Przepracowanie jest tu czymś normalnym. Ucinanie sobie drzemki w miejscu publicznym czy w pracy, oczywiście w czasie przysługującej przerwy, uchodzi nie tylko za coś użytecznego, ale także chwalebnego, bo pokazuje pracowitość, zaangażowanie i poświęcenie. Publiczne przeprosiny ze strony szefostwa w przypadku nieodpowiedniego zachowania się lub działania podwładnego jest tu oczekiwane. Nawet, gdy chodzi o drobnostki, według naszych standardów. W listopadzie 2017 r. Metropolitan Intercity Railway Company w Tokio na swojej stronie internetowej przepraszała podróżnych, ponieważ pociąg z podmiejskiej stacji Chiba odjechał 20 sekund przed planowanym czasem.

Problemem w Kraju Kwitnącej Wiśni jest także zjawisko zwane karoshi, czyli śmierć spowodowana przepracowaniem. Młoda dziennikarka Miwa Sado nagle zmarła na niewydolność serca. W miesiącu poprzedzającym zgon „zaliczyła” 159 nadgodzin. Miała 31 lat. Wcześniej dyrektor agencji reklamowej Dentsu, Tadashi Ishii, podał się do dymisji, po publicznym oburzeniu, kiedy 24-letni pracownik popełnił samobójstwo, wyskakując z okna hotelu. Jak mówili koledzy, chłopak pracował „na okrągło”.

W raporcie rządowym o karoshi prawie ćwierć firm objętych badaniem podało, że ich pracownicy pracują więcej niż 80 godzin miesięcznie powyżej limitu. W maju 2018 r. izba niższa japońskiego parlamentu przegłosowała ustawę, która zapewnia lepsze warunki pracy, w tym równą zapłatę za taką samą pracę dla pracowników zrzeszonych w związkach zawodowych i niezrzeszonych. Ograniczyć ma również liczbę godzin nadliczbowych do 720 rocznie i nie więcej jak 100 miesięcznie.

Ciężko harujący Japończycy za błahostki są ganieni i karani. Zrozumiałe jest, że za błędy, niedopatrzenia i szkody trzeba ponosić, karę, ale niech ona będzie adekwatna do zachowania lub zaniechania. Może wypadałoby karać parlamentarzystów zasypiających na posiedzeniach, bo póki co włos im z głowy nie spadł?

Autor: Wiesław Cypryś