Rowerem po Amazonce (cz. 7): Wielka rzeka pokazuje swoją moc

7

– Fale, wielkie na 2 metry, cofają nas. Od dwóch godzin jesteśmy ciągle w tym samym miejscu. I nie widzę Huberta! – donosi z Amazonki Dawid Andres.

Bracia kilka dni temu opuścili Manaus i zmierzają w kierunku Belem. I tu wielka rzeka zafundowała prawdziwy chrzest bojowy rowerzystom i ich amazońskim rowerom.

Silne wiatry to nic zadziwiającego w rejonie pomiędzy Manaus a Santarem. W efekcie mocnych podmuchów na Amazonce powstają duże fale, które zwykle po 4-5 godzinach ustają. Kiedy ja tędy płynąłem, rzeka wzburzona była zwykle między 11 a 15, choć w kajaku morskim nie robiło to właściwie większej różnicy, czy fale są wysokie czy niskie. Gorzej z rowerzystami.

Ten rok przynosi wiele anomalii pogodowych, które często przypisywane są El Nino. Jak donoszą Dawid i Hubert, wiatry wieją cały dzień, tworząc fale o wielkości rzadko widywanej przez tubylców. Na rzekę, poza ogromnymi tankowcami, nie wypływają żadne inne jednostki. Nawet ryby nie biorą, zdaniem miejscowych rybaków, “bo są taaakie fale!”.

– Zamiast tych fal wolałbym spotykać dwa razy dziennie piratów – podsumował ze śmiechem Dawid swoje doświadczenia.

BYLE ROWERU NIE POŁAMAŁO
Kiedy Hubert, który jeszcze chwilę temu był zaledwie kilka metrów od brata, znika za wysokimi falami i nie pojawia się już od dłuższego czasu, Dawida dopadają czarne myśli. Po pierwsze, Hubert jest chory. Ma gorączkę, potężny ból głowy, opuchnięte oczy i jest osłabiony. Przyjmuje antybiotyki, już kilka dni walczy z jakimś stanem zapalnym. A jeśli coś mu się stało, jeśli zasłabł, zmagając się z ogromnymi falami! Dawidowi wyobraźnia, jak zwykle, podsuwa najbardziej dramatyczne obrazy. Po drugie, czy rowery amazońskie wytrzymają ten opór?

– Na falach nie idzie pedałować. Łańcuch strzela przy każdym ruchu. Jedyna opcja to siedzieć na deskach i pozwolić nieść się wzburzonej wodzie – pisał Dawid w swoich tekstach do mnie.

Następnego dnia bracia postanowili poczekać do wieczora i płynąć nocą. Jeśli wyjdzie księżyc, to nie powinno wiać, no i będzie trochę światła. Mają poczekać do północy. To nawet lepiej, całodzienny odpoczynek dobrze zrobi Hubertowi. Poza przeziębieniem zmaga się jeszcze z jakimś owrzodzeniem czy grzybicą, które zaatakowały jego stopę, co Dawid określił słowami: “Strach patrzeć, żywe mięso wychodziło mu na zewnątrz z małego palca”.

Późnym wieczorem zaczyna lać. Księżyca skrytego ciemnymi chmurami kompletnie nie widać. Trzeba czekać do rana. Wypłynęli o 8. Znowu pojawiły się fale. Im silniejsze, tym większe obawy, czy rowery wytrzymają. I nawet o siebie w zetknięciu z żywiołem nie martwią się tak, jak o te swoje rumaki.
– Jeśli nam się rowery połamią, to jak dopłyniemy do celu?! – bardziej stwierdzają, niż pytają.

AWANS HUBERTA NA “BRYLANTOWĄ RĄCZKĘ”
No i stało się. Nieopodal brzegu, do którego bracia właśnie dopływali, jedna z fal uderzyła w rower Huberta, łamiąc napęd, z łatwością, jakby to była plastikowa zabawka. Kolejnego dnia, na środku rzeki, Dawid usłyszał jakieś zgrzytnięcie, chrupnięcie i nagle… trrrrraaaaach! Rozwaliło napęd w jego rowerze. Holowany przez brata, wspomagając go wiosłowaniem, dotarł do brzegu. Co teraz?

– Teraz Hubert ma pole do popisu, naprawia wszystko, mój i swój napęd – pisał Dawid.

Wygląda na to, że Hubert nie jest już tylko złotą rączką, to “brylantowa rączka”. Poreperował, co się dało i na ile mógł w tych warunkach. Dzięki temu bracia dotarli do miejscowości Iuruti. Stamtąd drogą lądową wyruszyli w kierunku Santarem, gdzie dokonają niezbędnego wzmocnienia ram i napędów rowerowych. I… z powrotem na rzekę!

– Do tej pory to była sielanka, teraz zaczęła się przygoda – ocenili zgodnie dotychczasową podróż.
Do Atlantyku zostało jeszcze ponad 1000 kilometrów. Amazonka pewnie da im jeszcze popalić. Dawid i Hubert, szerokiej wody!

Autor: Piotr Chmieliński