Rowerem w poprzek Ameryki

166
Zdjęcie Markowi Rygielskiemu zrobił czeski podróżnik rowerowy Jirzi Bina w okolicach Nowego Orleanu

"Podobała mi się wolność, którą daje rower. Mogłem przejechać 100 mil, a zdarzało się, że w Teksasie pokonywałem 170 mil w ciągu jednego dnia" – mówi Marek Rygielski, podróżnik, fotograf, bloger.

Twoje pasje to fotografowanie i podróże, szczególnie samotne wędrówki. Co cię skłoniło do niełatwej wyprawy rowerem w poprzek Ameryki?

Pomysł tej wyprawy narodził się ponad dwa lata temu, kiedy z tygodnia na tydzień straciłem pracę, bo firma została sprzedana przez inwestora. I wówczas powstała myśl, aby wyrwać się z tego kieratu, zostawić wszystko i ruszyć w drogę. Poczuć wolność. Nie ukrywam, że zafascynował mnie też film „Dzika droga” (ang. The Wild) z Reese Witherspoon. A poza tym zawsze drzemały we mnie młodzieńcze fascynacje Dzikim Zachodem.

Poczuć wolność… Jak bohaterzy kultowej powieści Jacka Kerouaca “W drodze”. W latach 50. był to wyraz buntu przeciw mieszczańskiej kulturze, a dzisiaj?

Dzisiaj to raczej ucieczka od korporacyjnego stylu życia, uganiania się za pracą. Potrzeba uwolnienia się od zobowiązań. Myślę, że w każdym z nas drzemie poczucie wolności. Kupiłem rower, ale jak to w życiu bywa, pojawiły się przeszkody, ale wątek podróżniczy we mnie trwał. Potem doszły przeżycia duchowe związane z pieszą wędrówką do Santiago de Compostela. Samotna podróż daje poczucie nie tylko wolności, ale i niezależności.

Dlaczego nie wybrałeś się amerykańskim cadilakiem?

Rower jest bliższy natury. Podobała mi się wolność, którą daje rower. Mogłem przejechać 100 mil, a zdarzało się, że w Teksasie pokonywałem 170 mil w ciągu jednego dnia.

W poprzek Ameryki – to szmat drogi. W jakim czasie pokonałeś tak długi dystans?

Przejechałem 4200 mil, a cała wyprawa trwała trzy miesiące. Podróż zacząłem od Florydy. Potem były Alabama, Missisipi, Luizjana, Teksas, Nowy Meksyk, Arizona i Kalifornia. Cztery razy odwiedzałem Meksyk. Floryda była dla mnie najtrudniejsza, ale nauczyłem się tam wiele, jak znaleźć nocleg, jak sobie radzić z pogodą, bo bywało różnie – od przymrozków aż po upały.

Mój pierwszy dzień – plaża w Miami Beach na Florydzie
Zdjęcia: MAREK RYGIELSKI

Jak sobie radziłeś z noclegami?

Bywało różnie. Nocowałem w parkach, na opuszczonych kempingach, na plaży. Rano modliłem się do św. Jakuba, patrona podróżników, o suchy i bezpieczny nocleg. Czasami były to szczególnie wymodlone miejsca, ze względu na… aligatory. Zdarzało się, że całą noc paliłem ogień w obawie przed dzikimi zwierzętami. Tak było w Teksasie.

Codziennie czytałem też psalm 91. dla podróżników, który mówi, że nawet jeśli jesteś w środku wojny, a zaufasz Bogu, to nic złego cię nie spotka. Ale najważniejsze to praktycznie żyć słowem Bożym.

Jak to rozumiesz?

Łatwo mówić o wierze, kiedy czujesz się bezpiecznie, ale jeśli jesteś gdzieś na pustyni czy na drodze przemytników, czy w trudnej sytuacji, wtedy doceniasz Bożą opiekę. Doświadczyłem tego na Florydzie. To było w miasteczku Marianna, jakieś 100 mil od Zatoki Meksykańskiej, miesiąc po huraganie. A okolica wyglądała tak, jakby huragan przeszedł tydzień temu. Połamane drzewa, zniszczone domy, brak prądu. I do tego deszcz. Wokół wszystko zatopione, i droga, i las pod wodą. Pozamykane parki. A ja musiałem znaleźć nocleg. Ale jak się modlisz i zrobisz wszystko, co w twojej mocy, to przychodzi ta chwila, która czasami trwa parę sekund… Nagle w okolicy kościoła pojawiła się kobieta, która pozwoliła mi zanocować w pawilonie przy kościele. Takich sytuacji było znacznie więcej. Wtedy uczyłem się pogłębiania wiary.

Jedni z wielu ludzi, których spotkałem na swojej drodze. Anthony Seagro z żoną Bonnie od wielu lat podróżują swoim wysłużonym vanem. Spotkałem ich w parku Kissimmee River na Florydzie – przyjechali poprzedniego wieczora i przepłoszyli rysia, który zmierzał w kierunku mojego namiotu. Bonnie jest Indianką ze szczepu Czarnych Stóp i marzy, aby zobaczyć Painted Desert w Arizonie

Wracając do twojej trasy i przygód, to w Luizjanie zatrzymałeś się na dłużej?

Nowy Orlean okazał się dla mnie niezwykle gościnny. To miasto, w którym się można zakochać jak w Nowym Jorku. Natrafiłem na kościół pw. św. Judy Tadeusza, powiernika spraw trudnych, i postanowiłem zostać tam dłużej, zważywszy, że znalazłem pracę przy budowie domu.

Zamieszkałem w dzielnicy niegdyś całkowicie zniszczonej przez huragan Katrina, gdzie ostał się jeden dom i kościół. Budowanie domu było pretekstem, żeby na tej działce znaleźli się różni ludzie. Spełniły się moje kolejne marzenia z dzieciństwa, bo natrafiłem na… współczesną społeczność hipisowską i stałem się w pewnym sensie jej częścią. Stanowili ją ludzie, którzy zatrzymali się tam też na krótko. Był tam m.in. Rosjanin, programista, który mieszkał w Londynie, chociaż urodził się na Syberii, i postanowił objechać świat. Podróżował tysiące kilometrów samolotem, autostopem, promem, pociągiem. Był też gitarzysta z Bostonu, który jeździł starym kamperem, kucharz, który pracował w ogródku piwnym i zapraszał nas wieczorem na hamburgery.

W Nowym Orleanie zewsząd wylewa się muzyka…

Nie włóczyłem się po klubach, raczej po mieście, bo wciągało mnie miasto w swej różnorodności. Floryda nauczyła mnie wiele, a Luizjana pokazała urodę życia, radość życia, które jest darem od Boga. Doświadczyłem tam, że można się cieszyć tu i teraz. Że można być szczęśliwym wszędzie.

Aligator przechodzący przez drogę w Luizjanie

A jak Teksas? Przecież to ogromna przestrzeń…

Tak. Około 1000 mil przejechałem w dwa tygodnie. Przyznam, że trochę się obawiałem tych równin teksańskich i dzików, przed którymi ostrzegał mnie jeden z podróżnych. Krajobraz jest generalnie monotonny. Równiny i górki, falujące stepy i rancza. Spowite bielą pola bawełniane Cotton Valley blisko El Paso. Teksas nauczył mnie siły do pokonywania sporych odległości przy bardzo zmiennej pogodzie. Wiatr w oczy, a czasami deszcz. Pokonywałem 100 mil dziennie, a zdarzało się, że znacznie więcej.

Granicę z Meksykiem przekraczałeś kilkakrotnie?

Ze względu na kiepską pogodę i znacznie tańsze motele, ale nie spotkałem się z żadną agresją ani ze strony patroli granicznych, ani też mieszkańców. Meksyk to ciekawa kultura i wspaniali ludzie, ale trochę inny świat. W Ciudad Acuna czy Ciudad Juarez zobaczyłem Stany Zjednoczone z innej perspektywy. Kiedy przekraczasz granicę, znajdujesz się w innym świecie, wtedy doceniasz życie w Ameryce. Nam żyje się o wiele łatwiej, nawet jeśli jest to jakaś wioska w Teksasie.

Pustynna Arizona to kaktusy saguaro, wysokie temperatury i… brak wody.

Granica z Meksykiem biegnie przez Teksas i pustynną Arizonę. Słynny Park Organ Pipe Cactus w Arizonie znajduje się na granicy z Meksykiem. To atrakcja dla turystów, ale śmiertelna pułapka dla emigrantów. Na trasie spotkałem dwóch wycieńczonych ludzi. Prawdopodobnie nielegalnie przekraczali granicę. Szli przez pustynię około 60 mil, a żar lał się z nieba. Musieli być bardzo zdesperowani, że zdecydowali się wyjść na szosę. Dałem im wodę. Straż graniczna pewnie ich przejęła. Zastanawiałem się, jak można żyć na pustyni, jak przetrwać praktycznie bez wody.

W Arizonie granica z Meksykiem na odległości 62 mil przechodzi przez środek rezerwatu indiańskiego Tohono O’odham (Ludzie Pustyni). Musiałem tam znaleźć nocleg. Nie mogłem nocować na zewnątrz ze względu na przemytników. I o dziwo… w środku rezerwatu był kościół katolicki. Gościnni Indianie zaproponowali mi, żebym został u nich dłużej.

Ale to, co zobaczyłem na trasie za Sells, poruszyło mnie bardzo. Co kilka mil droga AZ-86 usłana była przydrożnymi krzyżami czy kapliczkami. W większości udekorowane, często bezimienne, niektóre opatrzone fotografiami. Naliczyłem ich… aż 69. Niecodzienna Droga Pamięci. Zrobiłem w jeden dzień mnóstwo zdjęć. Zastanawiające są przyczyny śmierci: brawurowa jazda, przemytnicy, ale prawdopodobnie alkohol. Indianie nie mogą legalnie pić alkoholu w rezerwacie, więc piją na drodze.

Jak Indianie odnoszą się do pomysłu Trumpa wybudowania muru granicznego?

Bardzo krytycznie. Przez tysiące lat nie było tam granicy, a dzisiaj granica podzieliła plemię Tohono O’odham. Część plemienia mieszka w Meksyku. Indianie nie mogą swobodnie przekraczać granicy, uczestniczyć w spotkaniach religijnych, handlowych, odwiedzać rodziny i przyjaciół. Twierdzą, że nie potrzebują muru, ale wodę do życia. Od kiedy przemytnicy infiltrują rezerwat, wzrosła tam przestępczość.

A jaka jest opinia Teksańczyków w sprawie kontrowersyjnego muru?

Przejechałem wzdłuż granicy około 1000 mil, od połowy Teksasu aż do Yumy. Generalnie granica jest dość dobrze patrolowana przez straż graniczną: na motocyklach, koniach, w helikopterach, i monitorowana przez czujniki naziemne, wieże obserwacyjne, bo przemyt narkotyków jest dużym problemem. Ale granica nie jest jednorodna. Ciągnie się wzdłuż potężnej rzeki Rio Grande. Nie spotkałem nikogo, kto byłby przeciwny budowaniu muru. Rozmawiałem z ludźmi, którzy mają rancza przy granicy. Oni nie czują się bezpiecznie. Twierdzą, że siatka czy koziołki to za mało. Ściana czy nowa granica jest potrzebna.

Gdybyś najkrócej opisał niezapomniane krajobrazy, co najbardziej cię urzekło?

Przejechałem kilka stanów, więc krajobrazy zmieniały codziennie. Prawie każdy dzień wydawał się piękny sam w sobie. Z Florydy pamiętam ciągnące się po horyzont jezioro Okeechobee. W Teksasie, bardziej niż widoki, zachwycili mnie ludzie. Nowy Meksyk kocham za piękne zachody słońca, a Arizonę za Park Organ Pipe Cactus, który widziałem pierwszy raz. Nic nie pobije jednak Arizony. Jej surowego piękna, koloru nieba i przestrzeni. Oszałamiającego widoku pustyni z poszarpanymi górami. Ale jednym z najpiękniejszych w całej mojej podróży jest Salton Sea w Kalifornii – widok słonego jeziora na tle gór pokrytych śniegiem.

Podróż to nie tylko krajobrazy, ale ludzie, których spotkałeś na swojej drodze.

W czasie podróży napotkałem wielu ciekawych podróżników, obieżyświatów, ale i bezdomnych, ludzi wolnych i szczęśliwych, dla których podróżowanie jest stylem życia, sposobem na życie, a świat jest ich domem. W Luizjanie miałem szczęście poznać słynnego Czecha Jirzka Binę na jego kolejnej, 14. trasie rowerowej. Rowerem objechał sześć kontynentów i wszystkie parki narodowe w Ameryce.

Krąg przyjaciół ciągle się zmieniał. Ale dwukrotnie spotkałem dwóch chłopaków z Londynu, którzy postanowili spełnić swoje marzenie i odbyć podróż dookoła świata między szkołą średnią a studiami na renomowanej uczelni. Zainspirował ich do tego pomysłu Anglik, który w 80 dni objechał świat rowem.

Mój „White Christmas” nad jeziorem Holloman w Nowym Meksyku, gdzie spędziłem święta Bożego Narodzenia

Poznałem człowieka, który stracił dom i podróżował rowerem z małym pieskiem w koszyku. Nie miał dosłownie nic… tylko tego pieska, którym się opiekował. Zapytałem go, co by chciał robić, gdyby mógł zmienić swoje życie? Odpowiedział – podróżować. Najszczęśliwszym człowiekiem, jakiego spotkałem na mojej drodze, wydał mi się podróżnik z Montrealu. Sprzedał dom, aby podróżować kamperem, który stał się jego domem. Podróżnik z krwi i kości, prawdziwy obieżyświat. We wszystkim, co robił, widział korzyść i szczęście dla siebie. Nie miał konkretnego celu podróży. Sensu życia upatrywał w poczuciu wolności.

Amerykanie często podróżują kamperami.

Sporo starszych ludzi podróżuje RV (kamperami), i to wcale nie są dla nich krótkie wakacje, ale wybrali taki sposób życia.

W Zatoce Meksykańskiej poznałem starsze małżeństwo, “srebrne ptaki” – tak ich nazwałem. Od kilkunastu lat podróżują kamperem. Wybrali się akurat na wycieczkę promem. Byli tak szczęśliwi i zakochani w sobie jak nastolatki, a małżeństwem byli (nie do wiary!) 52 lata. Zapytałem ich o receptę na szczęśliwe życie w tak długim związku. Mężczyzna powiedział, żeby nigdy nie kłócić się z żoną – i wziąłem sobie to do serca – a kobieta, żeby oddawać się życiu.

Czy spotkałeś takich, którzy wędrowali pieszo?

Między Teksasem a Nowym Meksykiem spotkałem młodą Amerykankę Ari Ramos, która szła z Florydy do Kalifornii. Łączyła pieszą przygodę z pasją promowania zdrowego i aktywnego trybu życia wśród Amerykanów. Zatrzymywała się też w szkołach, gdzie tłumaczyła, jak ruch i zdrowe żywienie zapobiegają chorobom. Niestety, z różnym skutkiem. Była rozczarowana, bo natrafiła na sklepy, w których nie było świeżej, zdrowej żywności. Była bardzo zmęczona, ale nie poddawała się. Wydawałoby się, że jazda rowerem 50, a nawet 100 mil jest trudna, a ona dziennie pokonywała pieszo 20 mil.

Poznałem też piechura, który porzucił pracę w Filadelfii, aby przejść pieszo wzdłuż Ameryki trasą Continental Divide Trail. Bagatela… ponad trzy tysiące mil. Niestety, to dla mnie zbyt ekstremalna podróż.

Miałeś niezwykłą przygodę z bagażem…

To było już pod koniec mojej podróży. Na granicy Arizony i Kaliforni jest pustynia piaskowa. W czasie burzy piaskowej zgubiłem bagaż, kiedy walczyłem z żywiołem. Natychmiast zawróciłem z drogi i jak spod ziemi wyrósł patrol policyjny z Kaliforni. Policjanci zatrzymali ruch na autostradzie i dwa radiowozy szukały mojego bagażu. Niestety, bez rezultatu. Byłem załamany, bo tam był nowy laptop, ładowarki i wiele potrzebnych rzeczy. Wiara pomogła mi przetrwać kryzys i pogodzić ze stratą.

Tydzień później byłem już na lotnisku w Los Angeles. Przy nadawaniu bagażu pojawiły się trudności. Okazało się, że rower do transportu musi być w pudle. Po dłuższym czasie poszukiwań, zdesperowany, postanowiłem zostawić rower na ulicy. I nagle zadzwonił telefon… Okazało się, że dzwonił człowiek z Yumy, który znalazł mój bagaż. Nie mogłem uwierzyć… Wynająłem vana i pojechałem do Yumy. Okazało się, że to kolekcjoner zabytkowych gitar, a w wolnych chwilach jeździ jeepem po bezdrożach pustyni Arizony. Zaprzyjaźniłem się z nim. Obiecałem, że jeszcze się spotkamy.

Curtis, bohater, który odnalazł moją torbę ze sprzętem, którą zgubiłem w czasie burzy piaskowej niedaleko Yumy w Arizonie

To nie był zbieg okoliczności…

Nie sądzę. Pomagała mi na każdym kroku modlitwa. Wiara ma dla mnie praktyczny wymiar, ale wcześniej musimy sami zrobić wszystko, co w naszej mocy, a resztę oddać Bogu.

Czy spełniły się twoje marzenia z dzieciństwa?

Tak! Doświadczenie „Dzikiego Zachodu”, takiego, jaki pamiętam z przeczytanych książek i westernów obejrzanych w dzieciństwie. W moim przypadku oznaczało przeżycie samotnej podróży przez niezmierzone prerie Teksasu, górzyste tereny Nowego Meksyku aż po porośnięte kaktusami pustynie Arizony w okolicach Yumy. Mogłem to przeżyć, podróżując samotnie po tamtych terenach surowej natury i piękna realnego świata, w którym trzeba sobie samemu poradzić.

Samotna podróż jest ponoć jednym z najciekawszych doświadczeń życiowych.

Paradoksalnie samotne podróżowanie nauczyło mnie doceniać, jak ważni w moim życiu są inni ludzie, jak ważni są najbliżsi. Podróżując samotnie po jakimś czasie pragnie się kontaktu z ludźmi, rozmowy, poczucia bliskości z drugim człowiekiem. Uczy się doceniać prawdziwą przyjaźń, bezinteresowną pomoc czy nawet zainteresowanie. Moja żona codziennie uczestniczyła w mojej podróży. Edytowała blog TransAm, który prowadziłem. Na bieżąco śledziła moją trasę. Jak znikałem, bo nie było zasięgu, to się niepokoiła.

Czy taka samotna podróż zmienia człowieka?

Oczywiście. Tak było w czasie mojej pieszej pielgrzymki do Santiago de Compostela. I teraz. Bo wtedy poznajemy samego siebie znacznie głębiej. Po każdym przeżytym dniu buduje się siłę do pokonania nowych wyzwań. To tak jak wchodzenie po schodach – każdy krok, każdy wysiłek, każde pokonanie przeszkody i każdy dzień są ważne i dają podstawę, wiarę do pokonania następnego dnia, i przeżycia go w szczęściu, wdzięczności i Bożej radości. Pomogły mi też rekolekcje na YouTube z o. Adamem Szustakiem. I codzienna modlitwa.

Koniec podróży – zachód słońca, i nocleg, na plaży w parku stanowym Crystal Cove w Kalifornii

Dobry podróżnik nie ma konkretnych planów i nie myśli, gdzie chce dotrzeć” – pisał starożytny chiński filozof Lao Tzu. Ale ty miałeś konkretny plan. Jaką radę dałbyś początkującym podróżnikom?

W moim przypadku podróż była nie tylko samotna, ale również bez ograniczeń czasowych. W takich warunkach człowiekowi wszystko wolno – może jechać 17 godzin bez przerwy albo spędzić tydzień na plaży. Może się zatrzymać, kiedy chce, i pojechać, dokąd chce. To daje poczucie wolności. Ale w takiej sytuacji potrzebna jest samodyscyplina i planowanie. Tego wszystkiego trzeba się nauczyć, i to jest bardzo dobra szkoła. Od porannej rutyny do wyznaczania sobie celów (zarówno dziennych, jak i tych dłuższych) i wytrwałość w ich osiąganiu – bez względu na warunki pogodowe, zmęczenie, głód, objazdy, pomyłki w nawigacji czy inne niespodziewane przygody.

Twoją pasją jest fotografia. Zrobiłeś dziesiątki zdjęć z wyprawy rowerowej, czy planujesz je opublikować?

Bardzo chciałbym wydać album ze zdjęciami z tej podróży. Ponieważ najbardziej interesowali mnie ludzie, których spotkałem po drodze, to chciałbym połączyć fotografie z moimi wrażeniami i historiami ludzi, których spotkałem. To dosyć trudne zadanie i bardzo czasochłonny projekt, tak więc na razie wszystko jest w fazie planów.

ROZMAWIAŁA MARTA JÓŹWIAK