Szanghaj – stolica finansów (cz. 6)

0
4

Żywotność miasta oparta jest na specyficznej mieszance kulturowej Wschodu z Zachodem – sprawiającej, że reszta państwa pozostaje w tyle, niezdarnie szukając recepty na sukces.

Zanim Szanghaj został mekką finansową, egzystował dzięki produkcji bawełny i jedwabiu. W połowie XVIII wieku w fabrykach tekstylnych pracowało ponad 20 tysięcy robotników, co na owe czasy było wielką armią. Po zawarciu traktatu nankińskiego, kończącego I wojnę opiumową (1842 r.), w mieście powstała pierwsza koncesja brytyjska. Szybko pojawili się przybysze z innych mocarstw, skorych do udziału w podziale „chińskich łupów”.

Japończycy, Francuzi i Amerykanie brali go po kawałku i wkrótce gród stał się zlepkiem dzielnic, podległych odrębnej jurysdykcji. Wywalczony przez mocarstwa akt nieograniczający handlu sprawił, że Szanghaj awansował do rangi największego portu Chin, podczas gdy Hongkong wciąż miał znaczenie prowincjonalne.

Z napływającym kapitałem pojawiły się wielkie zachodnie firmy handlowe i finansowe. Wyrosły na handlu opium. Szanghaj od początku był miastem rozpustnym, gdzie obowiązywały odmienne zasady. Rządziły tu chciwość i wyzysk, rozpusta i pogarda dla moralności, bezwzględność i pycha. Miasto stało się siedliskiem domów publicznych, sal hazardowych i palarni opium.

W początkach XX wieku handlowe oblicze metropolii wzbogacone zostało o pierwiastek przemysłowy i w ten sposób Szanghaj urósł do rangi największego centrum finansowego na Dalekim Wschodzie. W 1927 roku zostało uznane za specjalną, osobną prowincją. W 1932 japońska marynarka wkroczyła do miasta pod pretekstem stłumienia powstania antyjapońskiego.

Japonia, która zajęła już Mandżurię, miała zamiar podporządkować sobie całe Chiny. Uznała Szanghaj za punkt strategiczny, dlatego tam rozpoczęła atak. Została jednak zmuszona do wycofania się. W czasie wojny chińsko-japońskiej (1937-1945) miasto było okupowane przez Japończyków.

W 1948 roku Szanghaj przeszedł we władanie komunistów, którzy likwidowali podziały klasowe, zakazali zatrudniania nieletnich i uprawiania prostytucji. Skutkiem ubocznym wyrównywania historycznej niesprawiedliwości było pozbawienie miasta energii, co przyczyniło się do jego długoletniego marazmu.
Dopiero z początkiem lat 80., gdy władze komunistyczne poluzowały kontrolę prywatnej inicjatywy i zezwoliły na napływ obcego kapitału, Szanghaj zaczął czerpać z tej sytuacji kolosalne korzyści. Najbardziej widocznym tego skutkiem są drapacze chmur, wzniesione w finansowej dzielnicy miasta Pudong, która Times Square w Nowym Jorku spycha do rangi wioski.

Zwiedzanie Szanghaju zacząłem od nabrzeża rzeki Huangpu, zwane Bund, które przypomina historyczną dzielnicę europejską z wytworną architekturą Starego Kontynentu. Solidne budowle przywołują wspomnienia dawnego miasta, które ze stoickim spokojem popatruje na monumentalne, współczesne konstrukcje, które na zawsze zmieniły oblicze leżącego naprzeciw Pudongu. Bund to dumny i wyniosły rozdział dziejów, miejsce, gdzie – jak niegdyś – mieszkają możni tego bogatego miasta.

Od zawsze był finansową ostoją sukcesów Szanghaju oraz przyczółkiem europejskiej ekspansji w Chinach. W okresie rewolucji kulturalnej przemianowano go na Bulwar Rewolucji, ale później przywrócono mu pierwotną nazwę. Zwykle jest gwarny i rozszalały, głównie dzięki krzykliwym turystom, pozującym do pocztówkowych zdjęć, ale gdy przybyła nań moja grupa, był cichy i niemal pusty. Powód? Przez jego część wiodła trasa dorocznego maratonu, który odbywał się tego dnia i właśnie liczna ekipa robotników demontowała trybuny i zbierała barierki ochronne.

Spacer wzdłuż nabrzeża jest rekomendowany przez wszystkie przewodniki, ale ma jeden mankament: zabiera dużo czasu. Przemaszerowałem więc jedynie spory odcinek, uwieczniając na karcie pamięci aparatu historyczne budynki, każdy godny dłuższego opisu, czego nie uczynię, żeby nie zanudzić czytelnika.

Wspomnę tylko jeden, pierwszy szanghajski hotel Pujiang, który kiedyś nazywał się Astor House Hotel. To istne muzeum ze starymi, lakierowanymi podłogami, wysokimi sufitami, wyblakłymi fotografiami i drewnianymi stropami. Panuje tam nastrój lat 20. XX wieku. Mieszkali w nim m.in. Albert Einstein i Charlie Chaplin.

Z Bundu w miarę szybko, bo była niedziela, przedostaliśmy się do najnowocześniejszej części Szanghaju – Pudongu – świata drapaczy chmur, luksusowych hoteli i instytucji finansowych. Tu pomysłowość architektoniczna nie zna granic. Betonowe, szklane i stalowe kolosy wyrastają z gruntu z zawrotną prędkością. Wystarczy wyjechać na miesiąc, żeby po powrocie zastać sięgające nieba cacko sztuki budowlanej. 632-metrowa Shanghai Tower to druga najwyższa na świecie budowla, w której na 118. piętrze znajduje się sala widokowa. Można się do niej dostać najszybszymi na globie windami, poruszającymi się z szybkością wytrzeszczającą oczy – 40 mil na godzinę.

Stąd tylko o rzut kamieniem ulokowana jest wieża telewizyjna Perła Orientu (468 m), będąca piątym najwyższym obiektem na kuli ziemskiej. Mając kształt iglicy, przypomina pomnik rodem z lat 50 ub. wieku, czczący erę atomu.

Niezwykły widok przedstawiają wieżowce wieczorem. Miałem okazję je oglądać z pokładu statku pływającego po rzece Huangpu. Mieszanka kolorów, jakimi są oświetlone, i zmieniające się ich zestawy, przyprawia wręcz o zawrót głowy.

Ostatni cały dzień w finansowej stolicy kraju mieliśmy zarezerwowany na zwiedzanie Muzeum Szanghajskiego i wystawy Emerald, zakończony czasem wolnym na bazarze Świątyni Boga, gdzie można kupić wszystko – od pamiątek po perły i podróbki antyków.

Muzeum Szanghajskie jest samo w sobie godnym uwagi obiektem architektonicznym, a dodatkowo posiada wspaniałą kolekcję chińskich dzieł sztuki i zabytków. Jeżeli przybysz z zagranicy planuje zwiedzenie jednego muzeum w Chinach, powinno nim być właśnie to. Wzniesione w 1994 roku symbolizuje wielowiekową transformację dziejów Kraju Środka.

Galerie urządzono tak, by zachować logikę ekspozycji, a zarazem spełnić oczekiwania zwiedzających. Nie ma w nim napuszonej, monumentalnej i sennej atmosfery dawnych socjalistycznych muzeów. Przybytek ma charakter edukacyjny, gdzie obok eksponatów można przeczytać ich zarys historyczny i ciekawostki związane z ich zachowaniem i odzyskaniem.

Przyznam, że z dużą dawką sceptycyzmu oglądałem rzeźby z kamienia, odlewy z brązu, płócienne malowidła, które powstały wieki, niektóre nawet półtora milenium temu, a wyglądały jakby wyszły spod ręki artysty tydzień temu. Dziwiło mnie, że bez ograniczeń można tam robić zdjęcia, w tym z użyciem lampy błyskowej, co w większości tego typu placówek na całym świecie jest zabronione. Czyżby władze chciały pokazać dzieła, których już dawno nie ma?

Autor: Wiesław Cypryś