Tokio: nowocześnie i… ciasno: wycieczka do Japonii (cz. 1)

303

Niewielu ludzi na świecie nie zetknęło się z produktami, kulturą i tradycjami Japonii, ale dla większości kraj ten pozostaje wielką tajemnicą i nierozwiązaną zagadką. Pomimo przyswojenia zdobyczy cywilizacji zachodniej różni się od państw Zachodu. Jest specyficzna, jedyna w swoim rodzaju i przez to fascynująca. Dla kogoś, kto lubi poznawać odległe zakątki globu, jest idealnym celem podróży. Takim kimś jestem ja i też z tych względów pojechałem.

Aby z Nowego Jorku dostać się do Tokio, musiałem wpierw lecieć do Los Angeles, skąd zaczynała się właściwa podróż. W Mieście Aniołów musiałem odebrać bagaż i dopiero wtedy odprawić się na lot międzynarodowy. Prawdopodobnie z powodów oszczędnościowych lub układów z liniami lotniczymi, z którymi współpracują agencje turystyczne, nie leciałem bezpośrednio do stolicy Japonii, tylko do Pekinu, gdzie na samolot do Tokio musiałem czekać dziewięć godzin.

Ponieważ w podróży towarzyszył mi syn, czas ten w miarę szybko nam przeleciał, z czego sporą część przespaliśmy na wygodnych siedzeniach. Gdybyśmy jeszcze mogli korzystać z internetu, pewnie nie odczulibyśmy tego transferu, ale byliśmy w kraju, który kontroluje to medium, i korzystanie z niego jest tam iluzoryczne. Doświadczyłem tego rok wcześniej w czasie podróży do Kraju Środka. Gdy włączamy telefon komórkowy, pokazuje się aplikacja lotniskowego, bezpłatnego wi-fi, ale za nic w świecie się nie otworzy. Trudno, mieliśmy sporo materiałów do czytania w tradycyjnej formie.

Japonia to kraj z ponad trzema tysiącami wysp, należących do pacyficznego Pierścienia Ognia, narażonych na częste wstrząsy sejsmiczne. Na jego terytorium znajduje się także ponad 100 czynnych wulkanów, do których także zalicza się najwyższy szczyt kraju Fuji (3756 m n.p.m.).

Znaczną część Japonii pokrywają góry porośnięte gęstymi lasami, a przybrzeżne niziny zajmują miasta. Aglomeracja Tokio – Yokohama stanowi największy na świecie ośrodek miejskiej zabudowy. 70 procent ze 127-milionowej populacji kraju mieszka wzdłuż nadbrzeżnego odcinka Pacyfiku między Tokio i Kiusiu.
Każdej wiosny Japończykom przypomina się o geograficznej różnorodności ich kraju, kiedy media z entuzjazmem obserwują rozwój „frontu kwitnącej wiśni”, który przesuwa się z tropikalnych wysp Okinawy do najdalej na północ położonej Hokkaido. Zjawisko to tak powszechnie zakorzeniło się w świadomości społecznej, że stało się jednym z głównych symboli kraju i odnośnikiem jego piękna.

Japończycy uważani są za najbardziej rasowo zintegrowany naród w Azji, ale różnorodne dialekty i wygląd odróżniają mieszkańców jednego regionu od drugiego. Żyją tam też nieliczne mniejszości, jak Koreańczycy, Chińczycy i południowo-wschodni Azjaci.
Przygodę z Japonią rozpocząłem w Tokio, o którym miałem wiedzę z przeczytanych w ciągu wielu lat książek i artykułów. Tak więc pobyt w stolicy stał się konfrontacją wyobraźni z rzeczywistością.

Największe miasto kraju i jego stolica w pełni zasługuje na swój status najważniejszego ośrodka kulturalnego, akademickiego, finansowego i przemysłowego Japonii. Ma też swoje miejsce w historii, nie brakuje tu zabytkowych budowli, ważnych wydarzeń politycznych, sportowych i religijnych, a także klęsk żywiołowych, jak trzęsienia ziemi czy pożary.

12-milionowy miejski moloch naszpikowany jest szklanymi, metalowymi i murowanymi wieżowcami, wkomponowanymi w parki, place zieleni i kilkupiętrowe kamienice, pamiętające początki XX wieku. Gdy jechałem z lotniska Haneda do eleganckiej dzielnicy Shinjuku, wszystko wyglądało tak, jak się spodziewałem.

Oniemiałem natomiast, gdy wszedłem do hotelowego pokoju. Był tak maciupki, że nie można było się w nim swobodnie ruszyć. Przestrzeń między dwoma pojedynczymi łóżkami, które z jednej strony przylegały do ściany, wynosiła nie więcej niż 30 centymetrów. Z braku miejsca na podłodze walizkę syna położyliśmy na miniaturowym okrągłym stoliku, a moją na biurku dla pierwszoklasistów, która musiała być zamknięta, bo inaczej by z niego spadła. Za każdym razem, kiedy coś z niej wyciągałem lub wkładałem, jedną ręką musiałem przytrzymywać jej górną część lub kłaść ją na łóżku. W pokoju nie było szafy, tylko wąska wnęka z kilkoma wieszakami.

Łazienka niczym nie różniła się od tych na statkach wycieczkowych: mała umywalka, mała przestrzeń z prysznicem, mniejszy niż zwykle sedes, a wszystko to w jednej plastikowej kabinie. Pokój miał okno, które nie dawało zbyt dużo światła, bo wychodziło na jakiś budynek, oddalony zaledwie o 4-5 metrów.

Problem z przestrzenią, a raczej jej brakiem, odczuwaliśmy także w hotelowej restauracji. W zbyt małej sali ustawiono za dużo stolików, na których z trudem można było ustawić kilka talerzy. Poruszanie się między stolikami należało do nie lada wyczynu. Ciągle ktoś zawadzał o oparcie czyjegoś krzesła. Nie mogłem się uwolnić od myśli, że zaraz na moich plecach wyląduje jajecznica, nawiasem mówiąc niesmaczna, jakaś zupka czy filiżanka kawy.

Z uwagi na wysokie ceny tokijskich mieszkań większość z nich ma mniej niż skromny metraż, w którym wykorzystuje się każdy skrawek. Normą są tu piętrowe łóżka, które, jak podejrzewam, wcześniej czy później trafią do hoteli.

Tak jest teraz, ale w dawnych czasach w Tokio nie szczędzono przestrzeni bogom i możnym tego świata. Miejsc kultu tych pierwszych jest tu nadzwyczaj dużo. Nie można zobaczyć wszystkich, więc ograniczyliśmy się do kilku najcenniejszych i najbardziej znanych. Do takich należy buddyjska świątynia Senso-ji, którą wzniesiono w VII wieku, a tysiąc lat później znacznie rozbudowano. Budowla tworząca cały kompleks pomniejszych pagód przetrwała trzęsienie ziemi w 1923 roku, ale uległa całkowitemu zniszczeniu podczas bombardowania w czasie II wojny światowej.

Replikę oryginalnej 5-piętrowej wieży z czterema charakterystycznymi dachami ukończono w 1973 roku. Jak to bywa, gdy zabytki zwiedza się z grupą, zmuszeni byliśmy do pobieżnego ich oglądania, bo musieliśmy się trzymać ustalonego planu dnia, który w Japonii jest bardziej przestrzegany niż gdzie indziej na świecie. Dano nam jeszcze pół godziny na zakup pamiątek, sprzedawanych w budkach w kilometrowym pasażu prowadzącym do głównego hallu świątyni. Mój syn wykorzystał ten czas zgodnie z przeznaczeniem, ja natomiast obfotografowałem kompleks ze wszystkich możliwych stron.

Następnie udaliśmy się do siedziby władców – Pałacu Cesarskiego. Położony wśród pięknego ogrodu, wybudowany w 1590 roku, wkrótce stał się największym pałacem na świecie. Obecnie stoi tylko jego część, którą oddano do użytku po zbombardowaniu w czasie II wojny światowej. Dla zwiedzających dostępny jest jedynie dwa razy w roku – w dniu urodzin cesarza i w Nowy Rok. Widzieliśmy go tylko z zewnątrz, na dodatek z daleka, gdyż jest ogrodzony murem i żelaznym płotem. Z braku laku podziwialiśmy murowany most z podwójnymi łukami, z 1888 roku. Wtedy był głównym wjazdem do pałacu, dzisiaj jest jednym z bocznych, sporadycznie używanym. Nie widziałem w nim nic szczególnego, ale dla Japończyków musi być z jakiegoś powodu ważny, bo przed nim (wejście nań jest zabronione) strasznie się tłoczyli, oczywiście robiąc masę zdjęć.

Popołudnie spędziliśmy w dzielnicy handlowo-biznesowej Ginza, gdzie przy głównej ulicy, coś na wzór nowojorskiej Piątej Alei, znajdują się sklepy wszystkich światowych marek. Stamtąd do hotelu wracaliśmy metrem, które na pierwszy rzut oka wydawać się może trudnym do ogarnięcia, z uwagi na mnogość linii, niezrozumiałe napisy, tłumy, liczbę przejść, tuneli i schodów ruchomych. Ale to tylko pozory. Uważam, że to najlepiej rozwinięty system komunikacji miejskiej na świecie, co opieram na doświadczeniach w podróżowaniu metrem w dziesiątkach miast globu. Na dodatek jest nowoczesny, czysty, punktualny i bezpieczny.

Na większości stacji przy peronach ustawione są ściany o wysokości 120-130 cm z rozsuwanymi drzwiami. Pociągi zatrzymują się dokładnie tam, gdzie powinny, i otwierają się równocześnie jedne i drugie drzwi. W ten sposób unika się wepchnięć na tory, przypadkowego upadku pod nadjeżdżający skład czy samobójstw. Mimo ogromu ludzi nikt specjalnie się nie pcha, spokojnie czeka się na następny pociąg, który nadjedzie dosłownie za 2-3 minuty.

Automatów z biletami jest pod dostatkiem, nie ma przy nich kolejek, gdyż większość dojeżdżających posiada bilety miesięczne lub tygodniowe, które są tańsze niż pojedyncze przejazdy. Przy jednym z nich, na stacji Ginza Itchome, podszedł do nas Japończyk i spytał, czy może nam pomóc. Powiedzieliśmy, że poradzimy sobie i podziękowaliśmy. Mężczyzna spytał, z jakiego miasta USA jesteśmy. Odparłem, że z Nowego Jorku, ale wtedy mój syn coś do mnie powiedział po polsku, a Japończyk to wychwycił, ale nie był pewny, w jakim to było języku. Gdy usłyszał, że to polski, zaczął śpiewać Mazurka Dąbrowskiego bez obcego akcentu i bez żadnych błędów. Nie mogąc uwierzyć w to, co słyszymy, zaczęliśmy nucić razem z nim. Przestaliśmy po drugiej zwrotce. Oczywiście chciałem się dowiedzieć, gdzie się nauczył naszego hymnu i dlaczego akurat tego. Czy ma jakieś związki z Polską? Odparł, że nigdy nie był nad Wisłą, uwielbia Lewandowskiego i Chopina, a hymnu nauczył się z internetu. Gdzieś bardzo się spieszył i… znikł w tłumie.

Autor: Wiesław Cypryś