Wielka Vilcabamba (cz. 3) – W drodze do ostatniej stolicy Tawantinsuyu

48

Podążaliśmy wpierw do góry, stromymi zboczami na cztery tysiące metrów n.p.m. na przełęcz De Malaga, a później w dół, serpentynami do rzeki Urubamby. I dalej wyboistą drogą przez dolinę Vilcabamby, by po siedmiu godzinach jazdy zatrzymać się w górskiej wiosce Huancacalle.


Po wyjściu z pojazdu uderzyło nas suche wysokogórskie powietrze, byliśmy na trzech tysiącach metrów nad poziomem morza.
Na końcu osady przy hoteliku „Sixpac Manco” pasły się cztery muły, a doglądał ich uśmiechnięty Uriel. Zobaczywszy nas pomachał ręką i, po niedźwiedzich uściskach, w imieniu właściciela zaprosił do środka.
W wewnętrznym ogrodzie przywitał nas starszy sympatyczny pan, Juvenal Cobos, właściciel hotelu, a zarazem chodząca encyklopedia regionu. Korzystając z okazji, zapytałem go o wyprawę Edmunda Guilléna z roku 1976 i wyciągnąłem książkę Elżbiety Dzikowskiej.
Juvenal, oglądając zdjęcia w książce, potwierdził:
– Jakże, pamiętam, mój ojciec Julio brał udział w tej wyprawie, zorganizował im karawanę i prowadził przez dzikie ostępy Andów. Już w Dolinie Duchów dołączył do nich mój starszy brat Flavio.
Pamiętał też, że w ekspedycji Edmunda Guilléna brali udział polscy dziennikarze, nie kto inny, jak sam Tony Halik z Elżbietą Dzikowską. Nie potrafiłem powstrzymać emocji. Dla mnie Tony to Legenda i Przygoda. Człowiek, który nie bał się marzyć, szukający kolejnych wyzwań. I tak było tym razem, wyruszył, by dotrzeć do miasta, które przez 400 lat pozostawało tylko w legendzie.
Po krótkim odpoczynku, przeznaczonym na posiłek i przepakowanie się, ruszyłem z przewodnikiem na szlak. Tuż za hotelem przekroczyliśmy mały drewniany most nad strumieniem Vilcabamba. Srebrzysta woda uderzała o wystające głazy, pieniąc się, znikała w dolinie. Kilka kilometrów niżej za czasów Inków wisiał tam słynny most Chuquichaca, most graniczny, niemy świadek powstania i upadku królestwa Vilcabamby.

Wycofujący się spod Cusco w roku 1537 Manco Inca przeprawił się nim ze świtą, kapłanami i wojskiem w dzikie ostępy andyjskich dolin, na rubieżach Tahuantinsuyu(1). Aktem tym rozpoczął nową kartę w historii Inków, powstanie królestwa Vilcabamby. Siedziby inkaskiego oporu przeciwko najeźdźcy. Przekroczywszy go 33 lata później zbrojny oddział Hiszpanów przyniósł ostateczną zagładę imperium Inków.
Kilka dni wcześniej podziwiałem podobny wiszący most na rzece Apurimac, most Q'eswachaka, przerzucony nad 40-metrowym wąwozem. O jego budowie opowiedział mi lokalny pasterz. Każdego roku w czerwcu odbudowują go mieszkańcy wioski Quehue, zajmuje im to trzy dni. Olbrzymie nośne liny skręca się z włókien agawy i pędów traw q’oya. Końce ich przymocowuje się do oryginalnych inkaskich kamiennych podstaw, znajdujących się po obu stronach wąwozu. Pionowe powrósła skręcone z traw łączą boczne poręcze, a ściśle ułożone gałęzie tworzą wąską kołyszącą się kładkę.
Ścieżką wspięliśmy się na wzgórze. Po przejściu starego lasu w kotlinie otoczonej gęsto zadrzewionymi pagórkami, zobaczyłem – znany mi tylko z fotografii – olbrzymi spodkowaty monolit. Na jego widok emocje wróciły. Inkowie wokoło niego wznieśli świątynię, poświęconą kultowi boga Słońca, bóstwu Inti. Było to najbardziej mistyczne miejsce w królestwie Vilcabamby. Ze skrzydłowo ustawionych pomieszczeń świątynnych i uniwersyteckich pozostały dziś tylko ruiny, kiedyś opiekowali się nimi kapłani i dziewice Słońca.
Pobierały tu nauki dzieci zamożnych i wysoko postawionych Inków. Yurac Rumi, czyli biały kamień, był najświętszym huacas(2) w tej części Andów.

Ten liczący 17 m długości i 8 m wysokości granitowy głaz poddany został przez Inków wielu modyfikacjom. Na szczytową płaską platformę wszedłem po wyprofilowanych schodach. Spoglądając na okolicę, czułem powiew grozy, stałem w miejscu, skąd najwyższy inkaski kapłan z obawą oczekiwał każdego ranka wschodu słońca. Tu składano ofiary nie tylko ze zwierząt, ale i ludzi. Po przejściu na drugą stronę skały wspiąłem się po występach skalnych na pionową ścianę. Poniżej widoczny był ciemny otwór, obmurowany ciętym granitem. Był to grobowiec Manco Inki.
Twórca królestwa Vilcabamby poniósł tu śmierć, i to od ludzi, którym okazał serce. Został zdradziecko zasztyletowany przez grupę Hiszpanów, którym ofiarował bezpieczne schronienie i opiekę. Jego zmumifikowane ciało spoczywało tu, pod Yurac Rumi, kilka lat, po czym zostało przeniesione do stolicy. Byłem przejęty, wszędzie wyczuwałem powiew historii. Sfilmowałem wnęki i wybrzuszenia celowo rozmieszczone na ścianach skały, by w najważniejszych dniach w kalendarzu Inków dawały zamierzoną grę światła i cienia, wywołując podziw pospólstwa. Nieopodal „białej skały” płynął krystalicznie czysty strumień(3), zamknięty w okowy kamiennego kanału, doprowadzający wodę do małego zbiornika.

Zadowolony, spakowałem sprzęt i ruszyłem do kolejnego celu. Ścieżka najpierw opadała wzdłuż dobrze zachowanych tarasów uprawnych, gdzie i obecnie rosły łodygi kukurydzy. Później zaczęła się piąć piaszczystym stokiem i po przejściu zagajnika ukazała się nam dwupoziomowa twierdza Vitcos, otoczona różowym murem. Vitcos, znana również jako Rosaspata, zbudowana przez Pachacuteca na początku XV wieku, była największą fortecą, broniącą rubieży królestwa Vilcabamby. Chronioną przez naturę z jednej strony przez wąwóz rzeki Cayara, z drugiej Vilcabamby. Twierdzą, w której na początku rebelii zamieszkał Manco Inca. Jego pałac składał się z dziesięciu dużych pomieszczeń, podzielonych trzema korytarzami i dwunastoma kamiennymi bramami, wykonanych klasyczną kamieniarką. Oprócz pałacu było tu wiele pomniejszych budynków i – jak wynika z kronik – największe spichlerze regionu. Godzinę włóczyłem się sam po ruinach, chodząc wzdłuż kamiennych ścian. Na końcu wspiąłem się po drewnianej drabinie na obronne mury twierdzy. Widok na ośnieżone wierzchołki, poprzedzielane głębokimi zielonymi dolinami, zapierał dech. Gdy ja podziwiałem ruiny, mój przewodnik odpoczywał w cieniu drzew. Zmęczony wrażeniami dołączyłem do niego. Do Huancacalle wróciliśmy ścieżką, wiodącą wzdłuż strumienia Vilcabamba. Głodni, udaliśmy się prosto do lokalnej restauracji. W trakcie obiadu dowiedziałem się, że jest możliwość dojechania samochodem do zaplanowanego noclegu, osady San Francisco de la Victoria de Vilcabamba. Za małą opłatą skorzystałem z tej możliwości.

Po niecałej godzinie jazdy żwirową drogą zatrzymaliśmy się w zagrodzie wójta, tuż za wioską. Rozbiłem namiot na pastwisku, blisko małego strumyka. Kilkaset metrów stąd biły źródła rzeki Vilcabamby. Wczesnym rankiem obudził mnie chłód, mleczne opary szczelnie opatulały okolicę. Słyszałem, jak domownicy krzątali się po gospodarstwie. Wyganiano owce i krowy na pastwisko. Ja, wtulony w puchowy śpiwór, przyglądałem się przez lekko uchylony otwór ostatnim migocącym gwiazdom. Gdy do dotarł do mnie zapach palonych żywicznych szczap, wiedziałem, że czas wstawać. Pod zadaszeniem, gdzie ułożyliśmy nasz bagaż i przenośną kuchnię, uwijał się przewodnik.
Po śniadaniu ruszyliśmy żwirową drogą w górę. Po godzinie dotarliśmy do przełęczy Colpacasa, czyli warownej. Był to najwyższy punkt mojej wyprawy, leżący na wysokości 3800 m n.p.m, równocześnie naturalna brama do królestwa Vilcabamby. Tu rozpoczynała się wschodnia dzielnica imperium – Antisuyu. Mroczna kraina dzikich Indian Anti, którzy lubili jeść ludzkie mięso. Za plecami zostawialiśmy pasmo wysokich ośnieżonych szczytów kordyliery Vilcabamba. Hiram Bingham, który podążał tą samą drogą w 1911 roku, zdziwiony zapisał wówczas pamiętniku, że pasmo to nie było zaznaczone na żadnej ówczesnej mapie. Całkowita terra incognita. Promienie wschodzącego słońca przedarły się przez skrawki chmur i odbiły od białych lodowców. Przez chwilę kontemplowałem bezmiar dzikiego piękna i zahaczywszy wzrok na samotnym metalowym krzyżu, ruszyłem w dół. Przed nami było 80 km zapomnianego szlaku.

Tuż za przełęczą weszliśmy na królewski trek Inków(4). Kamienna droga wyrastała ponad grunt. Ściśle dopasowane i obrobione kamienie tworzyły pas, zmierzający ku dolinie ukrytej w porannych mgłach. Szeroka na dwa metry opadała, to wznosiła się z ukształtowaniem terenu. Przez następne dni prowadzić nas będzie do Wielkiej Vilcabamby, celu mojej wędrówki, który powinniśmy osiągnąć za cztery dni.
Przed konkwistą drogą tą płynęły do Cusco dobra od lennych plemion, zamieszkujących wschodnie zbocza Andów. W wiklinowych koszach niesiono awokado, cytrusy, kakao, maniok, ptasie pióra i skóry jaguarów. W przeciwnym kierunku karawany lam wiozły obsydianowe noże, miedziane toporki, ziemniaki, kukurydzę, wełnę i wysoko cenioną sól.
Dzień zapowiadał się ciekawie. Nieliczne zagrody miejscowi pobudowali z dala od szlaku. Na punie, porośniętej trawą ichu, pasły się stada owiec, wolno puszczone konie i muły. Tuż przy drodze, w małej niecce, natknęliśmy się na dwie kamienne studnie, przy których stało stado koni. Jak powiedział Pablo, biło tu mineralne źródło. Po przekroczeniu działu wodnego zaczął nam towarzyszyć płynący po prawej ręce strumień Pampaconas, który z pokonanymi kilometrami stawał się coraz większy. Powoli schodziliśmy z najdłuższego łańcucha gór naszej planety, by zniknąć w największym na świecie tropikalnym lesie. Mijaliśmy pastwiska i małe ogrodzone poletka z karłowatymi drzewami, rozdzielone starą brukowaną drogą Inków, wkomponowaną w teren. Podziwiałem biegłość, jaką posługiwali się inkascy inżynierowie przy projektowaniu tego kamiennego szlaku.

Około południa zobaczyłem z wysokiej przełęczy długi, pofałdowany grzbiet, na jednym ze wzgórz miały stać ruiny inkaskiej twierdzy Huayna Pucara, miejsca związanego z walkami o Vilcabambę. Nasz szlak prowadził poniżej twierdzy, schodząc w dolinę. W małej, porośniętej soczystą trawą kotlinie czekał na nas arriero. Pablo z wora przytroczonego do grzbietu muła wyciągnął owinięty białym obrusem garnek i plastikowe talerze. Przygotowany jeszcze w obozie ciepły ryż z warzywami smakował nam wyśmienicie. Droga przecinała pofałdowane stoki, które stopniowo obniżały się ku linii zamglonych lasów. Szlak wiódł raz w górę, raz w dół. Ciągle ukazywały się nam nowe widoki i inne perspektywy. W pewnej chwili weszliśmy w gaj splątanych pni i gałęzi charakterystycznych drzew papierowych o lśniącej czerwonawobrązowej korze.
Pod koniec dnia trawiaste pagórki znikły, a z konarów drzew nad rzeką zaczęły powiewać długie brody mchów, zapowiadające bliskość lasu deszczowego. Uriel, który pochodził z tych okolic, obiecał, że noc spędzimy u jego kumostwa. Po godzinie osiągnęliśmy małą polanę. Gospodarstwo składało się z trzech budynków, dwa stały trochę na uboczu, trzeci, wyglądający na nowo wybudowany, bliżej strumienia. W zagrodzie zastaliśmy tylko młodego przestraszonego chłopaka. Mój przewodnik rozmawiał z nim w keczua(5), i widać było, że chłopak niechętnie, ale zgodził się na nasz biwak. Ja rozstawiłem swój namiot na małym trawiastym pagórku. Pablo i Uriel przenocować mieli w drewnianej chacie przy strumieniu. Jak się okazało, był to kurnik.

Fotografując nad strumieniem, poczułem silne uderzenie przepełnionego ozonem, wilgotnego wiatru. Pomruk zbliżającej się burzy przyspieszył powrót do namiotu. Zapobiegawczo w furkocie rozdygotanych ścianek, cały mój sprzęt elektroniczny włożyłem do dużego plastikowego worka. Po chwili demony deszczu dały o sobie znać, gwałtowny wiatr uderzył w nylonowe boki namiotu ze zdwojoną siłą.
Kaskady wody zalewały go ze wszystkich stron. Pomyślałem, jak biedne muszą być nasze muły, które powiązane stały na zewnątrz. Tropikalna burza, jak szybko przyszła, tak też i przeszła. Gdy odważyłem się zajrzeć do kurnika, gdzie schronili się moi ludzie, ujrzałem stan ogólnego przemoczenia, olbrzymie kałuże lśniły w nieckach klepiska. Szybko nadchodzący zmrok przyniósł chłód, który z wilgocią nie tworzył dobrej pary. Nocna ulewa udowodniła, jak trudny to teren. Tu, w dżungli, zarosłe gęsto jary, strome zbocza i bagna stanowiły naturalne zapory, strzegące dostępu do powstańczej stolicy.
CDN

1) Tahuantinsuyu znaczy imperium czterech stron świata. Imperium Inków liczyło 2 mln km kw. i rozciągało się od dzisiejszego Ekwadoru po Chile. Największą prowincją, leżącą na południu imperium, była Collasuyu, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku ciągnęła się Chinchansuyu, sięgając aż po Ekwador, sąsiadowała z nią Cuntinsuyu. Na wschodzie leżała Antisuyu.

2) Huaca (wak'a) w języku keczua oznacza rzecz zasługującą na szacunek. Za huaca uważano wielkie kamienie, niektóre strumienie, czasem budowle, drzewa itd. Inkowie składali huaca ofiary ze zwierząt, kukurydzy i koki, czasami z dzieci, gdyż uważali je za istoty niewinne, mające największą moc zyskania przychylności bogów.

3) Dla Inków woda była nie tylko dobrem konsumpcyjnym, niezbędnym do życia, ale miała znaczenie boskie i duchowe. Źródła i fontanny były często wbudowywane w kompleksy świątyń Inków, stanowiąc element inkaskiego kultu wody.

4) Starożytne drogi były podstawą infrastruktury w państwie inkaskim, niezwykle użyteczne w zarządzaniu krajem i ekspansji terytorialnej. Wzdłuż dróg powstały centra administracyjne i stacje pocztowe. Dwoma najważniejszymi traktami były: szlak wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego oraz Szlak Królewski, biegnący przez tereny w Andach. Łączna długość dróg to ponad 40 tys. km. Sięgały od dzisiejszego Ekwadoru po Chile, łącząc wybrzeże Pacyfiku z dżunglą amazońską.

5) Język keczua, quechua – był językiem urzędowym imperium inkaskiego. Obecnie posługuje się nim około 11 mln osób, głównie w Andach. W Peru i Boliwii jest jednym z języków urzędowych, obok hiszpańskiego.

 

Autor: Ed Bochnak