Wielka Vilcabamba (cz. 4) – Ostatnia stolica Inków

52

Dzień rozkręcał się powoli, muły obciążone bagażem ślizgały się na mokrych kamieniach, wiele razy zmuszeni byliśmy obchodzić błotne lawiny, które zeszły ze stoków. W zaciemnionych jarach, w błotnistym zapachu wilgoci, gdzie słońce nie miało dostępu, potykaliśmy się o wystające korzenie. Z godziny na godzinę gubiliśmy wysokość, szlak prowadził wzdłuż zalesionych zboczy, opadając stromizną do podstawy, by po przejściu strumienia lub mulistej niecki znów wspinać się na przełęcz.


Po południu drogę zagrodził nam strumień Pampaconas, w tym miejscu szeroki na kilka metrów. Nie mając wyjścia, ściągnąłem buty i brnąc w lodowatej wodzie po śliskich kamieniach dotarłem na drugi brzeg. Uświadomiłem sobie wówczas, że 400 lat temu tym samym traktem biegali gońcy z pałeczkami z kipu, niosący wieści i rozkazy od władcy, noszono w lektyce Manco Inca, odwiedzającego twierdzę Vitcos lub kompleks świątynny w Yurac Rumi, przemieszczały się zbrojne oddziały inkaskich wojowników wysyłane do newralgicznych punktów królestwa.

W tym dniu pokonaliśmy najbardziej niebezpieczny odcinek treku. Było to miejsce, gdzie ulewa nadszarpnęła zbocze, muły przytulone do osypującej się piaszczystej ściany z obawą parły do przodu. Z karkołomnej perci pod ich ciężarem osypywały się luźne kamienie. Wąski przesmyk ciągnął się niebezpiecznym stromym osuwiskiem. Jeden nieostrożny ruch i można było sobie zafundować śmiertelny zjazd do rwącej rzeki na dnie kanionu. Otaczająca nas tropikalna dżungla zaczęła się robić coraz mroczniejsza. Kręta ścieżka ginęła pod baldachimem drzewiastych paproci. Już po kilku metrach traciliśmy kontakt wzrokowy między sobą. Arriero coraz częściej zmuszony był maczetą wycinać przeszkody, by obładowane bagażem muły mogły przejść.
Aby odpocząć, odbiliśmy ze szlaku na łąkę nad brzegiem strumienia. Chłodzeni bryzą, odpoczywaliśmy. Wtedy to dowiedziałem się od Pabla, że nasz szlak to obecnie trasa przemytu kokainy, a okolica zaliczana jest do największych nielegalnych obszarów upraw koki i konopi indyjskich. Przez dekady obszar ten był też matecznikiem bojówek Sendero Luminoso1), walczących z rządem w Limie. Przelano tu wiele niewinnej krwi. Wielu mieszkańców w obawie o życie uciekło, zostawiając gospodarstwa. Skorzystały teraz z tego gangi narkotykowe i stojące odłogiem pola wykorzystały pod uprawę koki, a członkowie rozwiązanych niedawno oddziałów paramilitarnych zasilili ich szeregi. Przed wyprawą dowiedziałem się, że Peru obecnie wyprzedziło nawet Kolumbię w produkcji kokainy, obejmując pozycję światowego lidera w tym procederze.

Wczesnym popołudniem osiągnęliśmy osadę z kilku starych gospodarstw. Chłopi zaoferowali nam nocleg na terenie miejscowej szkoły. Uriel rozkulbaczył muły i rozlokował się z Pablem w budynku gospodarczym, ja rozbiłem namiot na boisku. Do szkoły uczęszcza pięcioro okolicznych dzieci, a żeby było ciekawiej, każde w innym w wieku. Noc zapowiadała się bezchmurna, korzystając więc z okazji chciałem kontynuować moją time lapsową sesję. Mając na uwadze nieufność miejscowych do zdjęć i filmowania, nie wspominałem o planach gospodarzom, którzy odwiedzili nas przy kolacji.
Jeszcze za dnia upatrzyłem sobie odpowiednie miejsce, między linią lasu a olbrzymim granitowym głazem, za którym mogłem się ukryć. Gdy tylko zapadł zmierzch, cichaczem wyśliznąłem się z namiotu, rozgwieżdżone niebo z dobrze widoczną Drogą Mleczną rokowało udane zdjęcia. Chyłkiem doszedłem do lasu. Usiadłem w cieniu szumiących drzew, ustawiłem aparat na statywie i włączyłem interwałometr. Zadowolony z początkowych ujęć, postanowiłem poczekać do końca sesji. Położyłem się na jeszcze ciepłym kamieniu i wpatrując się w wygwieżdżone niebo, słuchałem cichej pracy migawki. Lecz niesiony wiatrem zapach obcego wpadł w nozdrza czujnego psa z najbliższej zagrody. Zaskowyczał. Po chwili posłyszałem przy aparacie niepewne stąpania psiego zwiadowcy. Obawiając się o sprzęt, podniosłem się z kamienia. Wystraszony zwierzak odskoczył. Sierść mu się zjeżyła i po chwili spotęgowany skowyt przeszył okolicę. Na jego zew odezwały się we wsi zwielokrotnione głosy jego towarzyszy. Po chwili warcząca i szczekająca wataha otoczyła kamień. W ciemności błyszczały oczy i białe kły. Z każdej strony nadbiegały z ujadaniem kolejne psy. Poczułem strach. Nikt z mieszkańców wioski nie reagował. Niepokojące ujadanie nabierało na sile.

Pablo na pewno otulony drzemał, a choćby słyszał szczekanie psów, nie skojarzyłby tego ze mną. Postanowiłem działać, choć było to równoznaczne z przerwaniem tak ciekawie zapowiadających się zdjęć. Zaświeciłem czołówek. Snop ostrego światła na chwilę zszokował psy. Działałem szybko. Zjechałem z głazu i pewnie podszedłem do aparatu. Kątem oka obserwowałem najbliższego osobnika. Biegający za nim partner zaczął warczeć, gdy ja rozmontowywałem sprzęt. Aparat zarzuciłem na ramię, ująłem mocno statyw i wymachując ruszyłem w kierunku namiotu. Mając oczy wokół głowy niemal biegłem. Czworonogi zadowolone, że zmusiły intruza do ucieczki, podążały za mną. Krótki zew zwycięstwa wyrwał się im, gdy zasuwałem zamek w namiocie. Wataha rozbiegła się po osadzie, a po chwili cichy rechot żab i cykanie świerszczy rozniosło się po okolicy. Przy śniadaniu spytałem Pabla, czy słyszał wczorajsze ujadanie psów. – Tak, ale to nic ważnego – odparł lakonicznie dodając, że chyba ktoś obcy włóczył się wokół wioski.
Kolejny dzień zapowiadał się ekscytująco. Wyruszyliśmy wcześnie, aby jak najwięcej przejść w chłodzie poranka. Byliśmy coraz bliżej celu. Kilometry marszu dawały o sobie znać bólem w kolanach. Arriero, żując liście koki, jak co dzień pognał z mułami do przodu. Natomiast ja i przewodnik szliśmy jednakowym wolnym tempem.

Przed południem doszliśmy do małej polany. Stała na niej ledwo widoczna, wciśnięta między rozłożyste drzewa, prymitywna chata. Zatrzymałem się, ale nikt do nas nie wyszedł, przewodnik krzyknął coś w keczua, rozglądając się z widoczną obawą. Wokół panowała niepokojąca cisza. Za zagrodą natrafiliśmy na zdziczałą plantację kawy; pozostawiona bez gospodarskiej ręki, zarastała.
Po przejściu kilkuset metrów poczułem woń dymu, wkrótce za zakrętem ukazał się ogołocony z drzew dymiący stok. Dopalały się wystające ponad grunt kikuty drzew. Ktoś wyciął połać dżungli pod uprawę. Nie komentując szliśmy dalej.
Przy strumieniu odkryłem ułożone z kamiennych bloków ściany tambo, wystające z gęstej roślinności na wysokość dorosłego mężczyzny. Zbudowany na planie kwadratu budynek był rodzajem zajazdu dla chasqui, czyli gońców, i równocześnie wojskowym posterunkiem. Odgarnąłem zeschłe pnącza przylepione do kamiennych futryn i ścian. Wszedłem do środka, wewnątrz unosił się zapach starości i przemijania.
W dżungli inkaska droga niemal zanikła, prawdopodobnie obrobione otoczaki posłużyły miejscowym za gotowy budulec do wznoszenia domów i ogrodzeń, a i sama dżungla pokryła starannie szlak wieloma warstwami butwiejących liści. Kamienna droga zachowała się tylko na ekstremalnych odcinkach, gdzie musiała być wykuwana w skale.
Około południa zrobiło się gorąco i duszno, rześkość poranka była tylko wspomnieniem. Zatrzymaliśmy się na popas i jak co dzień Pablo wyczarował z wora przygotowany jeszcze o poranku posiłek. Postanowiliśmy wówczas, że nie będziemy rozciągać karawany. Prowadzić będzie Uriel z mułami, następnie ja, ale w bezpiecznej odległości od kopyt ostatniego muła, jak po przyjacielsku przestrzegł mnie mulnik, a karawanę zamykał będzie Pablo. Droga wiodła teraz przez zalesione doliny, pod baldachimem olbrzymich drzew, bambusów i w cieniu drzewiastych paproci. Gdzieniegdzie z błotnistej ścieżki wystawały tylko kamienne kocie łby. Po południu olbrzymi załom skalny zagrodził nam drogę, od strony strumienia natrafiliśmy na wykute w skale metrowej szerokości stopnie.

Wrażenia tego dnia pogrążyły mnie w myślach. Jak garstka niespełna dwustu awanturników zdołała pokonać największą cywilizację Ameryki Południowej? Czy nastąpiło to dzięki przewadze hiszpańskiej broni i koniom? Czy przywleczonym chorobom, na które Inkowie nie byli odporni? Na odpowiedź musiałem poczekać aż do zakończenia wyprawy. Natrafiłem na interesujące artykuły uczonej, która rzuciła światło na to mało znane zagadnienie. Mająca polskie korzenie peruwiańska historyczka María Rostworowski opisywała nieujawniane dotąd sojusze, jakie zawierali Hiszpanie z podbitymi przez Inków plemionami, które w konkwistadorach widziały sprzymierzeńców i nadzieję na odzyskanie suwerenności. Lennicy Inków nie tylko wspomagali Hiszpanów na polu walki, ale zapewniali im też wsparcie logistyczne w nieznanym terenie. To oni czynnie przyczynili się do podboju w tak krótkim czasie Tahuantinsuyu.
Tuż przed naszym nocnym biwakiem natknąłem się blisko ścieżki na stanowisko strzeleckie, obłożone workami z piaskiem, ustawione między dwoma drzewami. Wąziutki szlak raptownie spadał tu w dół, a na zakolu prowadził półką, wyciętą w stromym zboczu, ograniczoną głębokim jarem. Wyśmienite miejsce dla strzelca na zasadzkę.

Następnego poranka zniewalający aromat kawy przy śniadaniu wprowadził mnie w wyborny humor. Tego dnia mieliśmy dotrzeć do ruin. Z każdym pokonanym zakrętem i załomem ścieżki emocje wzrastały. Po południu przekroczyliśmy spienioną rzekę po prymitywnym klekoczącym moście. Tuż za nim w plątaninie kłączy i bambusa zauważyłem obrobione kamienie, tworzące rodzaj starego muru. Szlak ciągnął się teraz wzdłuż dolnego biegu strumienia Consevidayoc, dopływu Pampaconas. Przepocona koszula lepiła się do skóry. Na piaszczystych zakolach cienie drzewiastych paproci zapraszały do odpoczynku. Wiedziałem, że ukryte w liściach muszki czekały tylko na tę chwilę. Ostre, gryzące ryjki gotowe były zatopić się w słonej od potu skórze wędrowca, który by tu usiadł, kuszony chłodem.
Wąska ścieżka wyprowadziła nas na otwartą zieloną łąkę. Po drugiej stronie stała kamienna platforma. Były to pozostałości po strażnicy, chroniącej wejścia do miasta. Odwiedzający miasto byli tu sprawdzani przez wojsko. Usiadłem na schodach, wiatr lekko poruszał czubkami drzew. Byłem u celu mojej wyprawy, ale podświadomie chciałem opóźnić chwilę, gdy je zobaczę.
Poszukiwania legendarnej Wielkiej Vilcabamby trwały od XVIII wieku. Wielu śmiałków i poszukiwaczy przygód ruszyło wtedy w głąb peruwiańskiego interioru, by odnaleźć ukryty w tym tajemniczym mieście skarb.

Minęły wieki i jednym z pierwszych, który dotarł do ruin, był Hiram Bingham w roku 1911, niemniej jednak uznał je za zbyt skromne na stolicę, za którą ostatecznie przyjął odkryte w wcześniej przez siebie Machu Picchu. W latach 60. XX wieku do ruin Wielkiej Vilcabamby dotarli Gene Savoy i Antonio Santander, uznając je za poszukiwaną ostatnią stolicę Inków. Nie mieli jednak na to żadnych konkretnych dowodów. Dopiero wyprawa naszych rodaków z 1976 roku, Tony'ego Halika i Elżbiety Dzikowskiej z profesorem Edmundo Guillénem do Wielkiej Vilcabamby, spopularyzowała odkrycie w świecie nauki. Porównano treść listów i kronik odnalezionych przez profesora w Sewilli, opisujące przebieg inwazji i szczegółowy opis architektoniczny i topograficzny Vilcabamby. Porównanie z ruinami w Dolinie Duchów potwierdziło, że jest to legendarna siedziba ostatnich inkaskich władców.

Pablo ruchem ręki wskazał mi kierunek. Przede mną rozpościerała się głęboka zielona dolina, Espiritu Pampa. To tu znaleźli schronienie ostatni inkascy władcy, przeleciała mi myśl. Stok opadał gładko, a na dno wiodły szerokie na cztery metry królewskie schody.
Podekscytowany, złapałem muła za uzdę i poprowadziłem moją karawanę. Pokonując 600 kamiennych stopni, znaleźliśmy się na dnie doliny. Rzadki las skończył się przy kamiennym mostku, rozpoznałem go ze słynnej fotografii Hirama Binghama, nie mogłem przepuścić takiej okazji i ustawiwszy się z Pablem w identycznej pozie, jak nasi poprzednicy, zapozowaliśmy do zdjęcia. Prowadząca na główny plac szeroka piaszczysta aleja przecinała sektory poziomo zachowanych ruin, wydartych zachłannej dżungli. Idąc nią, czułem silny zapach skoszonej trawy. Po kamiennych stopniach wszedłem na główny plac, prosto w cień wyniosłych drzew kapokowych. Na końcu placu stał olbrzymi granitowy głaz, tutejsza huaca, a wokół pozostałości, kamienne fundamenty głównej świątyni Słońca. Wśród zwisających z korony drzew pnączy natrafiłem na stojące kamienie o motywach fallicznych. Co zadziwiło mnie, to fakt, że Wielka Vilcabamba nie miała murów obronnych, prawdopodobnie była bardziej sanktuarium niż twierdzą, co może uzasadnić rząd kamiennych rynien ustawionych tuż za mostem Binghama, gdzie dokonywano ablucji. Gdy dotarłem do kolejnego sektora ruin, odczułem napięcie, rozpoznałem ujęcia z książki Elżbiety Dzikowskiej, tu czas zatrzymał się w miejscu, legenda się zmaterializowała.

Olbrzymie korzenie, oplatające fragmenty ścian pałacu, resztki murów, wodociągi i zatopione w gąszczu ruiny, a wśród nich wspominany w książce „pałac dziewic”, któremu profesor Guillén nadal imię „Polonia”, na cześć polskich uczestników wyprawy. Miejsce to odnalazłem przykryte olbrzymią plandeką i przygotowane do renowacji. Nieopodal natrafiłem na duży stos dachówek robionych na podobieństwo hiszpańskich. Nieszczęsne dachówki, które zmyliły Binghama. Badacz nie wiedział, że Inkowie, idąc za przykładem Hiszpanów, zrezygnowali ze strzechy z trawy ichu, na rzecz trwałych, wypalanych z gliny dachówek, przykrywając nimi swoje pałace i świątynie w Wielkiej Vilcabambie.

Po śmierci Manco Inki w 1545 roku w Wielkiej Vilcabambie kolejno rządzili jego synowie: Sayri Túpac, Titu Cusi Yupanqi i Túpac Amaru. Aż do tragicznego czerwca 1572 roku, kiedy to zbrojny oddział Hiszpanów dotarł do Espiritu Pampa. Inkowie opuszczając miasto podłożyli ogień pod spichlerze i świątynie. I, jak mówi legenda, ukryli skarby. Tak padł ostatni bastion oporu Inków. Uciekającego Túpaca Amaru konkwistadorzy po kilku dniach pojmali głęboko w dżungli. Przywleczony w powrozach do Cusco, skazany został na śmierć przez rozerwanie końmi. Złupione, opuszczone miasto zarosło dżunglą i zniknęło na cztery wieki. Tak ostatecznie zakończyła się historia potężnej dynastii Inków. Aczkolwiek 200 lat później zaczęło się drugie powstanie Inków. Jego przywódca Túpac Amaru II podzielił los swojego imiennika. Podczas tej rebelii rozpoczął się nasz polski wątek o skarbie Inków, przemyconym i ukrytym na zamku w Niedzicy.
Usiadłem na trawie opierając głowę o pień pachnącego cedru, niedaleko stały okrągłe ściany domów Indian Anti, ostatnich wiernych sojuszników Inków. Kiedyś żyło tu ponad 15 tysięcy mieszkańców, oddanych swemu władcy i wierzeniom. Przeglądając zdjęcia w aparacie, poczułem na twarzy ciepły promień słońca, okruch wielbionego i czczonego w tym mieście boga Inti. Zadumałem się i wówczas odnalazł mnie znów unoszony wiatrem zapach skoszonej trawy. Zapach przemijania.

PS. Za pomoc w przygotowaniu logistycznym wyprawy dziękuję moim przyjaciołom Sylwii Perkowskiej i Davidowi z Sylwia Travel.

1. Sendero Luminoso (Świetlisty Szlak) – maoistowska organizacja partyzancka działająca na terenie Peru. Celem organizacji jest zastąpienie instytucji państwowych chłopskimi rządami rewolucyjno-komunistycznymi. Chociaż aktywność grupy po 2000 roku zmniejszyła się, dalej działa jej zbrojny odłam o nazwie Proseguir (Naprzód), który 7 października 2012 r. przeprowadził atak na trzy śmigłowce w centralnym regionie Cusco, a 9 kwietnia 2016 r., w przeddzień wyborów prezydenckich zaatakował placówkę wojskową w regionie Vilcabamby, zginęło wówczas ośmiu żołnierzy i dwóch cywilów.

Autor: Ed Bochnak