Czy Mieszko miałby dzisiaj szansę?

119
Książę Mieszko I ze swoją kampanią wyborczą chyba całkiem przyzwoicie prezentowałby się na tle innych współczesnych polityków ubiegających się o najwyższe urzędy FOTO: WIKIPEDIA.ORG

Nie ustają debaty nad tym, czy Mieszko, założyciel państwa polskiego, był Polakiem, czy przybył na ziemie polskie z Rusi i wywodził się z rodu Rurykowiczów, którzy z kolei byli w prostej linii potomkami skandynawskich Wikingów.

Całe to zamieszanie przez niewinne słowo „Dagome”, zachowane na watykańskim dokumencie. Dokument jest kopią aktu datowanego na rok 991, a sporządzonego w związku z uroczystością „zawierzania” przez Mieszka I oraz jego żonę Odę nowego państwa polskiego opiece Stolicy Apostolskiej, zaś „Dagome iudex” to imię i tytuł, jakimi podpisał się na dokumencie nasz książę. „Iudex”, czyli „sędzia-adwokat”, tytuł potwierdzający, że mamy do czynienia z władcą państwa.

Dlaczego Dagome, a nie Mieszko? W tym samym dokumencie wymienione są imiona synów księcia i oryginalny skryba-kronikarz bez problemu zapisał ich słowiańskie brzmienie: Misica. Historyk Zdzisław Skrok, który kilka lat temu wprowadził do genealogii Piastów – i masowej wyobraźni Polaków – skandynawski trop w publikując książkę pt. „Czy wikingowie stworzyli Polskę?”, nie ma wątpliwości, że dlatego, bo to nie żaden Mieszko, a właśnie Dagome jest prawdziwym, nordyckim imieniem pierwszego władcy Polski, który imię słowiańskie przybrał tylko z politycznej potrzeby. Za tezą o skandynawskim pochodzeniu polskiego księcia dodatkowo, zdaniem Skroka, przemawia fakt, iż dwór Mieszka utrzymywał kuriozalnie bliskie relacje z Normanami, ich ukoronowaniem stały się koligacje dynastyczne. Świętosława, córka Mieszka I i siostra Chrobrego wyszła przecież za mąż za króla szwedzkiego Eryka Zwycięskiego, a po jego śmierci poślubiła króla Danii Swena Widłobrodego. Przeszła też do historii jako matka Kanuta Wielkiego, słynnego króla Danii i Anglii. Najnowsza literacka reinkarnacja Sienkiewicza w literaturze polskiej, czyli pisarka Elżbieta Cherezińska oferuje fascynujący portret życia i legacji królewny Świętosławy/Sigridy w cyklu swoich książek o „Hardej”.

Historyk Wojciech Drewniak, autor zabawnej serii pt. „Historia bez cenzury”, broni w tomie pt. „Średniowiecze bez trzymanki” tezy, że podpis Dagome wcale jednak nie implikuje niepolskiego pochodzenia Mieszka. Dowodzi, że raczej mamy do czynienia albo z pomyłką skryby, który kopiował dokument wiele lat po wydarzeniu, albo – argument równie istotny – chodzi o ówczesną modę wśród władców na zlepianie kilku imion w jedno. Zwłaszcza jeśli – jak w przypadku Mieszka – władca taki dopiero co się ochrzcił, na chrzcie przybrał imię łacińskie i tymże to odtąd zobligowany był posługiwać się podczas kontaktów z resztą chrześcijańskiego świata. Dociekliwi niech sami wyszperają w czym rzecz!

Kimkolwiek Mieszko był naprawdę, wiemy jedno, a raczej jednego nie wiemy. Jak dokładnie udało mu się zdobyć panowanie nad ziemiami, z których podniosło się do życia państwo znane odtąd jako Polska? Pierwsze wzmianki o Mieszku i o Polsce pochodzą przecież dopiero z czasów, gdy Polska już jako państwo istniała: zjednoczona, ochrzczona i prowadząca aktywną politykę zagraniczną pod postacią bądź to najazdów na sąsiadów, bądź obrony przed sąsiadami ziem własnych.

Pytanie nie jest wcale wyrwane z kontekstu – jeśli komuś zaczęło się wydawać, że piszę o Mieszku bez żadnego odnośnika do spraw bieżących! Mamy rok wyborów. I w USA, i w Polsce trwają kampanie prezydenckie. Jest raczej smutno, bo czasy mamy takie, że jak świat długi i szeroki, kampanie wyborcze polegają dziś niemal wyłącznie na tym, by nie przebierając w środkach utopić oponentów w błocie i innych politycznych fekaliach. Społeczny i obywatelski wymiar wyborów, rozumiany jako postawienie w centrum zainteresowania wyborcy i jego potrzeb, schodzi na daleki plan.

Nie jestem chyba odosobniona dywagując, że walka o władzę w czasach księcia Mieszka I też nacechowana była niezwykle wysokim poziomem agresji i przemocy, i dużo mniej świadomymi wysiłkami stworzenia atrakcyjnego planu naprawy i rozwoju państwa. Książę Mieszko ze swoją kampanią wyborczą chyba więc całkiem przyzwoicie prezentowałby się na tle innych współczesnych polityków ubiegających się o najwyższe urzędy. Czy jednak udałoby mu się wygrać? Uśmiechnijmy się – ponoć śmiech to zdrowie, a system opieki medycznej sypie się i w Polsce, i w USA. Jak więc walczyłby o tron Polski Mieszko w czasach współczesnych?

1. Metryka urodzenia

Miejsce urodzenia Mieszka I szybko stałoby się jedyną informacją, jaka miałaby dla kogokolwiek jakiekolwiek znaczenie. Osiągnięcia, kwalifikacje, doświadczenie zawodowe i wszelkie inne przymioty predysponujące go do sprawowania władzy bardziej niż innych – kogo to obchodzi, skoro nie wiadomo – Goplanin czy Rurykowicz? Chcąc zażegnać widmo wojny domowej (metrykowcy spod chorągwi Goplanin kontra metrykowcy spod chorągwi Rurykowicz) Mieszko musiałby rzucić wszystko i udać się na wyprawę po złote runo, czyli dowody swej faktycznej proweniencji. Oznaczałoby to odwrócenie uwagi od takich spraw, jak wysiłki zbrojne i dyplomatyczne na rzecz scalania i obrony kraju. Nie ma co się łudzić, nie uszłoby to uwadze naszych sąsiadów, zawsze czujnych i zawsze w gotowości bojowej, wobec czego zapotrzebowanie na władcę w Polsce szybko stałoby się nieaktualne. Polska w mig bowiem zrobiłaby się bardziej rozbita i podoczepiana do map innych krajów niż w chwili, gdy w głowie Mieszka po raz pierwszy zaświtała myśl o jednoczeniu i tronie.

2. Finansowanie kampanii

Kwota na zebranie sił, które będą w stanie przemówić mieczem do rozsądku wszystkim pozostającym w opozycji do Mieszka kmieciom i książętom to nie bagatela. Mieszko musiałby poświęcić lwią część swej kampanii na spotkania ze sponsorami, wiece i bankiety fundrisingowe. Z jakim efektem dla procesu jednoczenia kraju i własnych ambicji prezydenckich? Jak powyżej.

3. Chrzest Polski

Pomysł wprowadzenie siebie na tron, a kraju na salony cywilizowanego świata poprzez ślub z córką wroga, który traci w ten sposób łatwą możliwość prowadzenia z nami wojen, większość ekspertów uważa za genialny. Niestety, Mieszko jako osoba nieochrzczona nie zostałby dzisiaj nawet dopuszczony do kandydowania na władcę. Na terenach między Wisłą a Odrą zasady są dziś bowiem takie, że najpierw błogosławieństwo i woda święcona, dopiero potem użytkowanie, działanie i kandydowanie. Nieważne, czy chodzi o talerze dla szkolnej stołówki, fortepian dla domu kultury czy start kampanii wyborczej. W wyborach na pierwszego władcę Polski mieliby więc szansę wziąć udział wyłącznie kandydaci wierzący i popisowo praktykujący, czyli w tym przypadku sami obcokrajowcy. Po takim załatwieniu sprawy państwo polskie raczej znów zniknęłoby z mapy Europy, nim zdążyłoby się na niej pojawić. Obsadzanie cudzych tronów swoimi miało wtedy jeden cel i nie była nim troska o rozwój i dobrobyt kraju, którym miało się rządzić.

Na długie przedwiosenne wieczory polecam wszystkie książki, o których dzisiaj wspomniałam. Wywód Zdzisława Skroki czyta się trochę jak teorię spiskową, powieści Cherezińskiej jak średniowieczne westerny, a od Wojciecha Drewniaka dostaną Państwo nie tylko moc interesujących faktów z historii, ale i porządną dawkę śmiechu*.

* Redakcja „NDz” poleca czytelnikom jeszcze jedną książkę – „Świętosława królowa wikingów” (2016), której autorką jest Agata Stopa, dyrektor Polskiej Szkoły im. Fryderyka Chopina w Allamuchy w stanie New Jersey.