Jak zrobić naród w bambuko

324
Jesteśmy w środku kryzysu, który testuje nie tylko naszą odporność na nowe patogeny, ale także kaliber naszych politycznych liderów FOTO: EPA

Czasami pisze się doniesienia z linii frontu dobrze wiedząc, że sytuacja może się szybko zmienić i nasze bieżące obserwacje i wnioski mogą się zdezaktualizować.

Nie znaczy to jednak, że pisać nie warto. Wręcz przeciwnie.Gdy wojna się skończy, kryzys minie, problem zostanie rozwiązany, wygrani i przegrani zidentyfikowani bez błędu, doniesienia z linii frontu staną się świadectwem naszej ewolucji – prób i błędów, jakie były naszym udziałem, nim dotarliśmy szczęśliwie do mety. A jeśli będziemy mądrzy – wykorzystamy tę wiedzę w przyszłości, by w ogóle nie dopuścić do nowej wojny, kryzysu, ani tragedii.

Taki będzie ten dzisiejszy tekst.

Jest pierwsza środa marca, jesteśmy w samym środku, nie wiedząc nawet jak daleko od początku czy końca, pandemii wywołanej przez chiński koronawirus COVID-19.

Choroba weszła w pole śledcze mojego prywatnego radaru bardzo wcześnie, bo już w grudniu. Na przełomie stycznia i lutego musiałam odbyć transatlantycką podróż i interesowało mnie, jakie niespodzianki mogą mi się po drodze przytrafić. Doniesienie, że choroba stanowi szczególne zagrożenie dla osób starszych, bardzo mnie zmartwiła, jak chyba każdego, kto ma w rodzinie starsze, schorowane osoby, dlatego od powrotu do USA zadawałam sobie dodatkowy trud, by zbierać informacje z tak wielu źródeł jak to tylko możliwe.

W połowie lutego zaczęłam odczuwać dziwny niepokój.Jak sytuacja rozwija się w Europie, nie muszę zapewne nikomu z Państwa mówić – polskie media rzetelnie o tym informują, a wszyscy z nas chyba przynajmniej od czasu do czasu czytają rodzimą prasę online.Ameryka znajduje się bliżej Chin niż Europa. Obciążenie linii lotniczych na trasach między Chinami a oboma kontynentami jest co najmniej porównywalne, jeśli nie z przewagą na korzyść USA. Mimo to po Europie nowy wirus hula i rozprzestrzenia się z szybkością sprintera krótkodystansowego, a w Ameryce – nic.Tutejsze stacje telewizyjne prześcigają się w montażu coraz to bardziej atrakcyjnych wizualnie mapek, gdzie na świecie wirus już atakuje, ile osób zmarło, ile nowych przypadków zachorowania wykrywa się dziennie, a w USA – pełen relaks. Amerykański prezydent wręcz zbywa wszystko śmiechem i nawet twierdzi, że świat pada ofiarą nie pandemii, a zagrywki amerykańskich demokratów, których jedynym celem jest przysporzenie mu kłopotów i namieszanie w jego planach reelekcyjnych. Nawet po tym, gdy już mamy pierwsze potwierdzone przypadki zachorowań (Seattle), chętni Amerykanie wciąż mogą się wybrać do Chin. Linie lotnicze jedynie redukują liczbę rejsów. Do ostatnich dni lutego nigdzie w Ameryce nie wprowadzono żadnego szerszego planu testowania populacji pod kątem obecności wirusa.Większość z nas, niechybnie zabajerowana postawą reszty świata, trwa w przeświadczeniu, że choć pandemia cudownym zbiegiem okoliczności tak długo trzyma się z dala od amerykańskich granic, to przynajmniej tam, gdzie wirus już dotarł, testy na pewno są na porządku dziennym. Nie może być inaczej. Nie chodzi w nich przecież tylko o to, by izolować chorych i w ten sposób walczyć z pandemią, ale przecież i o to, by lepiej zrozumieć naturę choroby, w tym skalę umieralności. Ameryka na pewno znajduje się na pierwszej linii frontu i w aktywnym boju, i w badaniach laboratoryjnych…

Cóż. Co za surrealne to było przebudzenie.Oto wyszło na jaw, że w ponad 300-milionowym kraju do ostatniego weekendu przetestowano… zaledwie około 400 osób.Dlaczego tylko tyle? Bo rząd nie widział potrzeby masowych testów. Żeby zrobiło się jeszcze straszniej, dopiero od początku tego tygodnia zaczynają do nas docierać informacje, że amerykański zestaw do testowania, opracowany przez nasze własne CDC (Centrum Kontroli Chorób,) był do tej pory tylko w około 50% efektywny. Reszta świata, ścigając się z czasem, sprowadza testy z Chin. W dobie kryzysu górę bierze postawa, że są sytuacje, gdy gospodarkę i politykę należy odwiesić do szafy do odwołania, i działać wspólnie dla wspólnego dobra. Odważni dziennikarze śledczy w USA dociekli, że Ameryka takiej optyki nie uznaje. Przez ostatnie półtora miesiąca ważniejsze od zdrowia obywatela było dla Białego Domu prężenie muskułów i produkcja dowodów, nawet jeśli trzeba je było fałszować, że nie ma ci od nas lepszych i mądrzejszych pod żadnym względem. CDC nie tylko zlekceważyło wytyczne WHO odnośnie sposobu i skali testowania chorych, ale nawet, gdy okazało się, że amerykański test nie działa, jak powinien, wciąż nie zdecydowało się na sprowadzanie testów z Chin.

Kto lubi mieć pełen obraz sytuacji, niech jeszcze doczyta sobie, dlaczego amerykańscy specjaliści z CDC nie byli w stanie, tak jak ich chińscy koledzy i koleżanki po fachu, szybko i sprawnie opracować efektywnego testu. Podpowiem – prezydent Trump, przyjaciel ruchu antyszczepionkowców i wielki fan redukcji wydatków federalnych, zwłaszcza w takich obszarach jak programy socjalne i ochrona zdrowia publicznego, od lat demoralizuje tę agencję, redukując jej budżet i tym samym przyczyniając się do katastrofalnie wielkiej rotacji ludzi (zwolnienia fachowców), co nie może nie odbijać się na jakości pracy ośrodka.

Gdy już tydzień temu zaczęłam przebąkiwać w mediach społecznościowych, że odczuwam niepokój, odezwało się grono osób oskarżające mnie o sianie paniki. O to, że nie czytam właściwych raportów, w tym przede wszystkim tych tworzonych przez CDC.Wreszcie, nie brak było zdumienia, że po co się w ogóle tak przejmuję. Wirus wpędza do grobu starych i schorowanych, a ja jeszcze nie jestem w tym przedziale wiekowym, reszta mojej najbliższej rodziny też nie. Więc wyluzuj, kobieto, skop ogródek, idź na spacer, zjedz czekoladę.

Przejmuję się, bo tak odbieram moją rolę w społeczeństwie i takie mam oczekiwanie od mojego rządu. Bo wierzę, że jeżeli w grę wchodzi ludzkie zdrowie i życie, nie należy przebierać w środkach. Nie ma dla mnie nic bardziej obrzydliwego, niż świadome narażanie zdrowia i życia zwykłego człowieka dla czyichś politycznych celów. To prawda, szanse, że ani ja, ani nikt z mojej najbliższej rodziny nie skończy z nagrobkiem nad oczami po kontakcie z chińskim koronawirusem, są spore.Fakt, że odebrano mi szansę dowiedzieć się na czas, jakie miejsca omijać, by zminimalizować ryzyko zarażenia, pewnie skończy się, w najgorszym wypadku, kaszlem i kichaniem, i nie wpłynie na dalszą część mojego życia. Dla seniora z rozrusznikiem serca pod żebrami taka informacja może jednak stanowić o jego być lub nie być w dosłownym tego słowa znaczeniu. I to mi chodzi.Jesteśmy w środku kryzysu, który testuje nie tylko naszą odporność na nowe patogeny, ale także – a może przede wszystkim – kaliber naszych politycznych liderów. Amerykańscy liderzy właśnie potwierdzili, że zasługują na wielką, jak cały Biały Dom, pałę i jedyne, na co teraz bardzo liczę, to miłosierdzie chińskiego koronawirusa. Oby obszedł się z Ameryką tak delikatnie jak się tylko da.