Koronawirus w akademiku, czyli ewakuacja po polsku

155
W Chinach dzienna liczba infekcji, według oficjalnych danych, maleje, jednak Pekin wprowadził drakońskie metody walki FOTO: EPA

Do mojej córki, która z powodu zawieszenia zajęć na uczelni przyjechała właśnie do domu, zadzwoniła koleżanka, że godzinę temu wpadła do jej pokoju pani sprzątająca i poinformowała, iż "koronawirus jest w akademiku, trzeba opuszczać pokoje”.

Na tę wieść wszyscy rzucili się do wind i schodów dowiedzieć się wszystkiego od kierowniczki. Kilkadziesiąt spanikowanych osób stłoczonych przed jej gabinetem czekało na informację, przed budynkiem gromadził się tłum z domów studenta. Po kilkunastu minutach kierowniczka wyszła i poinformowała, że nie ma żadnego koronawirusa, ale wszyscy muszą opuścić akademik zabierając swoje rzeczy, gdyż budynki przejmuje wojsko na szpital polowy i izolatki.

Hmmm… Dodam tylko, że odbiorcami tej tak „profesjonalnie” udzielonej informacji byli studenci kierunków medycznych, a i tak psychologia tłumu to rozum najsłabszej jednostki… Porażka jednak goniła porażkę. Po informacji, że trzeba zabrać wszystkie swoje rzeczy w trybie pilnym, byliśmy na miejscu po dwóch godzinach, a tam widok jak z filmu o exodusie po bombardowaniu. Na trawnikach kartony, worki, walizki, torby i reklamówki, w które studenci spakowali na szybko swój dobytek. Lodówki, mikrofalówki, komputery, drukarki, deski do prasowania, poduszki, kołdry, koce… Niekontrolowany ruch setek młodych ludzi i w większości ich rodziców w przeróżnym wieku i stanie zdrowia stłoczonych w windzie, mijających się na schodach, oczekujących na transport w niewielkim holu czy na parkingu. Ja sama 12 razy dotykałam przycisków zewnętrznych i tyleż samo razy wewnętrznych w windzie. Nie zliczę, ile klamek dotykałam i ile razy potem w nerwach dotykałam twarzy, ust, włosów. Sama kichnęłam przynajmniej kilkanaście razy, bo mam alergię (a może i nie?), i kaszlnęłam ze dwa, w tym raz w windzie z czterema innymi osobami. Nie byłam w tym odosobniona.

Nie sieję paniki. Daleka jestem od tego. Raczej w sprawie koronawirusa cechuje mnie ogromny spokój. Uważam, że zdrowy rozsądek, reżim higieniczny i ograniczanie kontaktów do minimum jest najważniejsze, ale po wczorajszej akcji jestem przerażona – jeśli tak przygotowani jesteśmy do ewakuacji, jeśli takie mamy procedury i tak one działają, to dobrze nie będzie, bo nie może! Przykład takich państw jak Włochy bądź Iran uzmysławia, jakie są potencjalne konsekwencje nonszalanckiego podejścia do tego koronawirusa. 21 lutego we Włoszech zarejestrowano trzech chorych, 18 dni później liczba zainfekowanych przekroczyła 10 000, dziś cały kraj jest objęty kwarantanną. Kraj Persów też zbagatelizował zagrożenie epidemią i około 15% tamtejszych parlamentarzystów jest chorych, z więzień w ciągu jednego dnia zwolniono 54 000 kryminalistów w obawie przed rozprzestrzenianiem się wirusa w ośrodkach zamkniętych, a wśród ludności postęp choroby jest poza kontrolą.

Patrzmy na Chiny – dzienna liczba infekcji, według oficjalnych danych, maleje. Jednak Pekin wprowadził drakońskie metody walki: od 23 stycznia w kwarantannie zamknięto już setki milionów obywateli, do śledzenia postępów epidemii wykorzystuje się technologię BigData i sztuczną inteligencję, która oblicza ryzyko infekcji każdego obywatela, a najbardziej podejrzanym jednostkom niezapowiedziane wizyty składają służby bezpieczeństwa, by poddać ich przymusowym testom i kwarantannie. Drony patrolują przestrzeń publiczną i upominają osoby, które nie stosują się do rządowych nakazów. Czy my w Europie czy w Ameryce jesteśmy gotowi zaakceptować równie radykalne obostrzenia? Chyba nie. Jesteśmy za bardzo wrośnięci w kulturę grecko-rzymską. Gdy Rzymianie budowali sieć dróg pozwalających na szybszy przerzut wojsk, co wpływało na doraźną ekspansję terytorialną imperium, Chińczycy inwestowali nadwyżki budżetowe w budowę gigantycznego muru z myślą o długofalowym bezpieczeństwie. Rzym upadł, a Chiny nadal mają się dobrze. Teraz również teraźniejszy komfort potrafią poświęcić dla przyszłości, a my ciągle carpe diem i po nas choćby i potop!