Mdło i bez sensu

96
Foto: pexels.com

Dostałam pocztą karty do głosowania w prawyborach demokratycznych. Lista kandydatów spora. Jeżdżę po niej oczami i choć smutno to mówić, nikt nie wzbudza mojego zainteresowania. A co dopiero entuzjazmu. Flashback – identycznie czułam się przed jesiennymi wyborami w Polsce kontemplując listy kandydatów tamtejszych ugrupowań.

Dlaczego?

Wcale nie dlatego, że jestem zmęczona hejtem, chamstwem i butą, jakie są dziś wizytówką każdego ugrupowania, nieważne prawica czy lewica. Zniechęcenie ma zupełnie inne podłoże.

Wesprę się tzw. osobistą przypowieścią.

Latem ubiegłego roku wylądowałam z chorym ojcem na SORze (Szpitalny Oddział Ratunkowy) w moim rodzinnym mieście. Skierowanie do szpitala w celu przeprowadzenia badań diagnostycznych ojciec dostał od lekarza rodzinnego. Zleconych badań była góra, bo od ostatniej wizyty ojca w przychodni lekarskiej minęło prawie ćwierć wieku, ojciec należał do grupy ludzi, którzy nigdy nie skarżyli się otoczeniu na swoje dolegliwości i sami, najlepiej w skrytości, usiłowali „rozwiązywać” swoje zdrowotne dylematy dostępnymi metodami domowymi. Wszystko jednak ma swój czas. Lekarz rodzinny oszacował wstępnie, że utrata władzy w nogach najpewniej sygnalizuje u ojca zaawansowaną miażdżycę naczyń. Do tego problemy z oddychaniem i nierówna praca serca – u nałogowego palacza, jakim ojciec był, podejrzenie nowotworu nasuwało się samo. Do szpitala ojciec wjechał na wózku inwalidzkim. Już na dzień dobry podłączono go do dwóch kroplówek. Lekarz zbadał go jednak dopiero po 10 godzinach od przyjazdu, po czym odesłał na kozetkę i pod kroplówkę. Byłam przekonana, że dlatego, iż odbędzie się kolejne badanie. W czasie pierwszego ojciec został jedynie osłuchany stetoskopem i nikt nawet nie rzucił okiem na jego nogi. Żadnego badania już jednak nie było. Cztery godziny później pielęgniarka przybyła z kartą wypisu, na której widniało, że ojciec nie zostanie przyjęty do szpitala, bo jego „choroba” to tylko nadciśnienie.

Była prawie północ i byłam zbyt zmęczona, a ojciec, który ze stresu przeżył dzień na jednej buteleczce wody mineralnej, w ogóle wydawał się być już w drodze do trumny, by aktywnie wykłócać się z personelem szpitalnym. Z drugiej strony, choć brzmi to nielogicznie, liczyłam się z takim scenariuszem. Wtajemniczeni w plan demontażu przez urzędującą w Polsce „dobrą zmianę” ostatnich bastionów „służby” w polskiej służbie zdrowia wiedzą, że chodzi o oszczędności w szpitalnych budżetach. Pacjenci tacy jak mój ojciec mogą więc i regularnie bywają odsyłani do domu. Skierowanie do szpitala przez lekarza z zewnątrz nic dzisiaj dla nikogo nie znaczy, jeżeli dyżurujący lekarz uzna, że nie widzi żadnej „naglącej” potrzeby, by pacjenta przyjąć.

– Pan widzi, że ojciec nie chodzi, a nadciśnienie to najmniejszy z jego kłopotów? Jak, zdaniem pana, mamy zrobić potrzebne badania? Czy chodzi o to, że mam teraz ojca nosić na plecach od przychodni do przychodni? – zapytałam jednak lekarza na odchodne.

– Och, to już pani sprawa! – odpowiedział beztrosko.

Inny lekarz, znajomy jeszcze z młodości, też zatrudniony w placówce, do której trafiłam z ojcem, wyznał mi w tajemnicy, że „reforma” systemu działa wzorowo.

– Pracuję tu ponad trzydzieści lat i nigdy wcześniej nie widziałem tylu pustych łóżek na oddziale wewnętrznym, co dzisiaj! – wyjaśnił.

Nie znam w Polsce nikogo, kto nie przeklinałby obecnego stanu rzeczy w opiece zdrowotnej i nie postulował, że kolejne reformy, jakie się pojawiają, idą kompletnie nie w tym kierunku, w jakim powinny.

Demokratyczni kandydaci na prezydenta z listy, na którą patrzę, zachowują się poniekąd właśnie jak lekarz z SOR-u pospołu ze wszystkimi „reformatorami” polskiej służby zdrowia. Wszyscy na równi uwikłani w system, od którego zależą, poruszający się więc wyłącznie w jego granicach i składający na jego ołtarzu nawet ofiarę z własnej przyzwoitości. W międzyczasie, z obowiązku i błędnie pojmowanej idei aktywności zawodowej, coś nam wciąż postulują i potrząsają przed oczami workiem pomysłów opisywanych chwytliwymi frazami. Cały problem w tym, że każda z tych ofert to tylko półśrodki. To kolejne łaty na podartą, rozsypującą się kapotę, mimo iż doskonale wiadomo, że za moment kapota znów pęknie i podrze się w innym miejscu, gdyż jej czas po prostu minął, nie wskrzeszą jej już żadne reperacje. To bowiem, czego potrzeba naprawdę, to sztuka zupełnie innego, nowego i mocnego płótna, by uszyć z niej okrycie skrojone na miarę rzeczywistych potrzeb.

Nie będę wyliczać „bolączek”, z którymi chcą się rozprawiać kandydaci na prezydenta, wszyscy wiemy, o które z nich toczą się najbardziej zacięte boje. Zamiast tego rzucę inne hasło. Próżno go szukać w programach wyborczych, bo w obowiązującym status quo to „problem” z dziedziny „wyborczego spinningu”. Chodzi mi o głosy młodych. O to, jak ich przyciągnąć do wyborów. O to dlaczego, choć ich sytuacja i perspektywy rzekomo sukcesywnie wciąż się pogarszają (koszty edukacji, zadłużenie, brak stabilności w obrębie tzw. nowego modelu pracy itd.), poziom ich politycznego entuzjazmu i zaangażowania spada.

Śmiać mi się chce, gdy słyszę, że dlatego, bo do młodych trzeba inaczej „docierać”, przemawiać do nich innym językiem, a nawet – inaczej organizować dla nich wiece wyborcze. Prędzej przemówi do mnie argument, że od polityki i kandydatów odpycha ich takie właśnie o nich myślenie. A zaraz za tym dramatyczna świadomość, szczególnie wśród młodych właśnie, że politycy pozujący na uzdrowicieli niczego i nikogo nie uzdrowią. I nawet nie mają zamiaru. Chodzi im tylko, jak lekarzom ze współczesnych polskich SOR-ów i ich zwierzchnikom z ministerstwa zdrowia, o sprawienie odpowiedniego wrażenia, o odbębnienie kampanijnych powinności. Gdy cykl wyborczy dobiegnie końca, znów odeślą swoich pacjentów do domu z zupełnie nietrafioną diagnozą.

To, co nas dzisiaj „toczy” (a najbardziej młodych), to nasz nowy, wspaniały świat, by powtórzyć za wciąż aktualnym klasykiem. Świat ten definiuje, z jednej strony, postęp technologiczny, któremu oddajemy się niemal bezrefleksyjnie i dajemy prowadzić na oślep, z drugiej – kryzys ekologiczny i klimatyczny. Znaleźliśmy się w miejscu, że aby ratować własną przyszłość, powinniśmy przerzucić wszystkie siły – globalnie i bez wyjątku – na tworzenie nowego rodzaju egzystencji dla nas wszystkich. Lamentujemy, że maszyny odbierają nam etaty? Naprawa tego, co już zniszczyliśmy, oraz praca nad nowymi rozwiązaniami w zakresie przede wszystkim energetyki, ale też przetwórstwa, recyklingu, odpowiedzialnego zarządzania zasobami, które wciąż mamy, zaangażowałyby do działania wszystkie chętne ręce i głowy. Podobnie jak praca na rzecz redukcji nierówności ekonomicznych oraz podniesienia standardów leczenia i opieki zdrowotnej oraz edukacji dla ludzi na każdej szerokości geograficznej. Jesteśmy dziś globalną wioską, czy to się nam podoba, czy nie. Z mądrym wykorzystaniem SI to także pole wielkiego manewru, jeśli chodzi o tworzenie nowych miejsc pracy wszędzie tam, gdzie znikają stare. Boimy się, że czeka nas era wielkich społecznych niepokojów, pospolite ruszenie, zwłaszcza ludzi młodych, czujących, że świat nieograniczonych możliwości serwuje im w istocie koniec wszelkich wartości i sensu? Ciekawa rzecz, sondaże z każdego zakątka świata pokazują, że poczucie końca i – sic! – polityczna apatia wśród młodych najmocniej sprzęgnięte są z poczuciem rozgoryczenia na establishment, który bagatelizuje lub wręcz wciąż ignoruje problemy wymienione powyżej. Wiem, to nie są zadania dla słabych ludzi. I nie dla tchórzy, lękających się wyciągnąć nogi z establishmentowego betonu, w którym jest ciepło, bezpiecznie i przewidywalnie. Dopóki jednak tylko tacy będą się nam przewijać przez polityczną scenę, dopóty będzie, jak jest. Mdło, bez sensu i bez większych nadziei na prawdziwe zmiany.