Nic nie bierze się z niczego

179
Chyba nie ma już dzisiaj człowieka, do którego nie dotarły słowa o tym, że Oświęcim „nie spadł nagle z nieba” FOTO: EPA

Po śmierci ludzie bywają do siebie bardzo niepodobni. Nie rozpoznałabym ojca, gdyby nie ubranie, które sama wyciągałam z szafy i przygotowywałam przed dostarczeniem do domu pogrzebowego.

Z trzydniowego maratonu pogrzebowego – nie miałam pojęcia, że członek rodziny w Polsce podczas pochówku katolickiego spędza przy otwartej trumnie, w kościele, a także we własnym domu podejmując sąsiadów przychodzących z modlitwą, aż tyle czasu! – najlepiej zapamiętałam właśnie owo zdumienie i potok własnych rozmyślań. Nie rozmawiałam jednak wcale z Bogiem, nie zadawałam pytań do Losu o sensy i potrzeby, zastanawiałam się po prostu, dlaczego ojciec był tym, kim był, i czy można było inaczej? W który momencie można jeszcze było inaczej? Ojciec był człowiekiem dogłębnie nieszczęśliwym i w pewnym sensie zniszczonym – coś, z czego stopniowo zdawałam sobie sprawę dopiero po latach, gdy już dawno odeszłam z rodzinnego domu. Fakty i wydarzenia, które go ukształtowały, odkrywam do dziś. Mierzę się z nimi i obraz powoli staje się jaśniejszy, wybory i decyzje ojca odrobinę bardziej logiczne i do zaakceptowania, choć nie zawsze do zrozumienia. Nie rozpędza to znad mojej głowy mgły smutku i rozczarowania, z którymi zapewne będę musiała pozostać już do końca życia.

27 i 28 stycznia cały świat żył niezwykłym przemówieniem polskiego historyka i dziennikarza Mariana Turskiego wygłoszonym podczas obchodów 75. rocznicy wyzwolenia obozu w Oświęcimiu, Marian Turski był tam więźniem. Chyba nie ma – mam nadzieję, że nie ma! – już dzisiaj człowieka, do którego nie dotarły słowa o tym, iż Oświęcim „nie spadł nagle z nieba”. Marian Turski przypomniał, że zanim ZŁO przybrało postać walca, który zaczął zmiatać ze swojej drogi systematycznie i masowo, to przecież przez jakiś czas przychodziło pod postacią pojedynczych słów i gestów. Pojedynczych decyzji dotyczących pojedynczych ludzi. Pojedynczych akcji w pojedynczych miejscach, a pojedynczy ludzie, którzy byli ich świadkami, dokonywali wyboru, by nie reagować i nie protestować, bo szkoda im na to czasu, bo wystarczy, że zrobią to inni, bo jeśli, wreszcie, to tylko pojedyncza kropla zła, cóż może uczynić całej dobrej skale?

30 stycznia czekając w urzędowej poczekalni na wydruk aktu zgonu ojca mimowolnie powtarzałam w myślach słowa: nic nie bierze się z niczego. Ani w życiu jednostki, ani, tym bardziej, społeczeństwa i całego świata.

Na ścieżce pogmatwanych losów mojego ojca, dziecka wojny naznaczonego przemocą ze strony i Sowietów, i nazistów, i własnej rodziny, zabrakło oczu i rąk, które w odpowiednim momencie mogłyby powstrzymać krople zła drążące skałę jego życia. Mnóstwo jego dalszych wyborów i postaw rozgrywało się potem na obszarze mentalnego autopilota, decydującą rolę odgrywały inhibicje i przyzwyczajenia, którym nie dał rady stawić czoła. Gdy po raz pierwszy pomyślałam o nim jak o człowieku nie tylko unieszczęśliwiającym innych, ale przede wszystkim nieszczęśliwym we własnym życiu, automatycznie wyświetliło mi się w głowie hasło: „bo takie spadło na niego przeznaczenie”. Jakie „przeznaczenie”? Stop! – to hasło kłamstwo. O to właśnie chodzi, że nie spadło. Nic nigdy nie bierze się z niczego.

Do domu w USA wróciłam ze strachem w sercu. Strachem o kraj, który pozostaje moją najważniejszą ojczyzną. Podam kilka przykładów, po które mi sięgnąć najprościej.

Zapaść polskiej służby zdrowia, której rozmiar objawił mi się w całej swej krasie podczas ponaddwumiesięcznej choroby ojca poprzedzającej śmierć, nie wzięła się z niczego. Wzięła się z przyzwolenia na działanie półśrodkami, na niedziałanie władzy w ogóle, na korupcję i siłę sprawczą łapówek, a co zdecydowanie najgorsze – z ukorzeniającego się z czasem w polskim społeczeństwie przeświadczenia, że inaczej, lepiej, sprawniej, prostolinijnie – zamiast pokracznie i hybrydowo, jak w chwili obecnej – być nie może. Że mamy do czynienia z betonem, którego ruszyć się nie da. Postawa przyzwolenia, otępienia i narastającej, niestety, znieczulicy na panoszące się zło tylko się umacnia.

Polska jest dziś na drugim miejscu samobójstw wśród dzieci i młodzieży w Europie, podczas gdy stan opieki psychiatrycznej, ten newralgiczny komponent służby zdrowia – jest w stanie zapaści szczególnej. Polecam lekturę niedawnego reportażu Janusza Schwertnera „Miłość w czasach zarazy”, można go łatwo znaleźć w sieci. Reportaż zrobił dużo zamieszania – i słusznie! – i też świetnie pokazał, że nic nie bierze się z niczego. Ani kondycja psychiczna, ani wartości wyznawane przez najmłodsze pokolenie Polaków. Przemoc i nękanie królują w dzisiejszej polskiej szkole na skalę, śmiem dywagować, nie mniejszą, a może i większą niż w USA. Podczas jednak, gdy szkoła amerykańska wdraża, z mniejszym lub większym powodzeniem, programy, których podstawą jest uczenie dzieci szacunku i tolerancji dla innych (ich brak to fundament, z którego wyrasta szkolna przemoc i epidemia problemów psychicznych wśród młodych), w Polsce przeciwnie. Niedofinansowana szkoła otwarcie pozostawia sferę wychowywania w obrębie wartości tzw. domowi, a tam, z przyczyn mrożących krew w żyłach, kwitnie „edukacja” wykluczania i sortowania ludzi oraz trening w mowie nienawiści. Wszystko zaś pod przykrywką kuriozalnie pojmowanego patriotyzmu, narodu i wierności wartościom chrześcijańskim.

Niech nikt się nie łudzi. Polexit ze scenariusza jeszcze niedawno zbywanego śmiechem przez wszystkich tzw. zdrowo myślących ludzi staje się scenariuszem z coraz większymi szansami na realizację. Jeśli do niego dojdzie, to przecież też „nie spadnie nam z nieba”. Będzie kulminacją wielu wydarzeń i decyzji, na które pojawiło się przyzwolenie, na które w momencie, gdy był jeszcze czas protestować i angażować się w walkę ze złem, zabrakło oczu, które chciały widzieć. I rąk, które chciały czynić.

Podczas przemierzania pokrętnych ścieżek swego losu, jedno było dla mojego ojca jasne. Nienawidził hipokryzji i ludzi pozujących na autorytety w sprawach wiary i moralności. Nałogowo czytał, a w ostatnich latach życia oglądał w telewizji publicystykę. Nie mam wątpliwości, że ucieszyłaby go informacja, iż pojawił się apel, by Mariana Turskiego nagrodzić pokojowym Noblem. Zostawiam Państwa z pełnym cytatem z przemówienia, które od dziś jest dla mnie tak ważne również z osobistych przyczyn.

„Nie bądźcie obojętni, kiedy widzicie, że przeszłość jest naciągana do aktualnych potrzeb polityki. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana. (…) Nie bądźcie obojętni kiedy jakakolwiek władza narusza prawa już istniejące. Nie bądźcie obojętni, bo nawet się nie obejrzycie, jak na was, na waszych potomków ‚jakiś Auschwitz’ nagle spadnie z nieba”.

Nic nie bierze się z niczego. Ani w życiu jednostki, ani, tym bardziej, społeczeństwa i całego świata.