Nuklearne zbrojenia w cieniu pandemii

138

Czas szalejącej na świecie pandemii nie powinien usypiać administracji jakiegokolwiek państwa w co najmniej jednym ważnym punkcie – militarnym bezpieczeństwie narodowym. Moment skupienia całej uwagi na zdrowiu mieszkańców bezwzględnie mogą wykorzystać przeciwnicy. A tych wciąż nie brakuje, wobec czego wyścig i to tych najcięższych zbrojeń na świecie trwa.

Patrząc z punktu widzenia wrogo nastawionego państwa, czas szalejącej epidemii to idealny moment na uderzenie swojego odwiecznego przeciwnika. Nie mówimy tutaj o III Wojnie Światowej, choć i takie głosy można znaleźć, ale o działaniach, które pozwolą na dogonienie bądź nawet wyprzedzenie swojego wroga. Wygląda na to, że ani USA, ani Rosja, ani Chiny na moment nie zapomniały o trwającym wyścigu zbrojeń i żadne z tych państw nie przymknęło choćby na chwilę swoich czujnych oczu, by stracić innych z pola widzenia. Niewykluczone, że na części z działań zbrojnych USA znów skorzysta Polska.

Zbrojenia najwyższego szczebla
Nic nie wskazuje na to, by epidemia koronawirusa bądź inny powód stał się przyczynkiem do zakończenia zbrojeń nuklearnych pomiędzy dwoma wrogami – USA i Rosją. Oba te kraje nie zaprzestają wyścigu zbrojeń i to przy pomocy tych najmocniejszych, nuklearnych dział. Kilka dni temu Biały Dom odrzucił propozycję prezydenta Rosji Władimira Putina przedłużenia o rok traktatu o ograniczeniu zbrojeń strategicznych New START bez dodatkowych warunków. Doradca prezydenta Donalda Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego Robert O’Brien oświadczył, że przedłużeniu układu musi towarzyszyć zamrożenie na obecnym poziomie liczby głowic jądrowych.
Działająca przy Białym Domu Narodowa Rada Bezpieczeństwa opublikowała na Twitterze oświadczenie, w którym Robert O’Brien poinformował, iż Stany Zjednoczone zaproponowały Rosji przedłużenie o rok traktatu Nowy START w zamian za zamrożenie na ten czas przez oba kraje liczby głowic jądrowych. O’Brien dodał, że po spotkaniu ze stroną rosyjską w Genewie był przekonany, iż Moskwa zaakceptuje tę propozycję. Jego zdaniem, byłoby to korzystne dla obu stron.
„Dzisiejsza odpowiedź prezydenta Putina, by przedłużyć Nowy START bez zamrożenia liczby głowic jądrowych jest nie do przyjęcia” – oświadczył O’Brien. Doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego dodał, że Stany Zjednoczone poważnie podchodzą do porozumień o kontroli zbrojeń, które zapewnią bezpieczeństwo światu. „Mamy nadzieję, że Rosja ponownie przeanalizuje swoje stanowisko, zanim dojdzie do wznowienia kosztownego wyścigu zbrojeń” – oświadczył Robert O’Brien.
Zawarty przez USA i Rosję na 10 lat traktat Nowy START wszedł w życie w lutym 2011 roku. Układ przewiduje możliwość jego przedłużenia, ale wymaga to zawarcia nowego porozumienia.
Nie czekając na to, co zrobią Rosjanie, Amerykanie testują kolejne rakiety, które mogą dolecieć do kraju Putina. Niedawno Stany Zjednoczone przeprowadziły udany test międzykontynentalnej rakiety balistycznej Minuteman III. Dowództwo sił powietrznych oświadczyło, że udana próba pocisku jest dowodem na skuteczność amerykańskiego systemu odstraszania. Nieuzbrojona rakieta Minuteman III została wystrzelona z bazy sił powietrznych Vandenberg w Kalifornii. Pocisk przeleciał 6700 kilometrów nad północnym Pacyfikiem i wpadł do oceanu w rejonie Wysp Marshalla. Dowódca amerykańskich sił powietrznych generał Charles Brown oświadczył, że udany test pocisku Minuteman III pokazuje, iż Stany Zjednoczone dysponują bezpiecznym i skutecznym potencjałem odstraszania nuklearnego przed atakiem na USA i ich sojuszników.
Rakiety Minuteman III są w amerykańskim arsenale jądrowym od 50 lat. Od roku 2005 są jedynymi pociskami nuklearnymi wystrzeliwanymi z lądu. Ich wyrzutnie zlokalizowane są w Wyoming, Dakocie Północnej i Montanie. Pozostałe dwa filary amerykańskiego systemu odstraszania nuklearnego stanowią okręty podwodne z wyrzutniami rakiet balistycznych oraz bombowce strategiczne.
Pentagon podkreślił, że test rakiety Minuteman III był od dawna planowany i nie ma związku z bieżącymi wydarzeniami. Być może związku nie ma także zmiana planów modernizacji amerykańskiego arsenału atomowego, ale w to trudno uwierzyć.
Jeszcze kilka miesięcy temu zgodnie planem Pentagon na ową modernizację miał wydać 85 miliardów dolarów w ciągu najbliższych dekad. Tymczasem teraz kwota urosła do 1,2 biliona dolarów, z czego blisko 100 miliardów zostanie przeznaczone na wymianę międzykontynentalnych pocisków balistycznych LGM-30G Minuteman III, które jak widać po testach działają.
Pozostałe inwestycje obejmują również m.in. budowę nowych okrętów podwodnych dysponujących atomowym arsenałem (docelowo zastąpią one strategiczne okręty typu Ohio), a także budowę bombowców przenoszących broń atomową, które zastąpią samoloty strategiczne B-2.

Zbrojenia okiem eksperta
Analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM) Artur Kacprzyk w swoim komentarzu tłumaczy propozycję Putina, a także negatywną odpowiedź USA: „Rosja podtrzymuje, że nie rozmieści w Europie pocisków krótkiego i średniego zasięgu, o ile pocisków ‚produkcji amerykańskiej’ nie dyslokują tam USA lub ich sojusznicy. Nowa oferta odpowiada na część krytyki wobec pierwszego apelu Putina do NATO z września 2019 r. Przedstawiciele Sojuszu wskazali wówczas, że Rosja już rozmieściła w Europie niezgodny z traktatem INF pocisk manewrujący 9M729 (oznaczenie NATO: SSC-8). Rosja utrzymuje, że 9M729 ma zasięg poniżej 500 km i był zgodny z układem INF, ale wyraża gotowość do objęcia go moratorium, jeśli ogłosi je także NATO (przy czym wg. niej 9M729 nie jest obecny w Europie). Proponuje także weryfikację moratorium (przypuszczalnie inspekcje) w obwodzie kaliningradzkim oraz w amerykańskich bazach przeciwrakietowych Aegis Ashore w Rumunii i Polsce. Według Rosji mogą one wystrzeliwać uprzednio zakazane przez układ INF pociski ofensywne” – tłumaczy Kacprzyk i wyjaśnia także, dlaczego oferta rosyjskiego przywódcy jest niekorzystna dla NATO. – „O ile moratorium miałoby objąć całe europejskie terytorium Rosji, to środki weryfikacyjne byłyby stosowane tylko w obwodzie kaliningradzkim. NATO nie mogłoby więc potwierdzić nieobecności 9M729 – i ewentualnie przyszłych rodzajów pocisków lądowych krótkiego i średniego zasięgu – na całym obszarze obowiązywania rosyjskiego moratorium. Tymczasem faktyczny zasięg 9M729 (szacowany na 2000–2350 km) pozwalałby na atakowanie wielu celów w Europie (np. baz USA w Niemczech), także z głównej części europejskiego terytorium Rosji. W praktyce NATO byłoby zagrożone takimi pociskami, natomiast samo zobowiązałoby się do rezygnacji z dyslokacji podobnych pocisków, nad którymi pracują USA. Tak jak 9M729, będą one bazować na mobilnych wyrzutniach lądowych, choć w przeciwieństwie do rosyjskiego pocisku mają przenosić wyłącznie głowice konwencjonalne, a nie nuklearne” – mówi ekspert PISM.
Artur Kacprzyk dywaguje także czy inny wariant moratorium byłby akceptowalny. – „Warunkiem koniecznym dla samego rozważenia propozycji moratorium byłoby rozszerzenie środków weryfikacyjnych na całe terytorium europejskie Rosji. Jednak nawet wówczas koncepcja ta wiązałaby się z poważnymi wyzwaniami. Weryfikacja byłaby skomplikowana, m.in. ze względu na prawdopodobną możliwość wystrzeliwania 9M729 z różnych typów wyrzutni lądowych. Ponadto, o ile przesunięcie pocisków za Ural zmniejszyłoby zdolność Rosji do ich niespodziewanego użycia, to wciąż mogłaby ona przerzucić je w razie kryzysu z powrotem do Europy. Brak ograniczeń dla rozbudowy sił rakietowych w Azji rzutowałby więc negatywnie również na sytuację w Europie. Przerzutu z własnego terytorium mogłyby dokonać w razie kryzysu również USA, ale wymaga to pokonania większych odległości. Niektórzy sojusznicy mogliby też uznać takie działania za zbyt eskalacyjne” – pisze Kacprzyk.
Według eksperta, celem Rosji jest m.in wykluczenie obecności wyrzutni amerykańskich w Europie, w tym w Polsce: „Rosja konsekwentnie stara się zachować elastyczność w dysponowaniu pociskami 9M729, a jednocześnie zapobiec obecności podobnej broni USA w jej sąsiedztwie. Apel Putina zdaje się być próbą wpłynięcia głównie na państwa europejskie i ich politykę w NATO. Wiele z nich obawia się powrotu do „wyścigu zbrojeń” między USA i Rosją po upadku traktatu INF i wobec impasu w rozmowach nt. przedłużenia wygasającego w lutym 2021 r. układu o redukcji zbrojeń strategicznych (Nowy START). Rosja szybko zareagowała na krytykę ostatniej oferty moratorium rakietowego przez Niemcy, wzywając je do jej głębszego przestudiowania. Zainteresowanie uszczegółowieniem rosyjskiej propozycji wyraziła zaś Francja, która jako jedyne państwo NATO podjęła z Rosją rozmowy nt. jej pierwszego apelu z 2019 roku” – pisze analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Według Artura Kacprzyka, niewiele w tej sprawie może zrobić NATO. – „Pomimo niewielkich szans na przełom w kontroli zbrojeń rakietowych z Rosją, wystąpienie przez NATO z własną propozycją byłoby pomocne. Utrudniłoby rosyjskie próby rozgrywania różnic w Sojuszu. Taka propozycja mogłaby dotyczyć zakazania niektórych rodzajów rakiet krótkiego i średniego zasięgu lub wprowadzenia limitów ilościowych. Wypracowanie wspólnego stanowiska w tej kwestii będzie jednak trudne i wymaga uprzedniego ustalenia, czy w Europie mają stacjonować pociski USA. Kluczowy dla takich rozważań będzie kształt polityki USA po wyborach prezydenckich i do Kongresu. Administracja Trumpa chce rozmieszczenia nowych pocisków w Azji w celu odstraszania Chin, ale wyraża też zainteresowanie dyslokacją takich systemów w Europie. Natomiast demokraci krytykowali wyjście USA z układu INF jako przedwczesne i próbowali wstrzymać podjęte w jego następstwie programy rakietowe” – pisze na zakończenie w swoim komentarzu specjalista z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Kolejni żołnierze z USA nad Wisłą?
To, co Polacy uważają za solidne wzmocnienie bezpieczeństwa kraju i gwaranta pokoju (mowa o obecności żołnierzy USA w Polsce), Amerykanie uznają za przysłowiowego prztyczka w nos dla Rosjan. Niemniej jednak ów prztyczek jest na tyle bolesny, że nie da się go nie poczuć. Latem tego roku doszło do porozumienia pomiędzy USA a Polską, na mocy którego do kraju nad Wisłą ma trafić 1000 amerykańskich żołnierzy.
Niedawno sekretarz obrony USA Mark Esper podczas wystąpienia dla think-tanku Atlantic Council zdradził, że to nie koniec, a kolejni amerykańscy żołnierze rozgoszczą się wkrótce w naszym starym kraju. Esper mówił o tym w ramach tematu wzmacniania sojuszy USA w dobie „rywalizacji wielkich mocarstw”. „Istnieje obecnie realna szansa, by przyjrzeć się umieszczeniu 2. pułku kawalerii, a przynajmniej jego części, w Polsce, dalej na wschód, co jest tym, czego oni (przyp. red. – Polacy) chcą. Myślimy, że to ma sens. Sądzę, że wiele państw NATO myśli też, że to by miało sens” – powiedział Esper i uzupełnił, że przeniesienie stacjonującego w Bawarii amerykańskiego pułku byłoby dodatkowym ruchem ponad ustalone wcześniej wysłanie dodatkowego tysiąca amerykańskich żołnierzy do Polski.
Jednocześnie szef Pentagonu mówił o działaniach wzmacniających całą wschodnią flankę NATO: „To zdrowy rozsądek. Nie trzeba być Napoleonem czy MacArthurem, by spojrzeć na mapę i zdać sobie sprawę, że im dalej na wschód jesteś, tym bardziej możesz uspokoić sojuszników i partnerów na linii frontu, czy to na północnym wschodzie – państwa bałtyckie, na wschód od Niemiec – w Polsce, czy na południowym wschodzie nad Morzem Czarnym, w Bułgarii i Rumunii” – wyjaśnił Esper. Dodatkowo, jako element rywalizacji z Chinami i Rosją, Ameryka zamierza usprawnić proces sprzedaży uzbrojenia sojusznikom, w tym przyspieszyć proces eksportu technologii. Waszyngton chce w ten sposób zapobiec zdobywaniu nowych rynków przez Moskwę i Pekin, które „podważają wysiłki USA w kultywowaniu stosunków z sojusznikami i komplikują przyszłe środowisko operacyjne”. Jak zaznaczył szef Pentagonu, wbrew wcześniejszym zapowiedziom wycofanie ponad 12 tys. żołnierzy w Niemczech nie oznacza zmniejszenia poziomu sił USA w Europie, lecz przesunięcie ich na wschód.


W całym tym wyścigu nie chodzi o to, kto wygra ostatecznie bezpośrednią wojnę. Niewyobrażalne użycie przez obie strony broni nuklearnej to scenariusz obopólnego samounicestwienia. Stąd broń nuklearna od lat jest raczej argumentem politycznym, który ma służyć w geopolitycznych rozgrywkach. Wykorzystywanie na papierze broni nuklearnej mogliśmy w ostatnich latach obserwować m.in przez Saddama Huseina czy całkiem niedawno przez przywódcę Korei Południowej Kim Dzong Una. Pierwszemu z nich straszenie bronią służyło przez długi czas, a drugiemu służy i zapewnia bezpieczeństwo do dziś.
Podobną taktykę stosuje Władimir Putin, który, dzierżąc w dłoni swój arsenał, wykorzystuje go do kolejnych geopolitycznych porachunków. USA, chcąc nie chcąc, w tym wyścigu muszą trwać i zdają sobie sprawę, że ten kto pierwszy odłoży broń, przegra nie tylko fizyczną, ale i psychologiczną wojnę. Dobrze zdaje sobie z tego sprawę administracja prezydenta Trumpa, która nie tylko chce rozlokować swoją broń w Europie, ale i w Azji, by móc kontrolować także i Chiny.
Kluczowy będzie wynik wyborów prezydenckich, które z punktu bezpieczeństwa będą ważne także dla nas – Polaków. Demokraci od dłuższego czasu sprzeciwiają się działaniom odwetowym, które prowadzi prezydent Trump i woleliby powrotu do układ INF o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego, choć wszyscy i tak wiedzą, że papierowe zabezpieczenie przed Władimirem Putinem to czysta mrzonka.