Refleksje w czasach zarazy

158
Jak pandemia zmieni – czy zmieni – nas jako ludzkość i cywilizację? FOTO: PEXELS.COM

Zdarzają się w życiu okresy, gdy jedyną sensowną rzeczą, jaką można zrobić, to przestawić się na tryb „przetrwanie” i tylko pilnować, by się nam za wcześnie nie wyłączył. Wiemy, że to właśnie ten czas, gdy zasypują nas zdarzenia, na które nie mamy żadnego wpływu, mimo iż wywracają do góry nogami cały porządek otaczającego nas świata.

Operuję w takim trybie już od ubiegłego lata.

Zaczęło się od chorób u obojga rodziców. Przez sześć tygodni „urlopu” w Polsce pracowałam na pełnym etacie jako pielęgniarka, szofer i towarzysz niedoli w domu, w przychodniach i przy szpitalnych kozetkach na SOR-ze. Na tych ostatnich pilnowałam ojca, którego dodatkowo, ze względu na niedowład nóg, nosiłam na plecach na wszystkie badania i wizyty.

Po powrocie do USA potrzebowałam dwóch tygodni, by dojść do siebie po tych „wakacjach”. Ledwie mi się udało – zaczęły się problemy zdrowotne u Młodszej. Specjalistyczne badania, tygodnie rehabilitacji, wreszcie diagnoza schorzenia, które będzie jej towarzyszyło do końca życia.

Na początku listopada sytuacja wydawała się być w końcu pod kontrolą. Na jak długo? W połowie listopada mój ojciec miał rozległy udar, po którym znalazł się w stanie wegetatywnym. A to nawet nie był koniec złych wieści. To był początek. Rozpoczęliśmy – ja tutaj, a moi krewni w Polsce – absurdalną i wykańczającą psychicznie wojnę z polską służbą zdrowia o to, by nie wyrzucała ojca ze szpitala pod domową opiekę mojej mamy, która chodzi o kulach, ma zaawansowaną demencję i przez długi czas nie rozumiała nawet na czym dokładnie polegała „choroba” jej męża. W szpitalu potrafiła na przykład „poprawiać” rurki powtykane w różne części ciała ojca, uważając, że są źle podłączone i dlatego ojciec nie wybudza się ze śpiączki. Poszukiwanie wolnego miejsca w jakimkolwiek ZOL-u na terenie całego kraju, potem także w hospicjum, spełzły na niczym. Znalazło się miejsce w ośrodku prywatnym, ale koszt takiego rozwiązania przekraczał trzykrotność miesięcznych dochodów obojga rodziców. Administracja szpitala nie przestawała jednak szykanować mamy, że przywiezie i zostawi ojca pod blokiem, jeśli ona sama nie odbierze go ze szpitala. Mama wciąż potrafi zbudzić się w środku nocy z krzykiem, bo śni jej się karetka, z której bezwładny ojciec wyrzucany jest na ulicę prosto pod koła innych aut.

Sytuacja rodzinna wykluczała moje natychmiastowe przenosiny do Polski. Z okresu świątecznego najlepiej pamiętam płacz mamy i niekończące się rozmowy telefoniczne z krewnymi, którzy zaangażowali się w akcję szukania ojcu miejsca opieki poza szpitalem. W pierwszy Dzień Bożego Narodzenia jednak się rozpadłam. Zamiast z rodziną, w tym córką-studentką, której nie widziałam od miesięcy – spędziłam go w samotności. Z wyboru. Była to próba ochrony moich najbliższych przed smutkiem i rozpaczą, którymi nie chciałam się z nimi dzielić bardziej, niż było to konieczne.

W styczniu w końcu poleciałam do Polski. Trzy dni przed odlotem dowiedziałam się, że jakiś odważny lekarz skierował sprawę ojca do sądu, też wstępując na ścieżkę wojenną z administracją szpitala. Znaleziono dla ojca miejsce w ZOL-u. Ojciec zmarł w szpitalu trzy dni po moim przylocie. Przykro to mówić, ale poczułam ulgę. Ulga po stracie rodzica potrafi boleć gorzej niż otwarta rana.

Cztery dni później okazało się, że chora jest mama. Intensywność ostatnich miesięcy odwróciła uwagę krewnych od jej stanu zdrowia. Martwię się o nią od dawna – 15 lat temu przeszła raka jelita grubego, od lat pięciu stan jej zdrowia przypomina zjazd po równi pochyłej. Tydzień, jaki mi został w Polsce, spędziłam więc nosząc, tym razem mamę, na wizyty u specjalistów. Udało mi się nawet „załatwić” jej – kolejne słowo-klucz świetnie opisujące stan polskiej służby zdrowia – badania szpitalne. Daty powrotu do USA jednak nie zmieniłam. Potrzebowałam znaleźć się we własnym domu, choćby tylko na tydzień lub dwa, by przegrupować siły.

Jak dobre światełko w tunelu, choroba mamy okazała się mniej poważna, niż się tego obawiałam. Była połowa lutego. Zaczerpnęłam głębiej powietrza, z ulgą wysprzątałam dom, po raz pierwszy od tygodni otworzyłam plik z nową powieścią i nawet poczułam natchnienie do pisania kolejnego rozdziału.

Tylko, że wtedy…

Życzliwie przypomnę wszystkim, co to był za moment. Był to ten moment, gdy koronawirus już nieźle rozlał się po Europie, a w Seattle umierali na niego pierwsi pensjonariusze domu seniora. Dotarło do mnie, że lecąc do domu przecież ja też potencjalnie wystawiłam się na działanie tego patogenu. Tydzień po powrocie dopadł mnie ból w kościach i wielkie zmęczenie, ale przecież miałam za sobą miesiące stresu i pogrzeb ojca wciąż tak żywy i traumatyczny w pamięci, że na samą myśl o nim robiło mi się słabo. Miałam prawo czuć się gorzej…

Trzeciego marca Młodsza dostała wysokiej gorączki, suchego kaszelku i zaczęła narzekać na spłycony oddech. W ciągu następnych dziesięciu dni lądowałam z nią w Urgent Care mniej więcej co trzy dni, bo lała się przez ręce, a gorączka ustępowała tylko po to, by za chwilę wrócić z jeszcze większą mocą. Na początku marca nie było jednak takiej siły, która przekonałaby CDC, że moje dziecko może mieć koronawirusa. Moja podróż i samopoczucie nie robiły na nikim wrażenia, testowano wtedy tylko osoby, które wróciły z Chin. Młodsza przez dwa tygodnie balansowała „na granicy hospitalizacji”. Siedziałam przy niej i słuchałam, czy i jak oddycha, w poczuciu totalnej bezradności i osamotnienia. Wyszła z tego. Już znów daje radę wchodzić po schodach bez potężnej zadyszki. Na prześwietlenie płuc i kontrolę u lekarza nie ma jednak na razie szans, wiadomo, lekarze potrzebni są teraz innym.

Jest poniedziałek, 30 marca. Mam dość siedzenia w domu i dołuje mnie stres oraz niepewność, co dalej. Z osobnej pięści dokładają emocjonalne huśtawki córek popadających regularnie w panikę, że świat się kończy. Myślę o schorowanej mamie w Polsce, o krewnych, przyjaciołach, znajomych i o tym, jak pandemia zmieni – czy zmieni? – nas jako ludzkość i cywilizację. Czy jednak się… boję?

Trochę na pewno. Ale – ciekawa rzecz. Ponieważ mój osobisty tryb „przetrwać” włączony jest już od tak dawna, miałam trochę więcej czasu na odrobienie pewnych lekcji. Wyciągnęłam z nich kilka wniosków.

1. Nieszczęścia nie da oswoić ani przyspieszyć jego przemarszu przez nasze życie. Przejdzie, kiedy samo zadecyduje, że przejdzie. Zamiast jednak każdego dnia odbijać się od całego jego cielska naraz, można wybrać, by widzieć tylko tę cząstkę, która uwiera nas dzisiaj, w tym momencie, najbardziej. I tylko jej stawiać czoło.

2. Warto wyznaczać sobie i celebrować małe, doraźne cele, choćby to było tylko starcie kurzu z mebli. Ich realizacja pomaga mitygować destrukcyjne uczucie, że nie panujemy nad niczym.

3. Nie zapominajmy, że są przy nas ludzie, którzy nas kochają, których kochamy my i którzy przy nas zostaną, żeby nie wiem co. W trudnych czasach ta świadomość potrafi być jak wiadro lodowatej wody na głowę w czasie wędrówki przez pustynię – prawdziwym ratunkiem. 5. I być może najważniejsze! Nie roztrząsajmy, jakie są szanse na to, że następny dzień lub tydzień będzie jeszcze gorszy niż dzisiaj. O to będziemy się martwić jutro lub za tydzień. I ani minuty wcześniej.