Śladami Mary Shelley

102
Ilustracja do wydania powieści „Frankenstein" z 1831 roku FOTO: WIKIPEDIA.ORG

Ludowa wersja opowieści o tym, jak Mary Shelley stworzyła kultowego Frankensteina, brzmi oczywiście tak: pewnej wyjątkowo piekielnej nocy, pośród bicia gromów i ulewy stulecia grupka młodych literatów oczekujących na poprawę pogody (lało już którąś dobę z rzędu) urządziła sobie z nudów konkurs na opowieści z dreszczykiem.

Mary Shelley wygrała w totka, bo fabuła „Frankensteina” rzekomo jej się po prostu przyśniła, a bijące na zewnątrz pioruny odegrały kluczową rolę. Senna wyobraźnia dziewczyny przekształciła je bowiem w pracę życiodajnej elektryczności. Potem należało już tylko swój sen „spisać” – i voila! – historia literatury zmieniła się jak za pstryknięciem palców, w zaledwie kilka dni. Wystarczył dobry pomysł i odrobina izolacji.

Prawda o okolicznościach powstania „Frankensteina” jest, oczywiście, dużo bardziej skomplikowana i słabo pokrywa się z obrazkiem stylowego saloniku w Villi Diodati, gdzie w rytm trzaskających drewien w kominku Byron i jego goście oddają się pracy pisarskiej. Wiemy, że powieść powstawała co najmniej rok, w bólu twórczych mąk i przy akompaniamencie wartko płynącej rzeki łez, choć te ostatnie niekoniecznie świadczyły o frustracjach związanych z twórczością, a raczej były świadectwem niewyobrażalnie trudnej sytuacji osobistej i towarzyskiej młodziutkiej pisarki. W chwili ukończenia powieści w 1817 r. Mary, chorowita 19-to latka, pochowała już dwójkę z trójki urodzonych dzieci, przeżyła samobójcze śmierci siostry oraz pierwszej żony swego niewiernego i nieodpowiedzialnego, w tym finansowo, męża-poety Persy’ego Bysshe Shelley’ego, została wydziedziczona przez ojca, który nie zaakceptował związku córki z żonatym mężczyzną (mimo iż był liderem modernistów i nawet anarchistów) oraz – co jest chyba oczywiste – miała szlaban na kontakty z tzw. socjetą jako skrajna skandalistka. Z depresją, która przyszła po śmierci pierwszego dziecka, Mary nie uporała się zresztą do końca życia, a jej pamiętniki i listy nie pozostawiają wątpliwości, że „sława” też przysparzała jej więcej goryczy niż satysfakcji. Mówiąc krótko – czasy były takie, że mimo oszałamiającej popularności „Frankensteina” wśród czytelników większość establishmentowej krytyki odmówiła książce miejsca na literackim panteonie, bo Mary była kobietą, a kobiety, jak powszechnie wtedy wierzono, nie były w stanie tworzyć ważnych i wartościowych literacko dzieł.

Skojarzenie z Mary Shelley i epizodem jej izolacji w letniej daczy nie nasunęło mi się bez przyczyny. Ostatni tydzień przemeblował rzeczywistość rzeszom z nas. Siedzimy w domach, bo za oknami hula pandemia. Niektórzy nie mają wyjścia – nakaz izolacji jest odgórny, a kto go lekceważy, ryzykuje nieciekawe reperkusje, prawne i finansowe. Inni dokonują tego wyboru rozumiejąc, że to jedyny sensowny sposób, by pomóc sobie i światu. Niezależnie od przesłanek ku izolacji, stała się ona częścią naszego codziennego doświadczenia. Stała się ona ważnym filtrem, przez który doświadczamy obecnie świata.

Jako rodzina praktykujemy izolację już od prawie trzech tygodni, ja i młodsza córka przodujemy w tej praktyce, bo Młodsza najprawdopodobniej padła ofiarą covida i ciężko chorowała. Przebieg jej choroby i nasze dramatyczne przejścia w punktach medycznych opisałam w poprzednich felietonach.

Dwadzieścia dni to wystarczająco długi okres – przynajmniej dla mnie – by upewnić się, jeśli do tej pory miałam jeszcze wątpliwości, na ile życie online jest w stanie zaspokoić moje potrzeby kontaktów z resztą świata. Odpowiadam od razu – nie jest. Nie tylko jednak ja. Widzę, że każdy członek naszej rodziny zdążył już we własnym zakresie doświadczyć rozmaitych kryzysów w związku z nagłym ograniczeniem życiowej przestrzeni do ścian naszego domu, a towarzystwa – do samych siebie. Najtrudniej ma Starsza. Wróciła ze studiów, bo zamknięto uniwersytet i kampus, i naukę przeniesiono na platformę online do końca semestru. O tym, że nawet nie miała szansy pożegnać się przyjaciółmi ani spakować rzeczy, których będzie potrzebować przez nadchodzące miesiące, w tym materiały do nauki, dowiedziała się dopiero w połowie ubiegłego tygodnia. Gdy tydzień temu wsiadała w samochód, była przekonana, że po feriach wiosennych wróci na kampus, bo władze uczelni przekonywały, że kampus pozostanie otwarty. Dziś, skulona na swoim starym łóżku, w pokoju ogołoconym z ozdób (zabrała je na studia), pośród wspomnień z liceum, których wolałaby nie mieć, mówi nam otwarcie, że czuje się jak więzień swego starego życia i kosztuje ją wiele wysiłku, by nie dać zassać się w czarną dziurę złych emocji i niedostatku wiary, że sytuacja jest przejściowa.

– Może i jest przejściowa – mówi – Ale obawiam się, że po tym wszystkim nic nie będzie takie samo.

Ma rację. A ja, jej matka-emigrantka przyznam to pierwsza. Mimo upływu czasu, w tym momencie już kilku dekad, do dzisiaj odczuwam „skażenie” własnymi przejściami z horrendalnych lat stanu wojennego i kryzysu w Polsce lat 80. ubiegłego wieku.

Czy po „wakacjach” w Villi Diodati Mary Shelly, wtedy jeszcze Godwin, wiedziała, że już nic nie będzie takie samo? Trudno powiedzieć. Można się jednak pokusić o hipotezę, że bez przymusowej izolacji i nudy, jaka spadła na towarzystwo w związku ze złą pogodą, nie doszłoby między nimi do dyskusji o tym, czym jest „pierwiastek” życia i gdzie leżą granice nauki z jednej strony, a odpowiedzialności stwórcy za jego dzieło z drugiej. Dla Mary, co wiemy z jej biografii, to właśnie ta wymiana poglądów stała się inspiracją do dalszych własnych przemyśleń i poszukiwań, by w efekcie skrystalizować się w przesłanie, jakie włożyła w książkę.

Jesteśmy w chwili obecnej wszyscy jak Mary Shelley. Bierzemy udział – nie z własnej woli, a na skutek czynników zewnętrznych – w bezprecedensowym społecznym eksperymencie. Wynurzymy się z niego o wiele bogatsi o wiedzę, co w naszym człowieczeństwie jest dla nas najważniejsze. Gdzie znajdują się granice naszej wytrzymałości na samotność i izolację od świata? Czy technologia rzeczywiście może być odpowiedzią – jak to uznawaliśmy do tej pory, wdrażając ją w nasze życie nierzadko na ślepo, bez refleksji – w każdej dziedzinie życia, czy jednak są obszary, gdzie nie będzie w stanie nigdy i pod żadną postacią zastąpić obecności i działań drugiego człowieka i ludzkiego społeczeństwa.

Czy wyjdziemy z tego eksperymentu jak Mary Shelly? Obolali, z ciężkimi od myśli głowami, ale mądrzejsi i, co najważniejsze, nie lękający się głosić naszych przemyśleń i działać na rzecz zmian, które zmienią bieg naszego świata, otworzą przed nami, jak powieść Mary Shelly przed literaturą, nowe możliwości? Dobrze by było.