Z zagadką na koniec

60
Co opozycja mogłaby zaproponować, by zwykły człowiek, który już miał przez 8 lat pokaz jej rządów, chciał na nią zagłosować? FOTO: EPA

Wszyscy wiedzą, że podczas tych wyborów rozstrzygnie się gra o wszystko. Jeśli PiS zdobędzie większość parlamentarną, a wiele na to wskazuje, dokończone zostaną reformy i programy, które na długo, jeśli nie na zawsze, odsuną od korytka niedawnych królów życia. Druga strona zachowuje się tak, jakby nie liczyła już nawet na wygraną, a próbuje jedynie zachować twarz i przy okazji nie stracić pozycji, które dotąd udało jej się zdobyć.

Zastanawiam się, co opozycja mogłaby zaproponować, by zwykły człowiek, który już miał przez 8 lat pokaz jej rządów, chciał na nią zagłosować? Ludzie przez lata czekali na to, że choć w niewielkim procencie staną się beneficjentami osławionej „zielonej wyspy”, cierpliwie zaciskali pasa i… doczekali się. Nie jestem do końca przekonana o słuszności wszystkich działań obecnej ekipy rządzącej. Mam sporo zastrzeżeń, ale rozumiem, dlaczego obywatele na nich głosowali i znów zagłosują.

PiS pochylił się nad zwykłym człowiekiem, tym, którego latami pomijano. Sprawił, że zwykły Kowalski poczuł się ważny. Nowakowa przestała się martwić o swoje dzieci, gdyż najbardziej bieżące potrzeby można załatać 500+. Emeryci, dotąd jakby wystawieni poza nawias, też doświadczyli tego, że ktoś o nich myśli. Miliony ludzi zaczęło wierzyć, że będzie im żyło się lepiej, że wydostaną się poza szklany sufit bariery finansowej. Niestety, są i ci, którzy dostają za nic, awansem, a nie powinni. Chciałabym wierzyć, że dzieje się tak tylko dlatego, że nie można ich odsiać przez sito, a zrobienie tego powinno stać się priorytetem po kolejnych wyborach. Nie może być tak, że niepracujący mają lepiej niż pracujący, a do takich absurdów dochodzi wcale nierzadko.

Jak dobrze swoimi programami trafił PiS w potrzeby wyborców, świadczy choćby fakt, że żadna z kolejnych afer czy skandali, które są ujawnianie, nie zmniejsza jego popularności i nie powoduje spadków w rankingach przedwyborczych – ani strajk nauczycieli i nieudana reforma, którą odczuł ostatni rocznik gimnazjalistów i pierwszy ośmioklasistów, a od września boleśnie doświadczają wszyscy w szkołach średnich, ani budowa przy Srebrnej, ani zalatany były marszałek Kuchciński, ani afera w Ministerstwie Sprawiedliwości, rozciągająca się na środowiska sędziowskie, zwana już Piebiakgate.

Tak przed nadchodzącymi wyborami marzy mi się, aby nasza klasa polityczna nie wywodziła się z ludzi, którzy pozyskanie mandatów traktują jako najkrótszą i najskuteczniejszą drogę do statusu gwiazdy mediów, łatwego zarobku, dorobku i zabezpieczenia na ciepłych posadkach wszystkich swoich pociotków oraz koleżków. Marzy mi się, aby do polityki zapraszani byli ludzie, którzy mają już jakiś status w swoim otoczeniu; są działaczami społecznymi w różnych organizacjach, dorobili się czegoś własną pracą, wykształceniem czy pomysłem i udowodnili, że mają duszę społecznika, a nie karierowicza-dorobkiewicza.

Wiem, że wielu wartościowych ludzi omija politykę szerokim łukiem, gdyż mierzi ich to, iż najważniejszym w niej kryterium jakże często jest mierność, ale wierność, jakże podobna do tej, jaka była w partiach komunistycznych, z jedną zasadniczą różnicą… dostrzegasz ją, Czytelniku?