Zrobieni w bambuko (cz. 2)

216
Dr James Lawler z Centrum Medycznego przy Uniwersytecie Nebraski stwierdził, że ze względu na to, iż zezwolono wirusowi rozprzestrzeniać się w USA długo bez kontroli i wiedzy, w tym w grupach najwyższego ryzyka, liczba zgonów może tu sięgnąć nawet pół miliona osób, a zachorować do 100 milionów. FOTO: PEXELS.COM

W niedzielne popołudnie na wizytę w Urgent Care czeka osiem osób. To tylko trochę więcej niż zwykle w ten dzień o tej porze. Większość ludzi z kaszlem, jedna osoba ze skręconą nogą.

Jesteśmy tu z Młodszą już drugi raz w ciągu sześciu dni. Młodsza zaległa z objawami grypopodobnymi we wtorek po południu. W środę rano wynik testu na grypę był jednak negatywny. Moje pytanie o test na koronawirusa lekarz zbył śmiechem, bo 3 marca w stanie Kolorado żadnego koronawirusa jeszcze rzekomo nie mieliśmy. W każdym razie – oficjalnie. Pierwszy przypadek ogłoszono dopiero następnego dnia.

W niedzielę stan dziecka się pogorszył. Ale kolejny test na grypę znów daje wynik negatywny. Badanie krwi potwierdza jednocześnie, że Młodsza na pewno walczy z jakimś rodzajem infekcji wirusowej. Tym razem pani doktor już się jednak z mojego pytania o test na COViD-19 nie śmieje. Ale mówi mi wprost, że nie ma na to żadnych, absolutnie żadnych szans. Widzę, że jest zdenerwowana i poirytowana. Zanim wyjdzie z gabinetu wyjaśnia: „Kilka godzin temu miałam chorego z kompletem objawów. Do tego wrócił kilka dni temu z Korei Południowej i powiedział, że najpewniej miał styczność z osobami zarażonymi. I u niego test wykluczył grypę. CDC (Center for Disease Control – przyp. ESM) nie dał nam autoryzacji, by go przetestować. Proszę mnie nie pytać, co ja o tym wszystkim myślę”.

I ja, i mąż dzielimy się naszym doświadczeniem z przychodni w mediach społecznościowych. Spływa lawina emocjonalnych reakcji, oczywiście bardzo różnych. Od zarzutów, że celowo kłamiemy, bo chcemy „siać panikę”, po dobre rady, do którego szpitala się udać, żeby przeprowadzić test. Najwięcej jest jednak szczerego zdumienia i niedowierzania. Gubernator Kolorado Jared Polis obiecał przecież przed kamerami, że każdy, kto chce, będzie mógł się bez problemu przebadać. I że na dodatek jako gubernator prowadzi rozmowy z ubezpieczalniami, by nie pobierały za ten test opłat.

Jest poniedziałek rano, 9 marca. Liczba chorych w Kolorado podskoczyła w piątek do ośmiu, ale przez weekend, jak informują nas media, nie pojawił się ani jeden nowy przypadek. Wiemy, że dwoje pierwszych chorych przybyło z Włoch pod koniec lutego, po czym przez kilka dni jeździli na nartach, kilka razy zmieniając ośrodki. Zwiedzali Denver, korzystali ze środków transportu publicznego i hoteli. Do tej pory zamknięto jedną szkołę w Denver, choć potwierdzone przypadki zachorowania rozsiane są po kilku powiatach. Więcej – gazeta „Aspen Times” doniosła w niedzielę wieczorem, że Australijka, która odwiedziła tamtejsze stoki i wróciła do Sydney, przywiozła do domu COViD-19. Z kolei koleżanka, która jeździła z córką w weekend do Denver na międzyszkolne rozgrywki siatkówki, opowiada, że widownia wygwizdała organizatorów za komunikat, iż zawodniczki po meczu nie będą ściskać sobie dłoni. W stanie nie odwołano do tej pory żadnej imprezy masowej, a największe środki ostrożności zdaje się podejmować nie sektor publiczny, a prywatny. Niektóre korporacje, jak Intel, gdzie pracuje mój mąż, wstrzymały wysyłanie pracowników na konferencje.

Gdy kupuję w aptece izotoniki i Theraflu dla córki kasjerka obrzuca mnie współczującym wzrokiem. „Z tego, co widzę, to już chyba połowa miasta chora. Niech się jednak pani cieszy, że to nie ten nowy wirus. Na szczęście nasz prezydent, dzielny chłopak, ma wszystko pod kontrolą. A u nas nie ma żadnych nowych przypadków od dwóch dni, to pewnie epidemia się zatrzymała!” – dodaje wyraźnie zadowolona.

Kobieta ma przypięty do bluzki znaczek MAGA, niezawodny sygnał, komu kibicuje politycznie. Stacja telewizyjna MSNBC emitowała w weekend reportaż o przygotowaniach Amerykanów do ewentualnej pandemii i tam fanka prezydenta Trumpa wyjaśniła reporterce, że nie ma żadnego wirusa. „Wszystkie informacje pochodzą od demokratów, a ja nie wierzę w ani jedno słowo, które wypływa z ich ust” – wyjawiła przed całą Ameryką.

Wychodzę z apteki rzucając tylko grzeczne good-bye. Czy kasjerka z kółka adoracyjnego MAGA uwierzyłaby, gdybym jej powiedziała, że siedzimy po uszy nie tylko w samym środku pandemii, ale i jednego z większych skandali politycznych ostatnich czasów? Do wczoraj wieczorem, a są to dane potwierdzone przez samego szefa FDA, dr. Stephena Hahna, laboratorium CDC przebadało mniej niż 6 tysięcy próbek. Proszę nie przecierać ze zdumienia oczu. Dobrze państwo przeczytali: niecałe 6 tysięcy. Przypomnę, że populacja USA to w chwili obecnej prawie 330 milionów ludzi. Przypomnę też, że pierwsze, i to bardzo śmiercionośne (do dzisiaj 19 zgonów), ognisko COViD-19 pojawiło się już 20 stycznia w Seattle, prawie 4-milionowej metropolii. Mój sąsiad, który jest lekarzem klinicznym, zapytany, co sądzi na temat kryteriów testowania, odpowiedział: „Wciąż mamy dość mało tych testów i obowiązuje nas reglamentacja. Oczywiście to skandal i skrajna nieodpowiedzialność. Zapłacimy za to straszliwą cenę”.

Jak do tego doszło, że lider cywilizowanego świata znalazł się w takim położeniu? Pisałam już o tym wcześniej. Różnica jest taka, że od mniej więcej tygodnia informacje o skandalicznym wręcz zachowaniu amerykańskiej administracji wobec zagrożenia, przed jakim stoimy, nie są żadną teorią spiskową, a już faktem, i otwarcie się o tym mówi. O tym, że choć mieliśmy dwa miesiące na przygotowania, to z potrzebnych trzystu milionów respiratorów i maseczek na twarz – a są to potrzeby wyłącznie na użytek służby zdrowia – mamy w magazynach 12 milionów. O tym, że Biały Dom jako jedyny na świecie odmówił używania testu opracowanego na podstawie genomu koronawirusa udostępnionego przez Chiny, a test amerykański okazał się klapą, wobec czego do końca lutego w całych Stanach Zjednoczonych przetestowano mniej niż 2000 osób. O tym, wreszcie, że prezydent do dziś, zamiast martwić się o zdrowie obywateli, wciąż najbardziej martwi się o kondycję rynku. Przypomnę, że przed piątkową wizytą w CDC, od której za wszelką cenę chciał się wymigać, powiedział bez ogródek reporterom, że gdyby pozwolono mu zadecydować, nie wpuściłby do Ameryki dwudziestki chorych pasażerów z wycieczkowca Grand Princess, oczekującego u wybrzeżu Kalifornii. Bo, jak rzekł: „Wolałbym, by statystyki zostały takie, jakie są”. Dzisiaj, lekceważąc nie tylko fakty na temat grypy, ale i to, co już wiemy o nowym patogenie, zatweetował: „W ubiegłym roku 37 tysięcy Amerykanów zmarło z powodu grypy. (…) Nic się nie zamyka, życie i ekonomia toczą się jak zawsze. Obecnie mamy 546 przypadków koronawirusa i 22 zgony. Pomyślcie o tym!”. No i doniesienia AP, które, jeśli ktoś miał jeszcze jakiekolwiek złudzenia, komu i czemu kibicuje się w Białym Domu, to musi się ich jak najszybciej wyzbyć. Gdy pod koniec lutego CDC przekazała Białemu Domowi do zatwierdzenia listę zaleceń, jak postępować, by zminimalizować ryzyko zarażenia się koronawirusem, przed publikacją wykreślono z niej zapis, by osoby starsze unikały podróżowania samolotami. Amerykanie, zwłaszcza dysponujący czasem seniorzy, dużo i chętnie przemieszczają się po kraju. Ilu z nich, po telefonie na infolinię i otrzymaniu informacji, że mogą bez obaw ruszać w podróż, poszła za tą radą?

Zakończę informacją od lekarzy. Podczas niedawnej konferencji Amerykańskiego Stowarzyszenia Szpitali dr James Lawler z Centrum Medycznego przy Uniwersytecie Nebraski stwierdził, że ze względu na to, iż zezwolono wirusowi rozprzestrzeniać się w USA bez kontroli i wiedzy tak długo, w tym w grupach najwyższego ryzyka, liczba zgonów może tu sięgnąć nawet pół miliona osób, a zachorować do 100 milionów.

Gdy wysyłam ten tekst jest wtorek rano (10 marca). Włochy właśnie objęły kwarantanną cały kraj, bo ubiegłej doby zmarło tam 170 osób. W moim stanie do tej pory przetestowano… wow! – 184 osoby, potwierdzono 15 przypadków zachorowania. W całym USA liczba przetestowanych wciąż sięga niewiele ponad 6 tysięcy. Przygotujmy się, że to może być długi i naprawdę bardzo ciężki rok.