Jeden tydzień z życia…

327
Pielęgniarka Aleksandra Pogoń przed halą Global Expo w Warszawie, gdzie pracowała jako wolontariuszka ze Stanów Zjednoczonych, pomagając uciekinierom z Ukrainy ROZMAWIAŁA: MARZENA KOSTRZEWA-STAFIEJ

„W ciągu tego tygodnia, kiedy byłam w Warszawie, nasz personel medyczny liczył 22 osoby. Na co dzień pracowały tam dwie pielęgniarki polskie i dwóch lekarzy. Wszyscy pacjenci byli szczęśliwi, naprawdę szczęśliwi, że jesteśmy, że się nimi zajmujemy i im pomagamy” – mówi pielęgniarka Aleksandra Pogoń, przedstawicielka amerykańskiej grupy International Medical Relief, która przebywała w Polsce przez tydzień w maju, wspierając swoich polskich kolegów, udzielających pomocy uchodźcom z Ukrainy.

Co ty, jako obywatelka amerykańska i także polska, powiedziałabyś Polakom i Polonii w USA, jakie miałabyś sugestie dotyczące pomocy Ukraińcom? Chodzi o pomoc humanitarną, o wspieranie tych Ukraińców, którzy teraz są w Polsce, ale również tych, którzy pozostali w Ukrainie i walczą w obronie swojego kraju.

Wiem, że każdy akt dobroci, niezależnie od tego, czy duży czy mały, zrobi wrażenie na drugim człowieku, naprawdę. Nie każdy dziś ma czas, nie każdy może bezpośrednio pomóc, ale przecież każdy ma serce. Jeżeli chodzi o nas, Polonię, to powinno nas stać na to, aby wspomóc Ukraińców, nawet bardzo skromnie, ale aby dzięki temu było im choć trochę lepiej i aby szczęśliwie przeżyli tę wojnę. Wielu z nich stara się, musi przeżyć, mieszkając teraz w zupełnie nowych, obcych warunkach. My, jako Polacy, już bardzo im dużo pomagamy, widziałam to na własne oczy. Nikt nie chodzi głodny. Jest wszystko, co niezbędne, są ogrzane pomieszczenia. Jest mnóstwo wolontariuszy, nawet takich, którzy bawią się z dziećmi. Brakuje natomiast lekarzy i pielęgniarek. Szpitale są naprawdę zajęte, bo leczą własnych mieszkańców, a teraz mają jeszcze tysiące dodatkowych przybyszów z Ukrainy, którzy też potrzebują pomocy.

Byłaś przez tydzień w Polsce. W jakim regionie jest najwięcej potrzebujących, gdzie są największe skupiska uciekinierów z Ukrainy?

W Warszawie byliśmy w hali Global Expo. Nie wiem, czy to było największe zgromadzenie uchodźców, ale chyba tak. Na pewno byli to ci najbiedniejsi. Bo ci, którzy mieli dokąd pójść, mieli jakieś źródło wsparcia, to raczej nie trafiają do takich miejsc. Te osoby, które mogły skorzystać z pomocy swoich rodaków mieszkających w Europie lub w Polsce, lub zostały przyjęte przez obywateli krajów Unii Europejskiej, na pewno są w lepszej sytuacji. Ale ci, którymi ja się zajmowałam, to byli naprawdę bardzo biedni ludzie.

Kim są te osoby, z którymi miałaś kontakt? Kiedy ja byłam w maju w Warszawie, widziałam głównie kobiety z dziećmi.

Jest dużo kobiet, jest dużo dzieci. Widziałam siedmiotygodniowe maluszki, ale też i mocno starszych ludzi. Gdy leciałam do Polski, wydawało mi się, że będą tam same kobiety z dziećmi czy tylko ludzie najstarsi. Ale są też mężczyźni – bardzo młodzi ludzie, nastoletni.

Powiedziałaś na początku naszej rozmowy bardzo pięknie, że “serce jest najważniejsze”. Czy – będąc przez tydzień w Polsce – spotkałaś się z sytuacjami, w których ludzie byli negatywnie nastawieni do uciekinierów ukraińskich?

Zawsze znajdzie się osoba, która będzie przeciwko. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie odczułam choćby najmniejszej obcości ze strony Ukraińców. Wręcz przeciwnie, dzieci ściskały mnie, dzieliły się ze mną czipsami. Kobiety dawały mi kremy, które otrzymały od kogoś, bo to było ich spontaniczne podziękowanie za pomoc. Mogę powiedzieć szczerze, że ci ukraińscy uciekinierzy są bardzo grzeczni i bardzo wdzięczni za pomoc, wręcz ujmujący.

Kiedy mówisz o tym widzę, że łamie Ci się głos. Miałam podobne odczucia. Kiedy czekałam na autobus na przystanku w Warszawie, stały tam również dwie bardzo ubogie kobiety z chłopczykiem. Bawił się swoim wózeczkiem. Nagle wózeczek zaczął toczyć się na jezdnię, a on pobiegł za nim. Złapałam chłopczyka. A ponieważ w torbie miałam maskotki, to jedną z nich – misia – dałam mu. Tyle radości, jaką on okazał, nie widziałam od dawna. Również te Ukrainki bardzo mi dziękowały.

Rzeczywiście, w ich każdym geście, w każdym słowie są nieustające podziękowania. Za najdrobniejszą pomoc, za mały opatrunek. To chwyta każdego za serce, nawet najbardziej zaprawionego w bojach weterana. Szczególnie dzieci są poszkodowane, bo nie dość, że straciły swój dom, często swoich bliskich, to jeszcze te małe tak bliskie ich sercu zabawki. Dzieci się uśmiechają, starają się bawić, cieszyć każdą chwilą, ale są to dzieci, które zawsze będą już miały traumę wojenną.

Olu, jak się czułaś, gdy wróciłaś do domu, do Stanów? Bo przecież ta praca wolontariusza jest wyjątkowo trudna, nawet jeśli jest dobrze zorganizowana przez różne organizacje w niej uczestniczące.

Tak, to prawda, ale mieliśmy siebie, mieliśmy wsparcie. Prawdziwy „team work”. Podzieliliśmy się na dwie grupy, bo kanadyjscy medycy już byli na miejscu, były też polskie pielęgniarki i kilku lekarzy. Oczywiście w normalnych czasach lokalne placówki nie mają tak licznego personelu. W ciągu tego tygodnia, kiedy tam byłam, nasz personel medyczny liczył 22 osoby. Na co dzień pracowały tam dwie pielęgniarki polskie i dwóch lekarzy. Wszyscy pacjenci byli szczęśliwi, naprawdę szczęśliwi, że jesteśmy, że się nimi zajmujemy i im pomagamy.

Jak wynika z Twoich słów, oprócz Was, przedstawicieli Stanów Zjednoczonych, byli również wolontariusze z Kanady. Czy w czasie Twojego pobytu spotkałaś wolontariuszy z innych krajów?

Jeżeli chodzi o medyków, to nie spotkałam nikogo poza nami. To była tylko nasza grupa International Medical Relief, no i oczywiście medycy kanadyjscy. W ich grupie znaleźli się przede wszystkim kanadyjscy żołnierze (przy okazji dodam, ja służyłam w US Army), oczywiście z lekarzami i pielęgniarkami.

Jak się teraz czujesz po tym pobycie w Polsce?

Widziałam dwie piękne sytuacje, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Jedna – to, że wszyscy są razem. A druga, co mnie bardzo zaskoczyło – że nawet zwierzęta są z ludźmi, dzielą ich los. I to, że te zwierzaki były tak dobre, układne, że nawet największy, może nawet i groźnie z pozoru wyglądający pies mógł być wśród ludzi, a dzieci bez obawy bawiły się z nim. A on tak jakby z uśmiechem (naprawdę tak pomyślałam) później spokojnie sobie zasnął wśród nich. Wszyscy razem, w jednym pomieszczeniu. Tam było bardzo dużo zwierząt, przede wszystkim koty i psiaki. A nawet jedno dziecko miało białego szczurka. To było niezwykłe. A wszyscy byli przecież uciekinierami.

Karta identyfikacyjna Aleksandry Pogoń

Tak, to wyjątkowe i piękne. Wiemy, że cały czas trwa akcja ratowania zwierząt z Ukrainy, porzuconych, ze schronisk, nawet z zoo. Ale najważniejsze jest to, co teraz powiedziałaśże widziałaś humanitarną postawę także wobec zwierząt. Te zwierzęta-uciekinierzy mają przecież wspólne przeżycia, niektóre też „przeszły przez piekło”. My, ludzie, próbujemy zrozumieć otoczenie i potrafimy zaadaptować się do trudnych, często skrajnych warunków, ale wiadomo, że dla zwierząt bywa to wielokrotnie trudniejsze.

Mam też jedną smutną refleksję. Mam żal do Polskich Linii Lotniczych, że nie dały mi ulgi na dwie walizki z lekami i opatrunkami, które przewoziłam. Przecież ja, będąc przez tydzień w Polsce, nie potrzebowałam prawie nic dla siebie. Inne linie lotnicze, o czym wiem od moich kanadyjskich przyjaciół – tych, których poznałam na miejscu w Polsce – potrafiły stanąć na wysokości zadania.

Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i przede wszystkim za Twoją wspaniałą pracę i serce, które okazałaś uciekinierom. Jeden tydzień z życia to niby mało, a jednak tak wiele.

ROZMAWIAŁA: MARZENA KOSTRZEWA-STAFIEJ