Moje życie to niekończąca się podróż

142
Michał Urbaniak gra na skrzypcach podczas koncertu w Nowym Jorku FOTO: BARTOSZ MACIEJEWSKI

„Czasami zatrzymuję się w biegu i zastanawiam się nad moim życiem… i dochodzę do wniosku, że było to 60 lat ciągle w podróży! To jest niekończąca się podróż” – mówi Michał Urbaniak, światowej sławy jazzmen

Spędził pan w Nowym Jorku ponad 45 lat, a więc niemal całe dorosłe życie. Co tak pana ciągnie do tego miasta? Muzyka?

Przede wszystkim muzyka. Bo będąc tutaj, realizuję marzenia 15-letniego chłopaka, który zakochał się w jazzie i trochę mniej w bluesie. W szkole średniej, za czasów komuny, byłem jedynym chłopakiem w klasie, który miał amerykańskie płyty z muzyką jazzową, między innymi Louisa Armstronga. Któregoś dnia kolega z klasy powiedział, że brat przysłał mu z Anglii płytę z muzyką, która mu się nie podoba, i może mi ją dać. Posłuchałem – to była płyta Milesa Davisa. Dałem koledze płytę z nagraniami Armstronga i wziąłem od niego tę z nagraniami Milesa Davisa – ja się w nim, w jego muzyce, po prostu zakochałem.

Będąc na wagarach na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, poszedłem do kina. Po którymś z kolei amerykańskim filmie z Audrey Hepburn – przepiękną aktorką, w której się zakochałem jako nastolatek, z Avą Gardner, Jamesem Deanem i Gregorym Peckiem ten amerykański świat tak mi się spodobał, że postanowiłem, iż któregoś dnia i ja w tym świecie zamieszkam. I drugie marzenie postanowiłem spełnić: kiedyś spotkam się z moimi kochanymi, czarnymi muzykami i sprawdzę, czy dobrze czuję bluesa.

Od tej pory codziennie pracowałem po kilka godzin, przez wiele lat, aby poznać tę muzykę, móc ją grać… Była to przepiękna harówka. Ciągle miałem na uszach słuchawki (mówiliśmy na nie „kokilki”), słuchałem muzyki Milesa Davisa i grałem ją.

Czasami zatrzymuję się w biegu i zastanawiam się nad moim życiem… i dochodzę do wniosku, że było to 60 lat ciągle w podróży! To jest niekończąca się podróż. Nie bez kozery jeden z moich ostatnich utworów jest zatytułowany „Czerwony autobus” i jest w nim cytat z piosenki, którą wykonywał kiedyś chór Czejanda:

Autobus czerwony, przez ulice mego miasta mknie

mija nowe, jasne domy, i ogrodów chłodny cień (…)

To jest taka moja symboliczna podróż tym autobusem przez życie. No i przez bluesa, funk i jazz.

Nie przez przypadek jest pan uznawany za jednego z kreatorów muzyki fusion…

No bo dalej we mnie młoda dusza gra. Wciąż nagrywam z różnymi muzykami, hip-hopowcami, raperami, bo ta muzyka zrodziła się z tych samych pobudek, co jazz czy blues, bo jest wyrazem protestu młodej generacji przeciwko establishmentowi. Czasami, kiedy podczas koncertu stoję i gram na scenie, i wszystko idzie super, łapię się na tym, że mam ochotę pokazać środkowy palec…

Okładka audiobooka „ja, urbanator“
FOTO: DOROTA URBANIAK

Kiedy zaczął pan grać? Co pana tak pociągnęło, że muzyka stała się w pewnym momencie dla pana najważniejsza?

Przypadek. Pamiętam, że jako 5-letni dzieciak podczas różnych wydarzeń rodzinnych tańczyłem pasodoble na przyjęciach w domu. Nie lubiłem się popisywać, ale robiłem to dla mamusi. Słuchałem też audycji w radiu, nadawanej codziennie około południa – w tej audycji grały zespoły akordeonistów, co bardzo mi się podobało. Mieliśmy w domu adapter z szufladą, więc ją wyciągałem i udawałem, że gram na klawiszach. Pamiętam też, że wujek miał w domu saksofon. Jako mały chłopiec zachwycałem się tym saksofonem. Wyglądał jak święty instrument w starym futerale. No tak, już od dziecka ciągnęło mnie do muzyki.

Kiedyś gościli u nas w domu znajomi, świetni nauczyciele muzyki – państwo Iżykowscy. Pani Zofia, widząc co ja robię, powiedziała do mojej mamy: „Irenko, Michaś ma talent do muzyki. Powinien grać na skrzypcach”. To był dla mnie wyrok. I kiedy go usłyszałem, od razu powiedziałem: „Tak, ja chcę grać na skrzypcach”.

No i zacząłem uczyć się grać na skrzypcach. Szło mi znakomicie i rzeczywiście stałem się wirtuozem skrzypiec. Kiedy miałem 9 lat, zagrałem koncert z orkiestrą symfoniczną, w garniturze. A kiedy miałem 13 lat, podczas koncertu z orkiestrą Łódzkiej Filharmonii, grałem ubrany w krótkie spodenki. Grałem utwory Beethovena, Mendelssohna, Brahmsa, sonaty Bacha, Ravela i innych. Szymanowski i Lutosławski – to dla mnie najwięksi polscy kompozytorzy.

Ale kiedy zakochałem się w jazzie, zacząłem prowadzić podwójne życie. Do godziny 3 po południu, do momentu opuszczenia liceum, byłem skrzypkiem. Potem szedłem do klubu jazzowego, szatniarzowi oddawałem skrzypce, sięgałem po saksofon, wychodziłem na scenę i grałem. Trwało to tak przez pewien czas, aż w końcu musiałem wybrać. Tak naprawdę to życie wybrało…

A kiedy po raz pierwszy przyjechał pan grać do Stanów Zjednoczonych?

W 1962 roku amerykański Departament Stanu zorganizował konkurs na najlepszy zespół jazzowy zza „żelaznej kurtyny”. I ja z moim zespołem wygrałem ten konkurs. Pierwszy raz w życiu, przez dwa miesiące, byłem w mojej wymarzonej Ameryce. Był to mój pierwszy wyjazd za granicę, pierwszy lot samolotem. Nie wierzyłem, że to dzieje się naprawdę, szczypałem się po rękach… Do końca życia tego nie zapomnę, to był dla mnie inny świat.

Powiedział pan w jednym z wywiadów, że skrzypce są dla pana jak żona, a saksofon jak kochanka. W tym określeniu jest wiele poezji, a ile prawdy?

Sto procent prawdy. Przyszedł taki moment w moim życiu, kiedy strasznie dużo grałem na saksofonie. Byłem w Szwecji z Wojtkiem Karolakiem, Andrzejem Dąbrowskim i Urszulą Dudziak – to był cudowny nasz zespół – i graliśmy po 2-3 koncerty dziennie. Przez prawie 6 lat, codziennie, graliśmy koncerty w Skandynawii. No i zaczęło mi nawalać zdrowie – był to efekt ciągłego grania na saksofonie. Miałem sensacje z sercem, od czasu do czasu lądowałem na pogotowiu. Więc na wszelki wypadek… odkurzyłem skrzypce.

Jakiś czas potem zdrowie nie pozwoliło mi w ogóle grać na saksofonie, więc skoncentrowałem się na skrzypcach. Teraz gram raz na skrzypcach, raz na saksofonie – w zależności od tego, co jest mi bliższe sercu, i który instrument bardziej pasuje. Często mawiam, że jestem saksofonistą, który gra na skrzypcach.

Podobno jest pan jedynym Polakiem, który grał na koncertach z Milesem Davisem, amerykańskim trębaczem, uznawanym za jednego z najbardziej znaczących muzyków XX wieku.

Chyba tak. Miles nie przepadał za skrzypcami w jazzie – ja też. Dlatego wyszukałem takie brzmienie i frazowanie na skrzypcach, które przypomina grę na saksofonie. Miles usłyszał gdzieś, jak gram, i powiedział producentowi Tommy’emu LiPuma: „Get me this polish f…… Fiedler”. Może to nie było śmieszne, ale potem Miles kradł mi zespoły. Przyjechałem z Kalifornii, wchodzę do studia, patrzę, a Miles nagrywa z zespołem, z którym ja grałem pół roku temu. W 1985 roku nagrałem z Milesem płytę zatytułowaną „Tutu”. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że trzeba marzyć, a marzenia kiedyś się spełniają.

Przyjaźniłem się też ze Stephanem Grappellim, legendarnym francuskim skrzypkiem, z którym nagrałem kilka utworów. Powiedział mi kiedyś, że bardzo lubi moje granie, a to dlatego, że… nie naśladuję go, po prostu gram inaczej.

Grał pan z wieloma świetnymi muzykami i nagrywał z nimi płyty. Czy ma pan ulubionych muzyków, z którymi przede wszystkim lubi pan grać i przebywać, nie tylko na scenie?

Jest taka dzielnica w Nowym Jorku – Jamaica Queens, niedaleko lotniska Kennedy’ego – skąd pochodzi wielu słynnych jazzmanów, między innymi: Quincy Jones, Joe Zawinul, Marcus Miller, Billy Cobham, Kenny Kirkland, Larry Coryell i Lenny White – z którymi grałem. Do dziś utrzymuję z nimi kontakty i są mi bliscy. Jeśli tylko nadarzy się okazja, gramy wspólnie zarówno w USA, jak i w Polsce oraz w Europie. Muszę dodać, że mój język angielski, którego nigdy w życiu nie uczyłem się w żadnej szkole, wykształcił się dzięki kontaktom z tymi muzykami i jest pełen słów, których oni na co dzień używają. W końcu spędziłem z nimi blisko 40 lat w autobusach, samolotach, w samochodach i podczas koncertów. W Europie w trasie koncertowej bywaliśmy po 2-3 miesiące. Osobiście polecam 3-tygodniową trasę, bo to jest najlepszy czas na koncerty i dobre spędzenie czasu.

Bartosz Maciejewski fotografuje Michała Urbaniaka podczas sesji w dzielnicy Little Italy na Manhattanie FOTO: DOROTA URBANIAK

W ubiegłym roku odsłonił pan w swojej Łodzi Gwiazdę Michała Urbaniaka. Gdzie ona zaświeciła?

Zaświeciła w poniedziałek, 24 września 2018 roku, w Łódzkiej Alei Sław na ulicy Piotrkowskiej, w pobliżu skrzyżowania z ulicą Traugutta, 20 metrów od słynnego Grand Hotelu, gdzie są schody, na których zapadły moje ważne decyzje życiowe. Była to piękna uroczystość, no i było dużo fajnych wspomnień. W wydarzeniu uczestniczyła Hanna Zdanowska – prezydent miasta Łodzi. Byli też moi przyjaciele – muzycy z Nowego Jorku i Londynu.

Wiem – nie powiem skąd – że jeśli ma pan pomysł i nagrywa jakiś utwór, to nie zważa pan na czas, zmęczenie, tylko gra pan do końca. A kończy pan dopiero wówczas, kiedy uzna, że utwór można zaprezentować światu… Jak zatem radzi pan sobie z życiem, z codziennymi obowiązkami, które przecież nikogo nie omijają?

Staram się jak mogę, ale niekiedy bywa ciężko. Na szczęście mam obok siebie wyrozumiałą i pracowitą żonę Dorotę, która często mnie zastępuje i nadrabia to, czego ja nie dam rady lub nie zdążę zrobić. Dba też o to, żeby wszystko ogarnąć.

Napisał pan muzykę do 25 amerykańskich filmów. W 2012 roku zadebiutował pan jako aktor. Do tej pory zagrał pan w trzech filmach. Czyżby aktorstwo zaczął pan przedkładać ponad ukochany jazz?

To nie były moje decyzje, to życie pisze kolejne scenariusze. Otrzymałem propozycje i skorzystałem z nich. Było ich znacznie więcej, ale wybrałem te, które mi odpowiadały ze względu na scenariusz czy możliwość ich zrealizowania. Zagrałem w filmie Piotra Trzaskalskiego „Mój rower”, który był nietypowym przewodnikiem po męskim świecie. W filmie „Pan T” gram siebie. Jest to film o jazzie w Polsce pod koniec lat 50. i na początku lat 60. Wykorzystano w nim sporo wątków z życia Leopolda Tyrmanda, który był fanem i popularyzatorem jazzu w Polsce. Właśnie Leopold Tyrmand i Roman Waszko, jako pisarze, znani i doceniani intelektualiści, byli oficjalnymi propagatorami jazzu w Polsce w czasach komunistycznych. Bo muszę dodać, że jazz jako gatunek muzyki nie był wówczas dozwolony, nie można go było oficjalnie grać. Dlatego kiedy go grałem, było to szalenie ekscytujące.

Pojawiłem się też gościnnie, razem z Jackiem Bieleńskim, w 552 odcinku serialu „Świat według Kiepskich”.

Dorota i Michał Urbaniakowie w Wallington, NJ, tuż przed wyjazdem na sesję nagraniową w studiu w Teaneck, NJ
FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA

Od ponad trzech lat mieszka pan już w Warszawie. Na początku maja 2019 roku przyleciał pan z żoną Dorotą do Nowego Jorku, aby nagrać płytę. Co to za płyta i dlaczego akurat musiał ją pan nagrywać w USA?

Tak naprawdę pomieszkuję w Warszawie między podróżami. A płyta dedykowana jest miastu, w którym się urodziłem, czyli Warszawie. Ta płyta jest bardzo personalna i eklektyczna, w której jest wiele różnych wpływów, a więc nie jest to płyta jednostajna. Jest na niej hip-hop, oczywiście jazz, ludowość, są dedykacje poświęcone Warszawie, w tym także powstańcom warszawskim. Kiedy powstanie wybuchło, byłem małym dzieckiem. Mama wywiozła mnie z Warszawy dzień przed wybuchem powstania. Tak więc ta płyta zawiera też elementy z mojego życia i moje doświadczenia. Mam nadzieję, że jest to dobra, intrygująca muzyka.

Ze smutkiem muszę stwierdzić, że dzisiaj albumy mniej się liczą, są mniej doceniane aniżeli pojedyncze utwory, które trafiają na przykład do internetu. Czyli mniej ważna wydaje się spójność albumu, a raczej pociągać będzie jego różnorodność. Nagrałem ją z amerykańskimi jazzmenami. Nagrywaliśmy najczęściej w studiu w Teaneck oraz w pobliskim miasteczku Leonia w stanie New Jersey. Są tam superstudia, a większość muzyków, z którymi nagrywałem płytę, mieszka w tych miasteczkach lub w ich pobliżu.

Może pan wyjaśnić jak to się stało, że płytę poświęconą w dużej mierze Warszawie i powstańcom warszawskim nagrywał pan w Stanach Zjednoczonych, z czarnoskórymi muzykami?

Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie zgłosiło się do mnie z propozycją nagrania takiej płyty. Wówczas stwierdziłem, że mogę ją nagrać tylko w Nowym Jorku lub w New Jersey i tylko z tymi muzykami, z którymi spędziłem większość życia, których znam i doceniam. Do nagrania płyty zaprosiłem wybitnych muzyków, m.in.: pianistę Herbiego Hancocka, basistę Marcusa Millera, gitarzystę Davida Gilmore’a i trębacza Michaela Patchesa Stewarta. Nagrywałem ją jednocześnie dla siebie, spełniając pewne dotychczas niespełnione marzenia. No i aby to była płyta światowa, to znaczy taka, która będzie słuchana i doceniana poza Polską, muszą być na niej znane nazwiska, świetni muzycy. Mogłem to więc zrobić tylko w USA. Sprowadzanie tych muzyków do Polski byłoby trudne i za dużo by kosztowało.

Większość utworów ja skomponowałem. To nie tylko jest muzyka, to są także świetne teksty, śpiewane po angielsku. Oczywiście są polskie wersje niektórych utworów.

Okładka najnowszej płyty Michała Urbaniaka „For Warsaw with Love“
FOTO: DOROTA URBANIAK

Długo pan czekał na ten moment… Płyta jest już gotowa, jej debiut nastąpił 26 lipca. Znowu sukces?

Mam nadzieję, że tak. Płyta jest zatytułowana „For Warsaw with Love”. Jej premiera miała miejsce tuż przed 75. rocznicą wybuchu powstania warszawskiego. Dedykuję ją dla miasta Warszawy, dla tych, którzy walczyli i których już nie ma, i dla tych, którzy jeszcze są i będą. Znajduje się na niej 12 utworów obejmujących bliskie mi gatunki muzyczne: jazz, blues czy hip-hop. Są to zarówno moje własne kompozycje, jak też interpretacje utworów Theleniousa Monka, Billa Evansa czy Milesa Davisa. No i są odwołania do utworów klasycznych, ale wszystko jest zagrane na nowo, po mojemu. Płytę wydało Muzeum Powstania Warszawskiego, a jej dystrybutorem jest firma Agora. Jest dostępna w Polsce, ale także w Stanach Zjednoczonych.

ROZMAWIAŁ JANUSZ M. SZLECHTA