Nie wierzył, że rosyjska dominacja się kiedyś skończy

165
Ludwika Włodek

Rozmowa z dr Ludwiką Włodek, prawnuczką Jarosława Iwaszkiewicza, prozaika, poety, eseisty i dyplomaty, czterokrotnie nominowanego do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Dr Włodek, która jest autorką książki “Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów”, odwiedziła Nowy Jork i Chicago na zaproszenie Fundacji American Friends of the University of Warsaw, aby z okazji 125. rocznicy urodzin pradziadka wygłosić wykłady na jego temat.

O czym dokładnie mówiłaś podczas wystąpień w Chicago i w Nowym Jorku?
Wykład na Northwestern University w Chicago dotyczył moralnych dylematów Iwaszkiewicza związanych ze współpracą z reżimem komunistycznym. Mówiłam o tym, jak starając się zachować przyzwoitość Iwaszkiewicz jednak kolaborował z PRL-owskim władzami. Robił to, mimo że od początku miał świadomość, że nie jest to jego wymarzony ustrój.
Drugi wykład, w nowojorskiej Brooklyn Library, dotyczył Iwaszkiewicza jako europejskiego twórcy w podzielonej Europie. Tam bardziej skupiałam się na kwestiach kulturowych.

Iwaszkiewicz widział kulturę europejską jako całość: do Rosji poprzez Ukrainę, Polskę aż po Europę Środkową i Zachodnią. Opowiadałam, jak funkcjonował jako twórca w podzielonej Europie. Jak, z jednej strony, starał się swoimi działaniami do tego rozdźwięku w świecie podzielonym żelazną kurtyną nie dopuścić, a z drugiej strony swoimi działaniami legitymizował system, który właśnie do tego podziału się przyczyniał. Trzecie spotkanie, w chicagowskim Polish Museum of America, dotyczyło spraw bardziej prywatnych, rodzinnych, mówiłam na nim głównie o samej pracy nad książką.

Czy możesz coś więcej powiedzieć o dylematach Iwaszkiewicza związanych ze współpracą z reżimem komunistycznym? Czy ona wynikała z czasów, w jakich żył? Czy zmuszony był do zrobienia ukłonu w stronę władzy, żeby móc zaistnieć?
Iwaszkiewicz był bardzo znanym pisarzem już przed wojną. Ale po wojnie nadal publikować i być na świeczniku mogli przede wszystkim ci, którzy poparli nową władzę. Ci , którzy nie zrobili takich ukłonów, na ogół musieli potem iść ścieżką emigracyjną.

Dlaczego Iwaszkiewicz wybrał kolaborację, a nie wyjazd? Wydaje mi się, że to przede wszystkim jest związane z jego doświadczeniem życiowym. Urodził się w carskiej Rosji, na ukraińskim Podolu, które kiedyś było częścią Rzeczypospolitej, a potem znalazło się w zaborze rosyjskim. Iwaszkiewicz, mimo że pochodził z polskiej rodziny i czuł się zawsze Polakiem, kochał kulturę rosyjską. Nawet pierwsze jego próbki literackie były po rosyjsku. Być może, gdyby historia się inaczej potoczyła, byłby pisarzem rosyjskim.
Przy całej miłości do kultury rosyjskiej, rosyjski system polityczny uważał za okrutny i wszechpotężny. Sowieci byli dla niego kolejną emanacją tego systemu. Mimo że miał lewicowe i postępowe poglądy, to nie miał żadnych wątpliwości co do brutalnej natury reżimu komunistycznego. Zresztą tę brutalność widział na własne oczy podczas rewolucji.

Po drugiej wojnie światowej był przekonany, że Polacy są skazani na długie wieki życia pod rosyjską dominacją. Jego zdaniem otwarte przeciwstawianie się Sowietom i narzuconemu przez nich władzom polskim systemowi było bez szans. Jak przysłowiowe strzelanie do wroga z diamentów. Napatrzył się już na te klęski. Jego ojciec brał udział w powstaniu styczniowym, później z tego powodu nie mógł skończyć uniwersytetu. Mimo że miał spore ambicje, do końca życia był prostym zarządcą cukrowni. Jarosław miał świadomość, że doświadczenia jego ojca przypieczętowały los całej rodziny. Nie chciał czegoś takiego powtórzyć. Później z kolei sam widział, jaką tragedią skończyło się powstanie warszawskie.

Uważał, że zamiast bez sensu się wykrwawiać, należy zachować substancję. Robić co można w ramach istniejących warunków. Umarł w 1980 r., tuż przed zrywem solidarnościowym, nie doczekał wolnej Polski.
Do emigracji bardzo negatywnie nastawiła go wcześniejsza utrata ojczyzny. Po rewolucji opuścił Ukrainę, gdzie się wychował i do której całe życie tęsknił. Mimo że w PRL-u kilkakrotnie jeździł na Ukrainę, odwiedził nawet swoje rodzinne strony, to już nie było to samo. Zobaczył kraj kompletnie zniszczony przez komunizm. To nie było niepodległe państwo Ukraińców, z którymi bardzo sympatyzował, ale republika sowiecka. Ta utrata pierwszej ojczyzny sprawiła, że na kolejną stratę nie chciał się już godzić. Wielokrotnie pisał, w dziennikach, w wierszach i opowiadaniach, że wywodzi się z tej ziemi i z tej polskiej kultury i że na dłuższą metę nie mógłby funkcjonować odcięty od tego.

Poza tym pochodził z biednej rodziny, od najmłodszych lat musiał pracować jako korepetytor, był gorzej traktowany przez ludzi, do których aspirował społecznie, a intelektualnie nawet ich znacznie przewyższał, bo był bardzo dobrze wykształcony. Wreszcie, w II Rzeczypospolitej, stał się znanym pisarzem, dyplomatą, należał do elity intelektualnej. Po wojnie nie chciał tego wszystkiego stracić. Nie chciał z powrotem żyć w biedzie, borykać się z podstawowymi życiowymi trudnościami. Nie ma co ukrywać, ten konformizm też pewnie wpłynął na jego postawę i decyzję o współpracy z komunistami. Wolał mieć wygodne życie.

Oczywiście problemy życia w PRL-u jego też dotykały, ale na pewno w mniejszym stopniu niż tych niezłomnych, którzy wybrali inną drogę.
W postawie Iwaszkiewicza było dużo kalkulacji i troski o własną wygodę, ale też myślenia wspólnotowego, dążenia do zachowania tego, co się da. Był przez wiele lat prezesem Związku Literatów, redaktorem “Twórczości”. Mimo że sam nie wybrał otwartej konfrontacji, pomagał tym, którzy taką drogę wybrali. Drukował w “Twórczości” dzieła pisarzy i poetów, których żadne inne pismo z powodów politycznych nie drukowało. Pomagał materialnie osobom, które nie były tak jak on umocowane w systemie.
Zabiegał po cichu o to, o co opozycja głośno się upominała. Na przykład, gdy w 1964 r. 34 literatów podpisało słynny list protestacyjny, Iwaszkiewicz był wściekły na swoich kolegów Słonimskiego, Andrzejewskiego i resztę. A mimo to poszedł do ministerstwa kultury i prosił o to samo co tamci w liście, czyli o zwiększenie przydziałów papieru i o zelżenie cenzury.
Z dzisiejszej perspektywy trudno oceniać jego postawę, bo wiemy, co się wydarzyło później. On tego nie wiedział.

Mała Ludwika z pradziadkiem Jarosławem Iwaszkiewiczem/ARCHIWUM RODZINNE

Pamiętasz pradziadka? Byłaś bardzo małą dziewczynką, gdy zmarł.
Miałam 3 lata z kawałkiem, gdy zmarł. Pamiętam takie przebłyski, że bierze mnie na kolana, że siedzę na klombie i on jest gdzieś w pobliżu. Trudno mi odróżnić to, co naprawdę pamiętam, od tego, co widziałam na zdjęciach i co mi opowiadano.

Czytałam, że pradziadek Iwaszkiewicz nadal jakby nadaje ton waszej rodzinie…
A to na pewno. Ciągle się o nim mówi, przytacza jego słowa. To był człowiek szalenie dowcipny, bardzo towarzyski. A poza tym był naprawdę wybitnym człowiekiem. Wszyscy doceniali jego wiedzę i erudycję. Czasy, kiedy wszyscy razem mieszkali na Stawisku, to taki trochę mit utraconej Arkadii w mojej rodzinie. Ten okres stawiskowski był bardzo szczęśliwy, chociaż, jak w każdej rodzinie, były też i problemy, niesnaski, osobiste porażki.

Książka “Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów” spotkała się z dużym zainteresowaniem. O co najczęściej pytają czytelnicy podczas spotkań autorskich?

„Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów” Ludwiki Włodek to reportaż z przeszłości i zarazem swoisty zapis rodzinnej pamięci

W tej książce dużo pisałam o życiu prywatnym rodziny Iwaszkiewicza, czyli mojej własnej. Nie są to jednak tylko anegdoty i śmieszne historyjki, choć i tych nie brakuje. Jest tam także polityka, tłumaczę, kto i dlaczego się w rodzinie z Iwaszkiewiczem nie zgadzał. Są kwestie społeczne, a nawet metafizyczne. Na spotkaniach autorskich wraca kilka dyżurnych tematów. Ludzie pytają mnie na przykład, czy to prawda, że Iwaszkiewicz pochowany został w mundurze górniczym. Albo dlaczego Stawisko jest muzeum. Wiele osób ciekawi także kwestia małżeństwa moich pradziadków, dlaczego w ogóle się pobrali, skoro on był homoseksualny.

Dlaczego Iwaszkiewicz miał tak trudne relacje z Lilpopami – rodziną swojej żony?
Istniała między nimi ogromna różnica społeczna. On przyjechał z zupełnie innego środowiska – aspirującego do ziemiaństwa, choć znacznie skromniejszego. Iwaszkiewiczowie nie mieli żadnej ziemi, ale przez to, że Jarosław był korepetytorem, a jego matka była bliską kuzynką matki Szymanowskiego, obracał się w wyższych sferach.

Natomiast rodzina Lilpopów była rodziną burżuazyjną, od kilku pokoleń coraz zamożniejszą. Dla Lilpopów to, że córka Stanisława Wilhelma Lilpopa zerwała zaręczyny z Radziwiłłem, co miało być ukoronowaniem ich wspinaczki po szczeblach drabiny społecznej, i postanowiła wyjść za poetę, bez grosza przy duszy, a na dodatek, jak głosiły plotki, ze skłonnościami homoseksualnymi, było szokujące. Wywieźli ją do rodziny, do Skolimowa, i kazali się zastanawiać, czy nie postradała zmysłów. Dopiero jak nadal uparcie twierdziła, że chce wyjść za Iwaszkiewicza, zgodzili się. Kazali jednak młodym podpisać intercyzę.

Iwaszkiewiczowie zamieszkali z teściem Stanisławem Wilhelmem Lilpopem. Tylko z teściem, bo rodzice mojej prababci się rozstali. Jej matka na zabój zakochała się w przyjacielu domu Józefie Śliwińskim, który był pianistą. W owych czasach – a był to przełom wieków – rozwody rzadko się zdarzały. Wybuchł skandal. Wówczas, jeżeli już kobieta decydowała się odejść od męża, musiała zostawić dziecko. Dlatego moja prababcia wychowywała się z ojcem, któremu w opiece nad nią pomagała siostra Aniela Pilawitzowa. Ona miała męża i dwóch synów, którzy byli starsi od mojej prababci i rozjechali się po świecie. Poza tym Pilawitzowa straciła córkę, która zmarła jako nastoletnia panienka. Moja prababcia była dla niej takim dzieckiem zastępczym. Później dzieci Iwaszkiewiczów nazywały ją “babcia stara”.

Pilawitzowa do końca życia mieszkała na Stawisku, gdzie była panią domu. Stanisław Lilpop popełnił samobójstwo w 1930 r., bo cierpiał na depresję, a Pilawitzowa żyła do lat 50. To ona właściwie była gospodynią tego domu. Zarządzała całą służbą, kontrolowała zaopatrzenie, decydowała, co kupić i co zrobić do jedzenia. Mimo że nie zarabiała pieniędzy, a po śmierci Lilpopa większość dochodu dostarczał Iwaszkiewicz.
Dzieci ją uwielbiały. Ale mój pradziadek zawsze miał poczucie, że babcia stara tyranizuje cały dom.

Mimo skłonności homoseksualnych Jarosław i Anna stanowili zgraną parę. Ale przypuszczam, że w tamtych czasach to, że miał skłonność do mężczyzn, było bardziej kontrowersyjne niż dziś.
Kiedyś kwestia seksualności pozostawała bardziej w sferze domyślnej i skrywanej. Homoseksualność Iwaszkiewicza była tajemnicą poliszynela. Ludzie z jego otoczenia wiedzieli.

Natomiast jego małżeństwo z Anną było oparte na zupełnie innym rodzaju więzi. Oni byli sobie bliscy duchowo. Dużo rozmawiali, mieli podobne poglądy na sztukę. Różnili się tylko politycznie. Moja prababcia była bardzo antysowiecka, a przede wszystkim niesłychanie pobożna. Nie znosiła komunistów, krytykowała dziadka, że za daleko się posuwa w koncesjach na rzecz reżimu.

Poza tym życia seksualnego rodziców i dziadków raczej nie omawia się przy rodzinnych obiadach. O skłonnościach homoseksualnych Iwaszkiewicza wiadomo z listów, z plotek, z tego, co mówili znajomi tej pary. Dla niego samego sfera erotyczna była bardzo ważna w życiu, dla jego żony chyba znacznie mniej. Prababcia była pruderyjna, uważała, że o niektórych sprawach w ogóle nie należy rozmawiać. Nawet pradziadek, choć tyle pisał o uczuciach, o relacjach międzyludzkich, ze swoimi dziećmi i wnukami nie rozmawiał o ich życiu osobistym. Ale w dziennikach pisał, że by chciał.

Moja prababcia akceptowała męża ze wszystkimi cechami jego charakteru i osobowości. On ją tak samo. Oni bardzo się kochali. Irytują mnie stwierdzenia, że to małżeństwo było przykrywką. Jarosław sam pisał i mówił wielokrotnie, że jego związek z Hanią nie jest przykrywką, że są ze sobą bardzo blisko i się bardzo kochają.
Być może, gdyby Iwaszkiewicz urodził się 100 lat później, dziś żyłby w szczęśliwym związku z jakimś mężczyzną. Ale niełatwo tak gdybać. Nawet przecież w tamtych czasach nie wszystkie osoby homoseksualne decydowały się na związek z kobietą, na założenie rodziny. A on to zrobił.

Czy Iwaszkiewicz wiedział, że jego “Dzienniki” zostaną wydrukowane?
Wiedział. Zostawił nawet dyspozycje, kiedy ma to nastąpić. Co ciekawe, moja babcia i jej siostra zgodziły się na to, żeby je opublikować bez ani jednego skreślenia. Trzeba im pogratulować odwagi, bo w tym tekście są sprawy – nie tylko te dotyczące seksualności i erotyzmu – bardzo przykre dla nich samych i dla reszty rodziny. Ale, jak mówiła moja babcia, dzienniki to w dużej mierze zapis frustracji i niepowodzeń.

ROZMAWIAŁA ALEKSANDRA SŁABISZ