Patriotyzm to nie tylko flagi

1
FOTO: MN/Archiwum "Nowego Dziennika"

Rozmowa z Edwardem K. Nowakowskim, właścicielem "Nowego Dziennika"

Przed pańskim domem zwracają uwagę dwie pokaźnych rozmiarów flagi – Stanów Zjednoczonych oraz Polski. To może skłaniać do pytania, czym jest dla pana patriotyzm? Jak rozumiem, chodzi nie tylko o pielęgnowanie tradycji czy obchodzenie świąt.

– Patriotyzmu, w moim przekonaniu, nie trzeba wiązać z jednym krajem, bo można przebywać w różnych punktach świata w różnych okresach życia! Istotne są więzy rodzinne, wychowanie, świadomość pochodzenia i właśnie miejsce zamieszkania. Jeżeli my z małżonką urodziliśmy się i wychowaliśmy w Polsce, mieszkaliśmy tam do wieku dojrzałego, a od 35 lat mieszkamy w USA, to uznajemy za dom Stany Zjednoczone – więź z tym państwem jest naturalna. Z drugiej strony całe doświadczenie nabyte od dzieciństwa, poprzez wychowanie, wykształcenie i wszelkie informacje przekazane przez rodziców, dziadków oraz innych członków rodziny, a także obyczaje, czynią nas oczywiście patriotami polskimi. Z pewnością nie wiążę znaczenia pojęcia „patriotyzm” z jakimiś grami politycznymi. Czuję się Polakiem mieszkającym w Ameryce, w tym kraju płacę podatki, partycypuję więc w jego utrzymaniu, ale też reprezentuję naszą polską grupę etniczną. To jest bardzo ważne w społeczeństwie amerykańskim, gdzie jest ogromna liczba narodowości (choćby na nowojorskim Queens rozmawia się ponad 160 językami)! Każda grupa etniczna pielęgnuje swoje cechy. Zaskakujące przy tym, jak wiele osób urodzonych i wychowanych już tutaj, mających niekiedy za sobą wiele pokoleń w Ameryce, wciąż czuje się polskimi patriotami, choć niektóre z tych osób nawet nie miały okazji odwiedzić Polski. Zastanawiające jest również, że wiele z nich nawet nie zna języka polskiego!

Wspomniał pan o polskim dziedzictwie i naszych cechach jako nacji. Można któreś wyróżnić? Mówi się o pracowitości, uczciwości…

– Myślę, że jako Polacy mamy niekiedy zbyt wiele kompleksów i nierzadko sobie nawzajem dokuczamy, że Polak nie potrafi zrobić tego lub tamtego, w innych sytuacjach zaś przeciwnie – jesteśmy megalomanami i stwierdzamy: „Polak wszystko potrafi”. Niezaprzeczalne jesteśmy zdolnym narodem. Po prostu niektórych z nas życie zmusiło do szczególnej wytrwałości. Pomimo wielu niepowodzeń, cały czas parliśmy do przodu, zarówno w Polsce, jak i na emigracji. Przecież po 123 latach zaborów stworzenie od nowa Polski nie było przypadkowe. Nie przypuszczam, aby jakakolwiek inna nacja potrafiła tak zawzięcie walczyć o wolność.

Mówił pan często, co pamięta wielu znajomych, że „Amerykę należy brać małymi łyżeczkami, spokojnie i cierpliwie”. Jak to rozumieć?

– Wielu Polaków przyjeżdżało i przyjeżdża tutaj, aby poprawić swój status ekonomiczny. Dawniej znakomita większość przyjeżdżających nie znała języka angielskiego. Z pomocą „Nowego Dziennika” „uczyliśmy się Ameryki”. Powoli, spokojnie, krok po kroku zdobywając coraz lepsze stanowiska i wyższe uposażenia, potrzeby i możliwości zmieniając z czasem. Na pewno Polonia bardzo przeżyła przełom lat 80. kiedy przybyła do USA fala imigracji postsolidarnościowej, chyba ostatnia w tak wielkim wymiarze. Wówczas różnice zarobkowe miedzy krajami były ogromne. W momencie gdy w „starym kraju” sytuacja się zmieniła i w Polsce ludzie także zaczęli zarabiać dużo więcej, znaczna grupa odczuła, że siła nabywcza ich oszczędności dramatycznie zmalała. Wiele osób zrezygnowało z powrotu do Polski i urządziło tutaj swoje życie rodzinne na stałe. Tutaj po prostu żyje się łatwiej – stosunkowo tańsze są artykuły pierwszej potrzeby, takie jak żywność, ubrania, paliwo itd. Tutaj można spokojniej planować wyjazdy na wakacje, zakupy nieruchomosci czy wykształcenie dzieci. Powoli profil migracji się zmienił. Większość przyjeżdżających zna język angielski, zajmuje lepsze stanowiska. Obecnie informacja medialna jest wielopoziomowa i również „Nowy Dziennik” zmienił swój profil. Gazeta dostarcza szeroki wachlarz informacji o życiu polonijnym, różnych organizacjach, polskich tradycjach, historii Polski i Polonii, firmach, uslugach, jak również osiągnięciach rodaków. Obecnie to już nie jest jedyne źródło wiadomości, ale jest to podstawowe źródło polskojęzycznych informacji o Polonii, jej działaniach, osiągnięciach, członkach, kościołach i wszystkim związanym z naszą grupą etniczną!

W pańskim przypadku da się powiedzieć o sukcesie. Jeszcze przed obecną emeryturą pracował pan głównie w branży budowlanej i wystroju wnętrz. Powodzenie przyniosła właśnie ta wytrwałość i kwalifikacje przywiezione jeszcze z Polski, czy też łut szczęścia?

– Na pewno dużym atutem jest wytrwałość, ale także wiele innych cech i doświadczeń nabytych w Polsce i w USA. Pomogły one zarówno mi, jak i małżonce w realizacji planów. W Polsce nauczyliśmy się wielu rzeczy, zdobyliśmy wykształcenie, doświadczenie w pracy, zdolność przewidywania. Oczywiście, że tutaj w USA mogliśmy rozwijać się, zdobywać dodatkowe wykształcenie, wiedzę, doświadczenie oraz korzystać ze znakomitej atmosfery do pracy. To tutaj znaleźliśmy „super warunki” na rozpoczęcie własnego interesu. Szczęśliwie zostawiliśmy „polski stempel” w mieście Nowy Jork i nie tylko!

Pomógł pan również bardzo wielu osobom. Bez względu na ich miejsce zamieszkania, bezinteresowanie wspierał pan rodaków zarówno w Polsce, jak i w Ameryce. A może przede wszystkim takich, u których widać było potencjał, zdolności nie do zmarnowania?

– Przyjechałem do USA w wieku 35 lat, przedtem sprawowałem w Polsce różne techniczne funkcje jako inżynier, często nawet dość wysokie. Nigdy wszakże nie należałem do partii, poglądy prezentowałem wręcz antykomunistyczne i wcale tego nie ukrywałem. Doświadczyłem wielu przygód życiowych, także pomagając ludziom w zdobywaniu mieszkań lub nominując ich na wyższe stanowiska albo dając im po prostu pracę. Kiedy już przyjechałem do Stanów i nieco lepiej zaczęło nam się powodzić, również zacząłem pomagać, na przykład pracownikom. Najczęściej sponsorując ich, pomagając w legalizacji pobytu w USA. Chciałem w ten sposób odpłacić Ameryce i losowi za możliwość zarabiania i rozwoju, po prostu za otrzymaną szansę. Choć trzeba było pracować niekiedy po 20 godzin na dobę, czy to w niedziele czy w nocy, to tak właśnie robiłem. Byłem często (o każdej porze dnia i nocy) proszony o pomoc, czy to w szpitalu (nawet przy porodach), czy w starciach z prawem, czy w rozwiązywaniu rodzinnych problemów. Czasami w niedziele prowadziłem szkolenia „naszych”, ucząc ich zawodu. Można by tak długo .Jednak muszę stwierdzić, że nie udałoby mi się osiągnąć tyle bez pomocy mojej żony, wspierającej mnie nieustannie od ponad 40 lat.

Jednak dla wytrawnego biznesmena, bez owijania w bawełnę, branża medialna – zwłaszcza tradycyjna, papierowa gazeta – nie jest już chyba od początku XXI wieku gwarancją finansowego sukcesu. Jak zatem traktować pańską inwestycję w „Nowy Dziennik” dokładnie przed 10 laty? Czy to był również wyraz patriotyzmu, o którym mówiliśmy?

– Na pewno po części nasza polskość przemawiała za wsparciem „Nowego Dziennika”. Chcieliśmy, wraz z małżonką, w jakiś sposób zrewanżować się Polonii. Wiedziałem, że ta gazeta pomogła prawie wszystkim emigrantom. Począwszy od znalezienia pracy, mieszkania, pracownikow, adwokatów, agencji, sklepów, kontaktów, informacji o różnych spotkaniach, imprezach i w ogóle we wszystkim, a w tamtych czasach nie było „cell phones”, internetu, Facebooka czy Google! To właśnie „Nowy Dziennik” był niegdyś podstawą tworzenia prawie wszystkich polonijnych biznesów. Nie myślałem więc o tym jako intratnym przedsięwzięciu i źródle zysków. Chciałem, żeby to się nie zatrzymało i nie zniknęło, nie poszło w zapomnienie. Po czasach wielkich nakładów i zysków, w latach kiedy pan Bolesław Wierzbiański prowadził „Nowy Dziennik”, nie pozostało wiele. Wiedziałem, że gazecie grozi zamknięcie, jeśli jej nie przejmiemy. Zainwestowałem w zasadzie wszystkie nasze oszczędności i bardzo wierzyłem, że Polonia poprze nas i pomoże w tym wszystkim, aby utrzymać etniczne wydawnictwo – tak jak to robią inne nacje: Koreańczycy, Rosjanie, Żydzi, Ukraińcy, emigranci z całej Ameryki Południowej, Grecy itd. Ich gazety dostają wystarczającą liczbę i wielkość reklam na opłacenie wszystkich rachunków i pensji, co u nas jest wielkim problemem na zasadzie „być albo nie być”. Wiele osób, które się uniezależniły finansowo, zabezpieczyło życie sobie, dzieciom i wnukom, tak jakby zapomniały o naszej gazecie, a przecież to na „Nowym Dzienniku” się opierały, uruchamiając biznesy, szukając pracowników, kontrahentów, adwokatów, lekarzy, domów, wakacji… Był to główny ośrodek informacyjny! Bez „Nowego Dziennika” nie byłoby wielu organizacji polonijnych, biur adwokackich, firm budowlanych, sklepów, gabinetów lekarskich czy dentystycznych – i tak można dalej i dalej… Polacy w całej Ameryce znają „Nowy Dziennik”, od Nowego Jorku po Kalifornię i od Florydy po stan Waszyngton. Łudziłem się, że Polonia będzie nawet niewielkimi nakładami wykupywała tę gazetę kompletnie, czy to poprzez prenumeratę do biur, agencji, gabinetów, szkół, kościołów, czy to fizycznie albo poprzez elektroniczną prenumeratę. Tak abyśmy mogli pokrywać wszystkie koszty, jak również rozwijać działalność. Choćby poprzez rozszerzenie działalności informacyjnej o warstwę w języku angielskim. Bardzo duży procent młodych Polaków mówi po polsku, ale nie czyta! Jest nagła potrzeba doinformowania młodzieży. Ale jak to zrobić bez funduszy?

Przejdźmy zatem do sensu istnienia i przyszłości drukowanej gazety. Kiedy pojawiły się kasety wideo, niektórzy mówili, że kina upadną, a kiedy wcześniej pojawiła się telewizja, miało upaść radio. Pojawił się internet, wspominano o końcu wszelkich innych mediów. Tymczasem gazety papierowe wciąż się ukazują.

– To nie tylko ma sens, ale jest to również konieczność, ponieważ nie wszyscy lubią czytać wyłącznie z komputerów i urządzeń mobilnych. Znam wiele osób, nawet w wieku 40-30 lat i młodszych, które po prostu wolą czytać książki i czasopisma w formie drukowanej. Oczywiście zaglądają też do mediów poprzez inne nośniki, ale tam przecież również jesteśmy jako strona internetowa www.dziennik.com czy popularne profile na portalach społecznościowych. Wciąż liczę na to, że znajdą się osoby i organizacje czy firmy, które będą z nami współdziałać, pomagać nam w pielęgnowaniu języka polskiego i polskości w ogóle, w umożliwianiu dostępu do informacji. Oczywiście, nie jest to biznes, na którym można zarabiać tak jak w sklepie czy firmie produkcyjnej, narzucając marże/procent zysku.

Mamy 50-lecie „Nowego Dziennika”, niestety wypadło ono akurat w roku pandemii. Obowiązuje wiele ograniczeń, chociażby administracyjnych, zakaz organizowania imprez i konferencji. Pozostaje tylko zapytać, czego panu, a równocześnie nam dziennikarzom życzyć w związku z tą rocznicą?

– Mam nadzieję, że wielu ludzi zauważyło to, iż mimo pandemii i wszystkiego wokół, także zamykania się różnych gazet, to jednak „Nowy Dziennik” wychodzi tydzień w tydzień. Nie było żadnej przerwy, nawet tygodniowej, pracujemy non stop i jest to wielki wysiłek wszystkich osób związanych z wydawnictwem. A co do marzeń, życzę sobie wsparcia ze strony organizacji, przedsiębiorstw polonijnych oraz „naszych” ludzi, być może przepełnionych wspomnianym na początku patriotyzmem oraz nowych patronów, abyśmy mogli jeszcze lepiej służyć Polonii. Składam również najlepsze, najcieplejsze i najszczersze życzenia świąteczne całej Polonii i wszystkim naszym Czytelnikom!

Rozmawiał: Tomasz Wojciechowski