Uczestniczyłem w rozmowach z komisją rządową

180
Lech Sobieszek wciąż jest aktywnym działaczem polonijnym FOTO: WIESŁAW WIERZBOWSKI

„Panie premierze, przepraszam, mam nadzieję, że się pan nie obrazi, ale pan odwraca kota ogonem. My chcemy stworzyć nowe związki zawodowe, a pan wciąż chce modernizować stare. Niechaj więc pan modernizuje, a my jednak stworzymy nowe, nasze związki zawodowe" – powiedział Lech Sobieszek, który był jednym z tych, którzy podpisali Porozumienia Sierpniowe z komisją rządową.

40 lat temu, 31 sierpnia 1980 r., w Stoczni Gdańskiej zostały podpisane porozumienia między komisją rządową a komitetem strajkowym. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy świętych w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Porozumienia Sierpniowe i powstanie Solidarności stały się początkiem przemian, do których doszło w 1989 roku: obalenia komunizmu i końca systemu pojałtańskiego. Pan brał udział w podpisywaniu tych porozumień. Proszę opowiedzieć, jak do tego doszło?
Byłem wtedy ślusarzem w Przedsiębiorstwie Przemysłowo-Handlowym Siarkopol w Gdańsku. To była połowa sierpnia 1980 roku. Tego dnia przyjechałem z lubelskiej wsi, od mojej teściowej Stefanii Grabczak (niestety, już nie żyje). Przyszedłem do pracy na nocną zmianę. Dzwoni do mnie dyspozytor i pyta, co ja robię. No to zacząłem tłumaczyć, że przecież mam określone obowiązki i właśnie zaczynam je wykonywać. Wtedy on mi powiedział, że wszyscy są już w dyspozytorni i mam szybko przyjść. No to pobiegłem. Wszedłem do dyspozytorni i pytam, co się dzieje. Dyspozytor mi powiedział, że załoga Stoczni Gdańskiej ogłosiła strajk i my musimy podjąć decyzję, czy popieramy stoczniowców, czy nie. To była nocna zmiana z soboty na niedzielę, więc powstał problem, czy popieramy stoczniowców od razu, czy zrobimy to dopiero w poniedziałek. Chwilę się zastanowiłem i powiedziałem, że jeśli mamy poprzeć strajk stoczniowców, to trzeba to zrobić już, teraz.

Hasła strajkowe na murach Stoczni Gdańskiej imienia Lenina
FOTO: MONS.WIKIMEDIA.ORG


Wzięliśmy Nysę i pojechaliśmy do Stoczni Gdańskiej imienia Lenina. Kilkuosobowa grupa pracowników Siarkopolu dołączyła do strajkujących stoczniowców. Ja tam zostałem niejako na stałe. Brałem udział w strajku i oczywiście w różnych dyskusjach – z udziałem Lecha Wałęsy – na temat strajku i co dalej.
Szybko został utworzony Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w skład którego weszli przybyli do stoczni delegaci z innych strajkujących zakładów. Ja też zostałem członkiem tego komitetu. Przewodniczącym MKS został Lech Wałęsa.
Miałem różne doświadczenia życiowe wyniesione z pracy w zakładach we Wrocławiu, z Puławach i Gdańsku, więc często i to ostro zabierałem głos. W pewnym momencie Wałęsa powiedział: „O, dobry jesteś. Biorę cię, będziesz w prezydium”. Nie wiem, czy byłem taki dobry, ale nie było wyjścia i zgodziłem się.
Uczestniczyłem potem w rozmowach z komisją rządową, na czele której stał wicepremier Mieczysław Jagielski. Pamiętam, jak ze strony tej komisji bez przerwy padały różne propozycje, między innymi taka, że należy zmodernizować związki zawodowe. W którymś momencie wstałem i powiedziałem: „Panie premierze, przepraszam, mam nadzieję, że się pan nie obrazi, ale pan odwraca kota ogonem. My chcemy stworzyć nowe związki zawodowe, a pan wciąż chce modernizować stare. Niechaj więc pan modernizuje, a my jednak stworzymy nowe, nasze związki zawodowe”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Potem to powiedzenie stało się słynne, wielokrotnie je powtarzano.
Po tym moim wystąpieniu wicepremier Jagielski zgodził się na utworzenie nowych związków zawodowych. Ja myślę, że wtedy ta komisja rządowa wszystko by podpisała. Wiedzieli, że ta sytuacja nie potrwa długo, ponieważ… Wałęsa już był z nimi, już był skorumpowany.

Sierpień 1980 roku. Strajkujący na murach Stoczni Gdańskiej
FOTO: MONS.WIKIMEDIA.ORG


Po zakończeniu strajku wróciłem do domu. Pracowałem dalej w Siarkopolu. Działałem też prawie rok w prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Na ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu, w byłym hotelu robotniczym, mieliśmy bazę Solidarności. Pamiętam, że kiedy podejmowaliśmy różne decyzje, to Wałęsa prawie zawsze nie zgadzał się, był przeciw.

We wrześniu 1980 roku został pan oficjalnie członkiem Solidarności. To była pana świadoma, przemyślana decyzja?
Oczywiście. Uznałem, że skoro tworzymy nowy związek zawodowy to muszę w nim być. Tym bardziej że popierałem strajkujących robotników i sam uczestniczyłem w strajkach.

Kiedy generał Jaruzelski ogłosił kilka miesięcy później, w grudniu 1981 roku, stan wojenny, nie zaprzestał pan swojej działalności, ale wyglądała już inaczej. Musiał się pan ukrywać?
Było to bardzo przykre zdarzenie w moim życiu. Zaraz po tym, kiedy dowiedziałem się, że generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny, milicja zapukała do moich drzwi. Nie otworzyłem im. Oni stukali i stukali, ale nie wyważyli drzwi, bo były dobrze zabezpieczone. Może też nie chcieli wyważyć, bo dookoła mieszkało dużo ludzi.
Tej samej nocy zniknąłem z domu. Ukrywałem się u różnych znajomych. To ci znajomi, a często i obcy ludzie, utrzymywali mnie, karmili. Zajmowałem się nadajnikami radiowymi, za pośrednictwem których nadawało Radio Solidarność w Gdańsku. Te nadajniki w tamtym czasie to był majstersztyk. Pomagałem kolegom, którzy też się ukrywali. Trwało to trzy lata. W tym okresie tylko jeden raz widziałem żonę i dwa razy trójkę moich małych dzieci. Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy płakać, bo dzieci tak dziwnie na mnie patrzyły… Myślałem, że mi serce pęknie.
Po trzech latach wróciłem do domu. Nareszcie byłem z rodziną. Nikt mnie nie zaczepiał, nie śledził.

No, ale w pewnym momencie – w 1985 roku – został pan jednak aresztowany…
Stało się to w momencie, kiedy podjąłem starania o unowocześnienie i skompletowanie radiowych nadajników. W połowie października przyjechała do domu milicja, zostałem aresztowany. Wydał mnie rzekomy kolega. Nie będę podawał nazwiska, bo to już historia.

Jak długo siedział pan w więzieniu?
Pół roku. Siedziałem w więzieniu w Gdańsku, na przeciwko dworca kolejowego. Było to dramatyczne doświadczenie, które wiele mnie nauczyło. Wkrótce po tym, jak trafiłem do więzienia, na początku nowego roku, podjąłem głodówkę. Nic nie jadłem przez 10 dni. Po prostu nie chciałem jeść kaszki manny, cukru i dwóch jajek. Codziennie byłem ważony. Każdego następnego dnia byłem o kilogram lżejszy. Strażnicy więzienni chyba przestraszyli się tego, więc w pewnym momencie chcieli mnie dokarmiać za pomocą rury wciskanej do ust. Nie mogli mi jej jednak włożyć, bo miałem odruchy wymiotne. W pewnym momencie przestraszyłem się, że mogą mnie udusić pod pozorem dokarmiania.
Po tych nieudanych próbach przyszedł do mnie jeden ze strażników i mówi: „Co ty robisz? Nie masz dzieci? Wypnij dupę na to wszystko i zadbaj o siebie, masz dla kogo żyć”. Miał łzy w oczach. Ruszyło mnie to. Od tej pory zacząłem jeść.
Głodówka przydała mi się, bo zrzuciłem 10 kg wagi. A wcześniej rzuciłem palenie papierosów.

A czy był pan przesłuchiwany i bity?
Zdarzyły się małe przesłuchania, ale nikt nigdy mnie nie uderzył. Kilka razy przyszedł śledczy, byłem wtedy wyprowadzany z celi do małego pokoiku i tam zadawał mi pytania. Po moim aresztowaniu milicja zrobiła rewizję w domu. Zabrali sprzęt radiowy, więc śledczy chciał się dowiedzieć, co to za sprzęt i do czego był wykorzystywany. Ja mu powiedziałem, że mam dużo czasu i mogę z nim rozmawiać do rana o wszystkim, ale tłumaczył się będę w sądzie.
Trafiłem więc do sądu. Była tam śliczna pani sędzia, kierowniczka Wydziału III w Gdańsku. Końcowy wyrok brzmiał: 6 miesięcy więzienia. Zostałem skazany za nielegalne posiadanie i wyrób nadajników radiowych. „To, że oskarżony dobrze się tłumaczy, wcale nie oznacza, że jest niewinny” – uzasadniła wyrok sędzia.

Kiedy podjął pan decyzję o opuszczeniu Polski i wyjeździe do Stanów Zjednoczonych? Co było głównym powodem?
Po odsiedzeniu wyroku, w kwietniu 1986 roku zostałem wypuszczony z więzienia i wróciłem do rodziny. Zaraz podjąłem starania o wyjazd z Polski. Miałem dość życia w tej komunistycznej rzeczywistości. Odwiedziłem kilka ambasad, ale w końcu zdecydowałem, że jednak Ameryka będzie najlepszym miejscem. Chciałem wyjechać z całą rodziną. Początkowo żona zgodziła się, ale potem stwierdziła, że lepiej będzie, jak pojadę sam, przygotuję teren, a rodzina potem dojedzie. I rzeczywiście tak się stało.
W 1987 roku wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Nikt mnie kwiatami nie witał. Najpierw pojechałem do San Antonio w Teksasie. Trafiłem tam na dobrych ludzi. Musiałem wykonywać różne prace fizyczne, tym bardziej że nie znałem angielskiego. Ale Polacy są sprytni i świetnie sobie radzą w każdych warunkach. Po roku przeniosłem się do Bostonu w stanie Massachusetts. Trzy dni jechałem volkswagenem rabittem, którego kupiłem za 500 dolarów. Zatrzymałem się u kolegi z Gdańska. Potem wynająłem pokój. Wkrótce przyjechała do mnie rodzina.
Moi najbliżsi rozczarowali się tym, co zastali. Wydawało im się, że każdy mieszkaniec Stanów ma piękną willę, piękny ogród przy domu i kupę kasy. Ale to tak nie było i nie jest…

No, ale nareszcie był pan z rodziną. Nie musiał się pan ukrywać, czyli… mogliście wreszcie żyć razem i normalnie.
Tak, to prawda. Pracowałem w fabryce na tokarce. Była to ciężka robota. Zarabiałem do 15 tysięcy dolarów w ciągu roku. Nie było to dużo, ale mogliśmy przeżyć. Żona podjęła tutaj naukę, dzięki czemu poznała lepiej język angielski i znalazła dobrą pracę. Niestety, po pewnym czasie rozstaliśmy się. Nie wzięliśmy oficjalnego rozwodu, ale zamieszkaliśmy oddzielnie. Starałem się jak mogłem wspierać ją finansowo i w wychowywaniu dzieci. Do dziś utrzymujemy dobre kontakty. Często odwiedzam syna, który mieszka niedaleko. Starsza córka mieszka w Alabamie, w pobliżu Zatoki Meksykańskiej. Młodsza córka, Marta, jest bardzo zdolna. Skończyła Suffolk University i wyjechała do Hiszpanii. Potem mieszkała jakiś czas w Kanadzie, a stamtąd przeprowadziła się do Berlina w Niemczech. Powodzi jej się tam całkiem dobrze.

Lech Sobieszek dziękuje prezydentowi Andrzejowi Dudzie za wręczeniu mu Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski
FOTO: GAZETA BIAŁY ORZEŁ/ MARCIN BOLEC

29 września 2015 prezydent RP Andrzej Duda wręczył panu w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. To wysokie odznaczenie przyznał panu w 2006 roku ówczesny prezydent Lech Kaczyński. Niestety, nie zdążył panu wręczyć go osobiście. W dokumentach wyczytałem, że dosyć długo pan współpracował z Lechem Kaczyńskim.
Nie chciałem odbierać tego Krzyża z rąk innego prezydenta, więc… wciąż na mnie czekał. W końcu zgodziłem się na to, aby wręczył mi to odznaczenie prezydent Andrzej Duda.
Kiedy ukrywałem się w stanie wojennym, spotkałem się z Jackiem Taylorem – mecenasem, który bronił mnie podczas rozprawy sądowej. Dwa razy spotkałem się z Lechem Kaczyńskim. Szczegółów nie pamiętam, bo to już tyle lat minęło. Wcześniej spotykaliśmy się na posiedzeniach prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, zwracaliśmy się do siebie po imieniu. To był przesympatyczny gość. Zawsze potrafił wyrazić swoje zdanie na dany temat. Był bardzo konkretny i przekonujący. Potrafił dobrze doradzić, jaką podjąć decyzję.

Ciekawostką jest fakt, że urodził się pan w Wałbrzychu, a jest pan Honorowym Obywatelem Gdańska! Jak to się stało?
Działacze Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża i sygnatariusze Porozumień Sierpniowych, w 20. rocznicę podpisania tych porozumień, dokładnie 24 sierpnia 2000 roku, zostali Honorowymi Obywatelami Gdańska. Wśród wyróżnionych znaleźli się między innymi: Lech Bądkowski, Henryka Krzywonos, Jerzy Borowczak, Andrzej Gwiazda, Bogdan Borusewicz, Bogdan Lis, Joanna Duda-Gwiazda i Alina Pienkowska. No i ja też otrzymałem to piękne wyróżnienie. Należy dodać, że tego samego dnia Honorowymi Obywatelami Gdańska zostali również Ronald Reagan i Margaret Thatcher.
Podobno miały być dla nas przyznane również bezpłatne przejazdy tramwajem w Gdańsku. Ale tak naprawdę nie wiem, czy mógłbym bezpłatnie pojechać tramwajem, bo dawno nie byłem w tym mieście.

ROZMAWIAŁ JANUSZ M. SZLECHTA

Lech Sobieszek – członek Prezydium MKS w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Sygnatariusz Porozumienia Gdańskiego – 31 sierpnia 1980 r. Członek Prezydium MKZ i Zarządu Regionu NSZZ Solidarność w Gdańsku. Prześladowany i więziony w czasach PRL. Członek Klubu Gazety Polskiej w Bostonie w USA. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

30 sierpnia
W Stoczni Gdańskiej o godzinie 14 rozpoczynają się rozmowy z komisją rządową, po czym następuje wstępna akceptacja części z 21 postulatów. Lech Wałęsa domaga się zakończenia represji SB względem działaczy opozycji, ale wicepremier Jagielski zasłania się niewiedzą na ich temat. Decyzją MKS, wydaną w drodze głosowania w sali BHP, dalsze rozmowy rozpoczną się z chwilą uwolnienia wszystkich więźniów politycznych. Godzina 17 mija na wspólnej modlitwie delegatów MKS w intencji strajkujących i ich rodzin.

31 sierpnia
Rankiem ksiądz Henryk Jankowski celebrował mszę na terenie Stoczni Gdańskiej. W sali BHP stoczni zostało podpisane porozumienie pomiędzy MKS reprezentującym ponad 700 zakładów oraz delegacją rządową. Kwestią sporną było zwolnienie więźniów politycznych, czego domagał się Wałęsa. Wicepremier Jagielski ostatecznie wyraził zgodę na pisemne gwarancje zwolnienia więźniów. O godzinie 16 podpisano dokument końcowy porozumień. Strajk dobiegł końca.