W kim się zakochiwać…

407
Karina Bonowicz Foto: Archiwum autorki

Karina Bonowicz, polska pisarka, dziennikarka prasowa i radiowa, animatorka kultury, a od niedawna również nauczycielka w jednej z polonijnych szkół, od dwóch lat mieszka i tworzy w Nowym Jorku. W latach 2020-2021 publikowała trylogię fantasy pt. "Gdzie diabeł mówi dobranoc". Seria skierowana jest do młodego czytelnika, lecz jej wielkie walory poznawcze, zwłaszcza na niwie mitologii słowiańskiej, przysporzyły autorce rzeszy fanów w każdym przedziale wiekowym. Czytając recenzje czytelników, nierzadko można natknąć się na wyznania, że dzięki tej serii w niektórych na nowo obudził się – uśpiony od czasów dzieciństwa! – głód fantastycznych klimatów w literaturze. Nam Karina Bonowicz opowiada o tym, ja czuje się polski pisarz na obczyźnie, czy w polskiej literaturze da się znaleźć dobre bohaterki oraz jak pogodzić własną wizję twórczą z oczekiwaniami odbiorców.

Eliza Sarnacka-Mahoney: Zacznijmy od ustalenia jednej rzeczy w trosce o stan paznokci u czytelników (żeby już przestali obgryzać je z niepewności). Czy będzie czwarty tom serii “Gdzie diabeł mówi dobranoc”?

Karina Bonowicz: – Obawiam się, że stan paznokci czytelników szybko się nie poprawi, bo na chwilę obecną nie mogę dać jednoznacznej odpowiedzi (śmiech). Dostaję mnóstwo wiadomości od czytelników z tym właśnie pytaniem, łącznie z groźbami, że zostanę uwięziona w pokoju i zmuszona do napisania kolejnej części (śmiech). Póki co, czytelnicy mają chwilę, żeby się samemu zastanowić, co mogło się wydarzyć po tym, jak przeczytali ostatnie sceny książki. Chętnie posłucham.

Umówiłyśmy się, że porozmawiamy nie tyle o samej serii, ale szerzej o pisaniu i czytelnictwie. Doznałaś jakiejś epifanii tworząc książki (do) celowo adresowane, (choć nie tylko!) do młodzieży?

– Na pewno bardzo mnie zainteresował feedback, jaki otrzymałam. Po pierwsze, okazało się, że książka, która docelowo skierowana jest do młodych czytelników, przypadła do gustu ich rodzicom, a nawet dziadkom. Mam jedną czytelniczkę, która czyta razem z babcią i babcia okazuje się być bardziej niecierpliwa, jeśli chodzi o ciąg dalszy niż wnuczka (śmiech). I czytelnika, który powiedział, że, cytuję, mimo że jest bliskim 40. człowiekiem płci nieidentyfikującej go z główną bohaterką, to po przeczytaniu mnóstwa hardcorowych, tzw. męskich książek, z przyjemnością sięgnął po moją serię dla młodzieży. To znaczy, że udało mi się jednak czymś go zaskoczyć (śmiech). Po drugie, cieszę się, że książka zwiększyła zainteresowanie mitologią i kulturą słowiańską, z której czerpałam podczas tworzenia tej serii. To bardzo ważne, żebyśmy docenili to, że nasza słowiańska kultura jest bardzo interesująca i inspirująca. Cudze chwalimy, a swojego – dosłownie – nie znamy. Cieszę się, że mogłam odświeżyć trochę pamięć o naszej dawnej kulturze i dać do zrozumienia, że naprawdę jest z czego być dumnym. Myślę, że także to, że mieszkam w tak multikulturowym mieście jak Nowy Jork, sprawia, że bardziej też odczuwam swoją słowiańskość.

Wielu pisarzy przyznaje, że tworzy postaci, których im brakuje w literaturze u innych. Jak to jest u ciebie?

– Na pewno jest tak, że zawsze piszemy trochę dla siebie. Ja na przykład piszę takie książki, jakie sama chciałabym przeczytać. I tworzę takie postaci, które sama chciałabym zobaczyć w literaturze. Takie, z którymi można by było się zaprzyjaźnić albo takie, które znielubimy od razu. To sprawia, że postaci żyją. Że mamy wrażenie, że pojawią się za rogiem, kiedy tylko wyjdziemy z domu. Albo że żałujemy, że to tylko fikcyjna postać. I takich mi brakuje we współczesnej literaturze. Chodzi mi o wyrazistych bohaterów, o których byśmy nie przestawali myśleć po odłożeniu książki. Albo o takich, którzy by tak nas irytowali, że bolałyby nas zęby na samą myśl o nich. I którzy zabraliby nas do ich świata. Kiedy się czyta „Mistrza i Małgorzatę”, to się dosłownie czuje upał na Patriarszych Prudach i woń cebuli, a kiedy wychodzi się na ulicę, to się wpatruje Wolanda. Kiedyś to się człowiek nawet zakochiwał w postaciach literackich, a dzisiaj? Dzisiaj już nie ma nawet w kim się zakochiwać.

Zdradzisz w kim się zakochiwałaś? Zwłaszcza gdy byłaś młodzieżą, do której dziś adresujesz swoje książki?

– W d’Artagnanie z “Trzech Muszkieterów” (śmiech).

Co zaś z literacką postacią kobiecą? Jak widzisz i jaki masz stosunek do portretu współczesnej Polki w literaturze?

– Kiedy byłam nastolatką, bardzo brakowało mi wyrazistych postaci kobiecych w literaturze młodzieżowej. Nie lubiłam Małgorzaty Musierowicz, nie odnajdywałam się w postaciach Krystyny Siesickiej, nawet Ania z Zielonego Wzgórza mi nie odpowiadała. Nie pozostawało więc nic innego, jak tylko szukać innych bohaterów. No właśnie. Bohaterów, nie bohaterek.  Bardzo wcześnie przerzuciłam się na literaturę dla dorosłych, bo młodzieżowa nie bardzo odpowiadała moim czytelniczym wymaganiom. Ale i tam rzadko kiedy zdarzały się postacie kobiece, które były na tyle wyraziste, że się je albo kochało albo nie znosiło. Z klasyki literatury polskiej to chyba najbardziej ciekawą postacią jest dla mnie Balladyna i potem długo, długo nic. W ogóle mam wrażenie, że w całej literaturze nieczęsto tworzy się ciekawe postaci kobiece, nawet Szekspirowi, wydaje mi się, nie zawsze udawało się dobrze stworzyć postaci z krwi i kości, tak jak Lady Makbet. Widać to chociażby po dysproporcji, jaką można zauważyć, kiedy rozdziela się role w teatrze; więcej wybitnych ról zagrali mężczyźni, bo więcej też ciekawych ról dla nich napisano. Kobiety we współczesnej literaturze polskiej z kolei dzielą się na te, które czekają przez całą książkę na księcia na byłym koniu, albo na takie, co same wsiadają na koń i uprowadzają tego księcia, czyli przejmują męskie zachowania, które nie do końca im pasują, a nawet stają się groteskowe. Suma summarum, obydwa typy bohaterek stają się wręcz karykaturalne. Nie jestem w stanie nawet podać ani jednej postaci żeńskiej, która by mnie naprawdę zachwyciła, albo którą bym szczerze znienawidziła. Wszystkie wydają mi się za bardzo skrajne, za mało złożone. Drodzy autorzy, kobiety naprawdę nie dzielą się na te madonny i femme fatale. Trudno mi w pojedynkę walczyć z pewnymi utartymi wzorcami w literaturze, i to nie tylko kobiet, ale w ogóle ludzi i relacji między nimi, choć się staram. W mojej trylogii nie ma na przykład typowego wątku romansowego, w zasadzie nie ma go wcale, a czytelnicy, a dokładniej czytelniczki, albo się go wciąż doszukują (mimo że ja go tam sama za bardzo nie widzę), albo się go domagają. To, co mnie jednak cieszy, to rosnąca liczba bohaterek książek dla dzieci, które są ciekawie, nietypowo i nieprzewidywalnie konstruowane. Mam nadzieję, że one szybko nie dorosną i nie staną się bohaterkami ze współczesnych powieści obyczajowych dla dorosłych.

– Jak myślisz, czym spowodowane jest to “domaganie się” bohaterek, które spełniają pewne wzorce?

– Przyzwyczajeniami. Lubimy książki, które już znamy. Kiedy czytamy romans, to wiemy, że się raczej dobrze skończy, prawda? Kiedy sięgamy po kryminał, to też wiemy, że sprawca zbrodni zostanie złapany. A ja na przykład lubię, kiedy autor wodzi mnie za nos i prowadzi na manowce. I kiedy zakończenie nie sprowadza się do „sprawca został złapany i wszyscy żyli długo i szczęśliwie”. Myślę jednak, że igranie z oczekiwaniami odbiorcy jest dość ryzykownym zabiegiem. Po pierwszym tomie „Gdzie diabeł mówi dobranoc”, który dosłownie urwał się w najciekawszym momencie, zderzyłam się z wielkim zdziwieniem czytelników: jak można tak zakończyć? Albo wręcz: tak nie wolno kończyć! Czyli wrażenie, że pojawia się zgrzyt, coś poszło nie tak, nie tego się spodziewaliśmy. Z mojej strony wyglądało to inaczej. Bo właściwie, dlaczego miałabym tak nie kończyć? Dlaczego wszystko musi być tak, jak chce czytelnik? Czy nie od tego właśnie jest literatura, żeby zaskakiwać, pokazywać nowe drogi, zadawać pytania, prowokować do niestandardowego myślenia? Pamiętam krążącego w Internecie mema poświęconego J.K. Rowling i George’a R.R. Martina: czytelnicy obojga autorów poprosili, żeby pisarze nie zabijali ich ulubionego bohatera. Rowling posłuchała: nie zabiła go. Co zrobił Martin: nie zabił ulubionego bohatera czytelników; zabił wszystkich bohaterów. Myślę, że najgorsze, co się może przydarzyć literaturze, to schlebianie czytelnikowi.  

Książki autorstwa Kariny Bonowicz Foto: Archiwum autorki

Mieszkasz obecnie w USA. Jak się odnajdujesz w roli polskiego pisarza tworzącego za granicą?

– Na pewno zmienia się perspektywa patrzenia na język polski. Czuje się większą odpowiedzialność za swój własny język, tym bardziej że posługując się na co dzień innym, łatwo wpaść w pułapkę tzw. Ponglisz, czyli zbitki języka polskiego i angielskiego. Obserwuję, że język ojczysty Polaków w Nowym Jorku staje się coraz bardziej zniekształcony i niechlujny. Z drugiej strony, chyba oddaje to też stan ducha jego użytkowników, którzy stoją trochę w rozkroku między USA a Polską. To sprawia, że tak naprawdę nie ma dbałości o żaden z języków. I o ile można jeszcze tłumaczyć pomyłki w języku angielskim, o tyle braku dbałości o język ojczysty, nie  można niczym usprawiedliwiać. Kiedy przyjeżdżałam do USA, co bardziej złośliwi rodacy, „ostrzegali” mnie, że mnie też to spotka. Póki co, nie zauważyłam jednak, żeby mi to groziło. Mój wydawca nie zwrócił mi jeszcze uwagi na to, że książki są pisane w Ponglisz (śmiech).

A widzisz jakieś zalety tej sytuacji? Mamy w historii polskiej kultury wielu artystów, którzy tworzyli dzieła przeznaczone dla polskiego odbiorcy, choć sami na stałe mieszkali za granicą. Mnóstwo z nich otwarcie nad tą sytuacją ubolewało.

– Pewnie zależy to od tego, jaki jest temat tego, o czym się pisze. Jeżeli jest on bezpośrednio związany z typowo polskimi zagadnieniami, to rzeczywiście, dystans może przeszkadzać. Ale może też pomagać. Trudno mi powiedzieć. Ja na szczęście nie mam takiej zagwozdki, bo moje książki nie dotyczą kwestii politycznych czy społecznych w Polsce.

Jest coś, czego chciałabyś pożyczyć polskim twórcom na emigracji i wszystkim twórcom w ogóle?

– Nieustannego zadziwienia. I czytelnika, i siebie samych.