Wciąż blisko sceny, kamer i wierszy

77
Janusz Guttner z Elżbietą Czyżewską. Kadr z filmu „Niekochana” Foto: Archiwum Janusza Guttnera

– Miałem w życiu trochę szczęścia. Pecha zresztą też. To normalne – mówi Janusz Guttner, mieszkający w Londynie w Wielkiej Brytanii aktor, fotograf, architekt i poeta w rozmowie z Katarzyną Bzowską

Osoby starsze, które w latach 60. XX wieku chodziły do kina, kojarzą ciebie z filmem „Niekochana”. Jak to się stało, że otrzymałeś rolę w filmie, będąc jeszcze studentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie?

Janusz Guttner: – Ktoś zaproponował twórcom filmu, aby wzięli mnie na zdjęcia próbne. Chodziło nie tylko o to, czy sprostam roli, ale też czy pasujemy do siebie z Elżbietą Czyżewską. Nie miałem jeszcze dyplomu. Byłem na ostatnim roku studiów. W tamtych czasach uczelnia nie lubiła, gdy studenci grali w filmach. Zasady obowiązywały takie, że grać w filmie można było w czasie wakacji czy świąt, ale nie w trakcie roku akademickiego. A przy „Niekochanej” mieliśmy ten problem, że nie skończyliśmy zdjęć w lecie i niektóre sceny dogrywaliśmy później, we wrześniu. A właśnie rozpoczęły się próby do dyplomowych przedstawień. Ostatnie sceny dokręcaliśmy w Warszawie. Brał w nich udział także profesor naszej uczelni Ludwik Sempoliński. Zanim zaczęliśmy kręcić podszedł do mnie powiedział: „Myśmy się dzisiaj nie widzieli”.

„Niekochaną” pokazywano m.in. na festiwalu w San Sebastian w Hiszpanii, gdzie zdobył nagrodę . Na tym festiwalu nie byłem. Pojechałem natomiast z Elą Czyżewską do Cork  w Irlandii. Panowała tam znakomita atmosfera. Ludzie byli przyjaźni, ciepli. Przyleciała z nami pani, chyba z Ministerstwa Kultury, bardzo miła, kulturalna – choć śmialiśmy się, że zapewne była to „spółdzielnia ucho” – i bardzo pracowita. Wstawała o siódmej rano, aby odkryć, że nie ma zupełnie nic do roboty, bo wszyscy, którymi miała się opiekować, jeszcze spali. Ona szła spać wcześnie, gdzieś około dziewiątej wieczorem, kiedy myśmy zaczynali dopiero nocne klubowe życie.

Wspomniałeś, że byłeś na tym festiwalu z Elżbietą Czyżewską

– Tak. W tamtym czasie to była w Polsce wielka gwiazda filmowa. Byłem pod jej wielkim wrażeniem. Lubiliśmy się. Elżbieta była osobą bardzo bezpośrednią, nie stwarzała dystansu. Ona miała, jak to określam, rtęciową inteligencję. To znaczy reagowała bardzo szybko na to, co działo się wokół niej. Miała ogromne poczucie humoru.

Janusz Guttner z Elżbietą Czyżewską podczas festiwalu w Cork w Irlandii. W środku jeden
z organizatorów festiwalu Foto: Archiwum Janusza Guttnera

Na festiwalu w Cork byłem dwukrotnie. Za drugim razem prezentowany był film „Wycieczka w nieznane”. Tym razem pojechałem z Małgosią Niemirską, siostrą Ewy Wiśniewskiej. Poza naszą ekipą nie było nikogo z „demoludów”. Dlaczego? To był rok 1968. Kilka miesięcy wcześniej „koledzy” w ramach „bratniej pomocy” pojechali do Pragi czeskiej na czołgach. Organizatorzy wycofali zaproszenie dla Rosjan. Nikogo więcej. „Demoludy” postanowiły być solidarne: „Rosjanie nie mogą jechać, to my też nie jedziemy”. W festiwalu wzięli także udział Rumunii. Nie dziwię się, bo oni nie ruszyli „solidarnie” na czeską Pragę, a rumuński dyktator Nicolae Ceausescu ostro się już wtedy ścierał z Breżniewem. Ale dlaczego Polacy? Do dziś nie wiem.

Czy od razu, po skończeniu szkoły teatralnej, zacząłeś grać w warszawskich teatrach?

– To wyglądało tak, że z dyplomem w kieszeni zaczynało się chodzić po teatrach i pytać czy ktoś by absolwenta nie zatrudnił. No i mnie zatrudnili w Teatrze Klasycznym, który miał siedzibę w Pałacu Kultury i miał też scenę przy ulicy Marszałkowskiej w „Rozmaitościach”. Dostać angaż w Warszawie było trudno. Miałem szczęście. Grałem w tym teatrze przez cztery lata. Dostałem kiedyś dokument z podsumowaniem mojej pracy. Jak się okazało, zagrałem w ponad tysiącu przedstawieniach. To nie tak źle, jak na cztery lata.

Niektóre sztuki cieszyły się dużym powodzeniem. Z „Dziś do ciebie przyjść nie mogę…” zjeździliśmy pół świata. Byliśmy w Rosji… przepraszam – w Związku Radzieckim.  Graliśmy w Kijowie, Lwowie, Leningradzie, Moskwie. Byliśmy w Jugosławii, ale też w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Z tym spektaklem, opartym na partyzanckich piosenkach, pojechaliśmy później do Berlina. Oczywiście tego wschodniego.

W USA po spektaklu „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” miałem najlepszą recenzję w karierze. Nie chodziło o mój występ. Jeszcze przed wyjazdem uprzedzono nas, że w Buffalo będzie mieszana publiczność polsko-amerykańska. Byłem jednym z nielicznych w zespole, który coś tam po angielsku dukał. Przed wyjazdem zrobiłem więc kilka prób w ambasadzie amerykańskiej w Warszawie, gdzie poprawiano mój akcent. Podczas tego przedstawienia w Buffalo większość czasu siedziałem na proscenium i na żywo tłumaczyłem poszczególne sceny na angielski. Piosenek oczywiście nie. Następnego dnia w radiu usłyszeliśmy, że był to bardzo dobry pomysł reżysera, że zaangażował amerykańskiego aktora.

Niedawno oglądałam film o Cyprianie Kamilu Norwidzie zrealizowany z okazji Roku Norwidowskiego przez braci Quay. Czytasz w nim po polsku wiersze poety. Cała narracja jest angielska. Po obejrzeniu filmu starałam się ustalić nazwisko angielskiego aktora, którego zaangażowano do czytania tych fragmentów. Okazało się, że to… Janusz Guttner. Z tego, co mówisz wynika, że twoja kariera aktorska rozwijała się w Polsce całkiem dobrze. Nagle wyjeżdżasz do Londynu w 1970 roku i postanawiasz tu zostać. Dlaczego?

– Masz rację: można powiedzieć, że kariera rozwijała się dobrze. Na decyzję o emigracji złożyło się kilka przyczyn. Aktorzy, których poznałem podczas tych festiwali w Cork, przekonywali mnie, że powinienem znaleźć agenta i podczas jednodniowego pobytu w Londynie znalazłem agentkę. Jak wróciłem do Polski dostałem od niej list: „Czy możesz w najbliższy czwartek przyjechać do Londynu na próbne zdjęcia do filmu Bitwa o Anglię?”. W rezultacie rolę, którą ewentualnie miałem zagrać, powierzono czeskiemu aktorowi.

W tym samym czasie rozpadło się moje małżeństwo . To był dobry powód, by wyjechać. Dostałem zaproszenie od moich londyńskich znajomych, wystąpiłem o paszport i w lecie 1970 roku wyjechałem. Z Londynu napisałem do mojego teatru list z prośbą o udzielenie mi bezpłatnego rocznego urlopu. Dostałem odpowiedź odmowną.

Dzięki mojej agentce od razu dostałem epizodzik w filmie „Sunday Bloody Sunday”. Reżyserował to John Schlesinger. Główną rolę grała Glenda Jackson. Zdjęcia miały się zacząć w piątek, a w czwartek dzwoni do mnie agentka: związki zawodowe zrzeszające aktorów, Equity, nie zgadzają się na moje zatrudnienie. Nie byłem formalnie aktorem, nie miałem też prawa pracy. Abym mógł uzyskać status aktora powinienem grać przez 36 tygodni gdzieś na angielskiej prowincji i wystąpić o członkostwo w Equity. Dla mnie było to nie do wykonania.

Te ograniczenia ze strony związków zawodowych nie dotyczyły tylko aktorów. W wielu dziedzinach obowiązywał tzw. closed shop.

– Trwało to dopóty, dopóki Maggi, czyli Margaret Thatcher, z tym nie skończyła. Kiedy te przywileje związkowe skończyły się, to natychmiast moja agentka znalazła mi kilka ról. Zagrałem między innymi w serialach „Kavanagh QC” oraz „Soldier, Solidier”. I wtedy dostałem od związku list z pytaniem, czy bym do nich nie wstąpił. O mało szlag mnie nie trafił! Oczywiście, nie wstąpiłem.

Zostałeś w Londynie i zostałeś zmuszony, by zmienić zawód. Nie było ci żal aktorstwa?

– Nie było czasu na żałowanie czegokolwiek. Trzeba było coś jeść i gdzieś mieszkać. Szukanie pracy w Londynie nie było takie łatwe. Miałem w życiu trochę szczęścia. Pecha zresztą też. To normalne. Dzięki moim przyjaciołom z Cork poznałem – jak to się mówi dziś po polsku – dywelopera. Siedzieliśmy gdzieś na piwie i on mnie w pewnym momencie pyta, czy umiem rysować proste kreski, wiem, jak się mierzy przestrzeń, itp. Wiedziałem, bo na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych (to było jeszcze przed PWST) studiowałem na wydziale architektury wnętrz. Więc zostałem kreślarzem i robiłem mierzenie domów, które jego firma kupowała. Mniej więcej po pół roku dostałem projekty do zrobienia.

Przydały ci się te trzy lata studiów na ASP?

– Jeszcze jak! Moje szczęście polegało też na tym, że firma kupiła kilka domów w londyńskiej dzielnicy Islington i mieli je przerabiać. W rezultacie zamieszkałem tam i miałem za darmo mieszkanie. To było znakomite miejsce.

Byłeś więc grafikiem, architektem, ale także fotografem.

– Strasznie gnasz do przodu. W połowie lat siedemdziesiątych rozpoczął się krach na rynku nieruchomości i firma mojego przyjaciela zbankrutowała. Zostałem bez pracy. Z jednym z chłopców z tej firmy otworzyliśmy małe biuro i robiliśmy przeróbki domów, to znaczy takie remonty, gdzie dom jednorodzinny dzieliło się na mieszkania. To ciągnęliśmy prawie rok, ale mój wspólnik zrezygnował, bo był przyzwyczajony do stałej pensji, a tu pieniądze wpływały nieregularnie. No i zamknęliśmy ten biznes. W moim przypadku znowu zadziałał los. Któregoś dnia zepsuł się telewizor. Co tu robić? Więc zacząłem się bawić: wziąłem jakąś książkę, jakieś zdjęcia i wykombinowałem okładkę na płytę, o której słyszałem, że ma się ukazać. Spotkałem się z moim kolegą, Sławkiem Szaybo  (znaliśmy się od lat, jeszcze z czasów studiów na ASP), który pracował w wytwórni fonograficznej i pokazałem mu projekt. Spodobał mu się. Postawił sobie na półce nad biurkiem. Kilka dni później przyszła jakaś grupa muzyczna i zwrócili na ten projekt uwagę. I tak zaczęła się moja współpraca przy artworks (jak to jest po polsku – nie wiem) okładek płyt. Robiłem też plakaty. Do wielu projektów potrzebna była fotografia, choćby na etapie wstępnym. Więc zacząłem fotografować.

W końcu otworzyłem studio na Isle of Dogs w południowo-wschodnim Londynie. Było to opłacalne, bo w tym czasie zniesiono na tym terenie podatek gruntowy. Margaret Thatcher chciała, aby ta dzielnica szybko się rozwijała po zlikwidowaniu londyńskich doków. To był wielki plac budowy, ale nie taki, który kojarzy się z cegłami i pyłem, tylko supernowoczesny – szkło, stal i jeżdżąca górą kolejka. Tuż obok Tamiza, liczne kanały wodne. Budowano nowocześnie, ale zachowując też część dawnych magazynów, które przerabiano na mieszkania.

Opowiedz o swoich podróżach związanych z fotografowaniem.

– Byłem w kontakcie z Sheamusem Smithem, który był producentem programów „Seven Days” w czasie tzw. troubles w Irlandii Północnej. Później został dyrektorem National Films Studios of Ireland. To jedna z takich osób, które znają „wszystkich” – to znaczy w Holywoodzie, w filmie angielskim, francuskim, nie mówiąc już o irlandzkim. Zaprzyjaźniliśmy się w czasie festiwalu w Cork. W pewnym momencie zaproponował mi, abym pojechał z jego ekipą do Jordanii, gdzie będą kręcić program z udziałem Petera Ustinova. To był jeden z odcinków programu „Peter Ustinov’s People”. Miał to być film z udziałem Husajna, króla Jordanii, którego Peter poznał przed laty w Londynie .

Kilka lat wcześniej, w ramach tego samego cyklu programów,  Sheamus wraz z Peterem Ustinovem polecieli do Indii, aby zrobić wywiad z Indirą Ghandi. Czekali na nią, jak było umówione, w ogrodzie ogrodzonym murem. W pewnym momencie Indira Ghandi pojawiła się w furtce prowadzącej do ogrodu i w tym momencie została zastrzelona przez swoich ochroniarzy. Sheamus mówił mi później: „Janusz, zrobiłem ostatnie zdjęcie w jej życiu”.

To była cudowna impreza. Lądujemy w Amanie, czekają na nas dwie limuzyny. Jedziemy do hotelu i tam dowiadujemy się, że Sheamus już siedzi przy stole z Peterem Ustinovem i niemieckim producentem. Czekają na nas. Schodzę do restauracji. Idę w ich kierunku. Peter nagle wstaje i zaczyna mruczeć polski hymn. Zamurowało mnie. Siadam koło producenta, Niemca. Stereotypowe pytania, skąd jestem. Mówię, że z Warszawy. „Jak ja lubię Warszawę, jakie to wspaniałe miasto. A kobiety!” – słyszę w odpowiedzi. Pytam, kiedy był tam ostatni raz. „W 1942 roku, stacjonowałem tam jako pilot myśliwski” – odrzekł. I to zderzenie: z jednej strony polski hymn, a z drugiej pilot niemiecki.

Janusz Guttner (z prawej) z Peterem Ustinovem w Jordanii
Foto: Archiwum Janusza Guttnera

Już po powrocie do Londynu któregoś dnia otrzymuję  niespodziewany telefon. Zadzwoniła Susanna, żona tego niemieckiego producenta. Otóż mieli robić w Londynie wywiady i chciała, abym był ich przewodnikiem, a jednocześnie porobił trochę zdjęć. Dzięki niej zrobiłem zdjęcia George’a Harrisona, Michaela Caine’a, Bena Kingsley’a i jeszcze kilku innych gwiazd.

Dzięki tym kontaktom poznałem Greka, właściciela firmy turystycznej. Miałem robić dla niego zdjęcia w Grecji, gdzie miał sieć hoteli. Mogłem zabrać kogo chciałem. Rozmawiałem o tym w wytwórni płyt. Zaproponowali mi, abym zabrał mało znaną grupę, która rokuje, że kiedyś będzie znana. Był to zespół Wham! To byli wtedy młodzi chłopcy, którzy mieli mało pieniędzy, więc wynajęli mopedy, czyli mówiąc po polsku motorowery. Mieli małą stłuczkę. Bardzo się martwili jak za to zapłacą. Kilka miesięcy później zaczęła się ich wielka kariera, przede wszystkim George’a Michaela i wielkie pieniądze, wspaniałe samochody. Czasem tak w życiu bywa.

W końcu zamknąłeś swoje studio. Dlaczego?

– Ulgi podatkowe zostały cofnięte. Ale nie to było najważniejsze. W fotografii zaczęła się rewolucja techniczna, czyli zdjęcia digital. A to wymagało kupna komputerów, nowych aparatów fotograficznych itp. Nie było mnie na to stać, bo choć wciąż miałem pracę i interesujące podróże, to nie dorobiłem się dużych pieniędzy.

A twoje kontakty z Polakami mieszkającymi w Wielkiej Brytanii?

– Mieszkałem w Londynie dziesięć lat, ale trzymałem się dość daleko od polskiego środowiska. Przede wszystkim dlatego, że chciałem złapać język. Bardzo niewiele wiedziałem o teatrze Mariana Hemara i innych przedsięwzięciach teatralnych „polskiego Londynu”. Wydawało mi się, że to jest rewia, a mnie do estrady nie ciągnęło. W 1982 roku nagle zadzwoniła do mnie Urszula Święcicka. Zaczęła mi opowiadać o polskim teatrze i spytała, czy bym nie zaczął z nimi współpracy. Słuchałem tego sceptycznie. Ale w końcu Urszula mówi, że mają taką ciekawą sztukę Tadeusza Konwickiego „Mała apokalipsa”. Tu już podniosłem uszy, ale dalej wykręcałem się brakiem czasu. „A może by pan chociaż zajrzał, zobaczył, co robimy? – zapytała. Sztukę reżyseruje  Helena Kaut” – dodała. I już wiedziałem, że to nie jest żaden amatorski teatr, żadna estrada, bo Helenę znałem z czasu studiów – ona była na reżyserii, a ja na wydziale aktorskim. Kilka dni później przyjechałem na próbę i tak już wsiąkłem. No i pamiętaj, że było to wkrótce po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego.

Na to wydarzenie reżyser Richard Howson, mąż Heleny, zareagował zrobieniem filmu „Letter to Poland”. Film opowiadał o środowiskach polonijnych na obczyźnie. Głównie w Anglii, ale też w Szkocji i we Francji. Zdjęcia do filmu kręciliśmy w Londynie, Paryżu, w Manchesterze, w Glasgow i Edynburgu. Tu ci się pochwalę, że w Edynburgu byłem z tej okazji u generała Maczka. Cóż to za człowiek… Dla mnie był, jest i zawsze będzie najpiękniejszą postacią tej wojennej zawieruchy, no i późniejszej emigracji.

Tu się na pewno z tobą zgodzę… Wynika z tego, że w czasie pracy nad tym filmem zetknąłeś się z prawie pełnym przekrojem brytyjskiej Polonii.

– Myślę, że tak. I powiem ci, że była to dla mnie wspaniała lekcja. Pamiętasz chyba tę „cudowną” propagandę komuny o tych wygodnickich zdrajcach, sprzedawczykach z Londynu rozbijających się po mieście samochodami, podczas gdy „my” w pocie czoła odbudowywaliśmy Ojczyznę. Ale o tym, że walczyli i ginęli na wielu frontach, to już mniej. A o tym, że ich z domu wyrzucili i dom oddali obcym, to już nic. Słowa „Kresy” ta propaganda nie używała.

No tak… pamiętam… Ale wróćmy do teatru Urszuli… Więc zagrałeś w końcu w „Małej Apokalipsie”?

– Tak. I w kilku innych sztukach w Teatrze Nowym, który Urszula założyła i prowadziła tak dobrze, że wpasowała się w tę przypowiastkę o polskim kotle w piekle. Znasz?

Znam…

– No to teatr się rozpadł… Po wielu latach Helena zaczęła na nowo zbierać aktorów i powstała w 2004 roku Scena Poetycka. Nie byłem z nimi od początku. Chyba pierwszy spektakl, w jakim wziąłem udział, to było „Pod mlecznym lasem” Thomasa Dylana. A później tych spektakli było dużo: „Gęś nadziewana” o Gałczyńskim, Herbert, Baczyński… Ten ostatni spektakl był mi bardzo bliski – napisałem do niego scenariusz i go reżyserowałem. Kiedy tylko zacząłem współpracować ze Sceną Poetycką, przyszedłem na próbę i nagle usłyszałem: „Ach, jak to miło, że pan do nas dołączył”. Była to Regina Wasiak-Taylor, wtedy sekretarz, a obecnie prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Nad Sceną sprawowała opiekę literacką. Wkrótce zacząłem współpracę z „Pisarzami”.

Ważnym dla mnie momentem z tego punktu widzenia była śmierć Wisławy Szymborskiej. Uważałem, że należy jak najszybciej uczcić pamięć naszej noblistki. Wieczór jej wierszy odbył się w dniu pogrzebu poetki. I tak zacząłem serię spotkań z poezją wybitnych polskich poetów. Prezentowaliśmy poezję Rafała Wojaczka, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Haliny Poświatowskiej, Julii Hartwig, Mariana Załuckiego, Adama Czerniawskiego, Tadeusza Różewicza, poetów wojennych, Mirona Białoszewskiego, Stanisława Grochowiaka… Tych kameralnych popołudni z poezją zaliczyłem do tej pory chyba około trzydziestu.

Bardzo lubiłam te spotkania, choć nie zawsze była liczna publiczność. Pandemia je przerwała. Mam nadzieję, że się do nich wróci. Przy okazji związałeś się ze Związkiem Pisarzy Polskich na Obczyźnie na dobre.

– To prawda. Brałem udział w wielu promocjach książek czytając wiersze i fragmenty prozy, uczestniczyłem też w Salonach Literackich organizowanych przez Związek Pisarzy w londyńskim Ognisku Polskim. Jeździłem ze Związkiem Pisarzy Polskich na Obczyźnie na Targi Książki w Warszawie, a także wziąłem udział w wielkim koncercie zorganizowanym w Pałacu Stanisławowskim w Łazienkach z okazji 75. rocznicy powstania Związku i 85. rocznicy urodzin naszego ówczesnego prezesa Andrzeja Krzeczunowicza. To jedna z tych wielkich postaci, które odegrały ważną rolę w okresie polskich przemian, a przy tym człowiek skromny i może dlatego tak rzadko się o nim mówi.

Janusz Guttner czyta wiersze polskich poetów
Foto: Archiwum Janusza Guttnera

Pamiętam, jak po jakieś promocji pan Andrzej podszedł do ciebie i gratulując czytania wierszy powiedział: „Skąd ten wspaniały głos?”, na co ty odpowiedziałeś: „To zasługa tatusia i mamusi”. Bardzo mnie to rozbawiło. Wykonywałeś wiele zawodów. Byłeś aktorem (a właściwie wciąż nim jesteś, ostatnio grałeś rolę dziadka w „Tangu” Sławomira Mrożka, a krótka etiuda filmowa „Stary człowiek i drzewo” była wyświetlana w ramach festiwalu EMIGRA), reżyserem, fotografem, grafikiem i architektem…

– …dorzuć do tego „dziennikarzem”. Przez pewien czas współpracowałem z Radiem Zet i napisałem kilka artykułów o polskiej architekturze współczesnej do wewnętrznego pisma wydawanego przez stowarzyszenia budowniczych tanich domów w Wielkiej Brytanii, czyli tzw. housing associations.

No i dodajmy, że jesteś też poetą. Kiedy zacząłeś pisać wiersze?

– Jak mówi stare powiedzenie: „Poetą się nie jest, poetą się bywa”. Jak wielu młodych ludzi, będąc jeszcze w szkole, pisałem wiersze. To było takie typowe pisanie do szuflady. Zebrałem się w końcu na odwagę i kilka wierszy wysłałem do Antoniego Słonimskiego. Dostałem od niego list napisany brązowym atramentem na niebieskim papierze. Pisał, że nie jest krytykiem literackim i nie lubi oceniać twórczości innych, ale zachęcał mnie do dalszego pisania. Bardzo mnie to podbudowało. Mniej więcej w tym w czasie moja siostra zaczęła pracować w telewizji i któregoś dnia zabrała moje wiersze do redakcji. Oczywiście za moim przyzwoleniem. Pamiętam, że czekałem co się stanie dalej. Nic się nie stało. Rok później dostałem się do PWST i pisanie wierszy zarzuciłem.

Gdy byłem na drugim roku studiów któregoś dnia poszedłem do biblioteki. Bibliotekarka mówi do mnie: „Panie Januszu, nie wiedziałam, że pan pisze wiersze”. Zaprzeczyłem. Ja nie piszę wierszy. A ona na to: „Jak to nie? Przecież widziałam. W Kordegardzie jest Almanach młodych i tam są pana wiersze”. Żebyś ty widziała, jak ja zasuwałem z Miodowej, gdzie mieściła się szkoła teatralna do Kordegardy, naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego. Biegiem! I rzeczywiście w Almanachu redagowanym przez Artura Międzyrzeckiego było kilka moich wierszy. Moje nazwisko zostało wymienione w przedmowie, a moje wiersze omówione. Można uznać, że był to mój debiut poetycki. Był to rok 1963.

A czy później pisałeś wiersze?

– Przez wiele lat nie miałem na to czasu: szkoła teatralna, potem praca w teatrze, także w filmach i w telewizji. To nie sprzyjało pisaniu. Wreszcie wyjazd z Polski i rozpoczęcie nowego życia.

Kiedy wróciłeś do pisania wierszy?

– Dopiero w Londynie, gdzieś w latach osiemdziesiątych, kiedy dostałem od życia trochę w kość. Julia Hartwig powiedziała, że pisanie wiersza wynika z wewnętrznej dyspozycji, z pewnego nastawienia emocjonalnego. Tak było i ze mną. Pisanie wierszy stało się rodzajem terapii. Jeden z pierwszych, jaki napisałem po tej długiej przerwie, mówi o tym właśnie, jak się rodzi wiersz.

Nocna rozmowa

Co robisz?

Chwytam wiersz

Po ciemku?

Po ciemku

Jak się to robi?

Zwyczajnie

Ale jak?

Najpierw musi przyjść

Skąd?

Nie wiem. Po prostu przychodzi {…}

Wtedy trzeba go łapać

Szybko, aby nie uciekł

To może uciec?

Oczywiście. I to prawie zaraz po przybyciu

A jak go chwytasz?

Jak się da. Za ręce, za nogi

I co?

I przyszpilam

Do czego?

Różnie. Do pudełka od papierosów

Do jakiegoś świstka.

Po ciemku?

Po ciemku

I co potem?

Zasypiam. A rano

Co rano?

Rano trzeba go zdjąć

Ostrożnie, żeby nie uszkodzić

I co dalej?

Dalej trzeba go rozprostować

I przykleić na papier

A kiedy zdecydowałeś się, żeby wydać książkę?

– Zbiór „Słowem fotografowane” ukazał się w 2013 roku. Rok czy dwa lata wcześniej była rocznica ślubu moich przyjaciół z Warszawy – Lidki Załuckiej i Koli Szwarca. Tacy przyjaciele od zawsze i sercu najbliżsi. Nie bardzo wiedziałem, co mam im dać w prezencie. I wtedy pozbierałem te swoje wiersze, wydrukowałem i miałem prezent.

Jakiś czas potem pokazałem te wiersze mojemu londyńskiemu przyjacielowi. Witek Stok, znakomity operator filmowy, ma artystyczną duszę. Wysoko cenię jego opinię. Kilka dni później powiedział mi: „To wcale nie jest złe”. W jego ustach to był wielki komplement.

Tak się złożyło, że czytałem wiesz Jana Lechonia „Mochnacki” podczas wykładu profesor Beaty Dorosz. Po tym wykładzie podszedł do mnie starszy pan. Przyjechał do Londynu z Nowego Jorku. Powiedział, że słyszał wiele interpretacji tego wiersza, ale moja w jego przekonaniu była najlepsza. Był to Maciej Patkowski – pisarz, scenarzysta, zaliczany do tak zwanego pokolenia „Współczesności”. Kilka dni później spotkaliśmy się na jakimś przyjęciu, a że byłem podbudowany tą jego uwagę, postanowiłem mu pokazać swoje wiersze. I on był pierwszą osobą, która mi powiedziała, że muszę je opublikować.

Teraz ukazała się twoja nowa książka „Słowem fotografowane oraz ciąg dalszy”. Czym różni się od poprzedniej?

– Zawarte są w niej wiersze z poprzedniego tomu, dodałem  trochę nowych, ale nie tak dużo – kilkanaście. Ponadto są tu krótkie opowiadania, kilka tekstów napisanych po angielsku i kilka wywiadów, jakie w ostatnich latach przeprowadziłem – z Julią Hartwig, Katarzyną Herbertową, Magdą Zawadzką. W sumie ta książka jest blisko dwa razy grubsza od poprzedniej. Składała ją Zuzanna Lipińska, córka Eryka Lipińskiego i Ha-Gi, czyli Hanny Gosławskiej. Zuzanna jest zawodowym twórcą książek. Ma duże wyczucie artystyczne, czemu nie można się dziwić. Nie tylko książki składa, ale i ilustruje. Książka nie ma podziału na starą i nową część. Układ podyktowany jest gatunkami literackimi. Mam nadzieję, że spodoba się nie tylko tym, którzy przeczytali mój pierwszy tomik – a było ich, niestety, niewielu. Wydanie miało niewielki nakład. Może zyskam nowych czytelników i kilka osób, które znają mnie tylko ze sceny teatralnej, pomyśli o mnie „aktor-poeta”. Zobaczymy.


Okładka nowej książki Janusza Guttnera Foto: Archiwum J. Guttnera

Na koniec chcę ci zadać takie banalne pytanie: czy czujesz się człowiekiem spełnionym?

– Och nie! Co to znaczy? Że już nic mnie nie czeka? Tylko kapcie, siedzenie przy kominku i gapienie się w telewizor? Nigdy!

Dziękuję ci za rozmowę. I życzę ci realizacji kolejnych marzeń.

Rozmawiała: Katarzyna Bzowska

Przypisy

1. Film „Niekochana”, w reżyserii Janusza Nasfetera, na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w San Sebastian otrzymał nagrodę Hiszpańskiego Związku Pisarzy Filmowych (1966)

2. Cork Film Festival – coroczny festiwal filmowy odbywający się mieście Cork w Irlandii od 1956 roku. Misją festiwalu jest łączenie ludzi poprzez film, żywą rozmowę i doświadczenie kulturowe

3. „Vade-mecum” – krótkometrażowy film w reżyserii braci Quay, wybitnych twórców animacji filmowej, zrealizowany z okazji 200-lecia urodzin Cypriana Kamila Norwida, na zamówienie Instytutu Książki we współpracy z Instytutem Kultury Polskiej w Londynie

4. Pierwszą żoną Janusza Guttnera była Małgorzata Braunek (1947-2014), polska aktorka. Pierwszą ważną rolę zagrała w „Polowaniu na muchy” Andrzeja Wajdy (1969)

5. Rosław Szaybo (1933-2019) – polski grafik, plakacista, fotograf, projektant okładek płyt i książek. Laureat licznych nagród oraz juror konkursów polskich i zagranicznych, przedstawiciel tzw. polskiej szkoły plakatu

6. Husajn I, późniejszy władca Jordanii (1935-1999) chodził do słynnej szkoły Harrow, a później studiował w Akademii Wojskowej Sandhurst

7. Andrzej Krzeczunowicz (1930-2020) – dziennikarz, dyplomata, pisarz, wieloletni pracownik Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa (1954-1988), ambasador RP w Belgii i Luksemburgu, przy NATO i Unii Europejskiej (1992-1997), prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie (2010-2017)

Janusz Guttner urodził się 5 czerwca 1938 roku w Warszawie. Maturę zdał w Gimnazjum im. Tadeusza Rejtana. Trzy lata studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, potem został absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej.

Debiutował w filmie „Chwila ciszy” Władysława Ślesickiego (1965). Rok później zagrał w „Niekochanej” u boku Elżbiety Czyżewskiej Janusza Nasfetera. Po uzyskaniu dyplomu został zaangażowany w Teatrze Klasycznym w Warszawie, gdzie występował do 1970 roku. Zagrał w filmach „Wycieczka w nieznane” Jerzego Ziarnika, „Gra” Jerzego Kawalerowicza i „Hasło Korn” Waldemara Podgórskiego. Grał również w spektaklach telewizyjnych oraz radiowych. Dwukrotnie wziął udział w festiwalu filmowym w Cork (Irlandia) z filmami „Niekochana” i „Wycieczka w nieznane”.

Od 1970 r. mieszka w Londynie, gdzie pracował jako architekt, projektant, fotograf, dziennikarz i grafik. Jako fotograf objechał pół świata, a jako grafik zaprojektował wiele okładek płyt i plakatów. Nie oznacza to, że porzucił aktorstwo. Wystąpił w filmie „Letter to Poland” oraz krótkometrażowych „High Trade”, „My Friend Ivor” i „High Hope”. Zagrał też w epizodach seriali telewizyjnych: „Soldier, Soldier”, „Kavenagh QC”, „Resort to Murder”, „Touching Evil”.

Przez wiele lat związany z Teatrem Nowym od początku jego istnienia (1982), a później ze Sceną Poetycką (2004) przekształconą z czasem w Scenę Polską.UK, gdzie występuje w różnych rolach – aktora, reżysera i scenografa.

Współpracuje ze Związkiem Pisarzy Polskich na Obczyźnie, przede wszystkim przy Salonach Literackich. Z jego inicjatywy powstał cykl spotkań z poezją wielkich polskich pisarzy. Od młodości pisze wiersze. Debiutował w „Almanachu młodych” pod redakcją Artura Międzyrzeckiego. W 2013 r. ukazał się jego zbiór wierszy „Słowem fotografowane”, a obecnie wyszła książka „Słowem fotografowane oraz ciąg dalszy”. Jest członkiem zarządu Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. W 2016 r. został wyróżniony medalem „Gloria Artis” Zasłużony dla Kultury Polskiej.