Oscar De La Hoya zakończył karierę!

0
0

Foto: EPA/Andrew Gombert

Oscar De La Hoya ocierał łzy, ogłaszając zakończenie rozpoczętej złotym medalem olimpijskim w Barcelonie kariery

36-letni Oscar De La Hoya ocierał łzy, ogłaszając na placu przed Staples Center w Las Angeles, tuż obok swojej statuy i kilka mil od miejsca, gdzie się wychował, zakończenie rozpoczętej złotym medalem olimpijskim w Barcelonie kariery. "Nie ma już miejsca dla mnie w ringu. Koniec tej drogi" – mówił ubrany w czarny, pasujący do okazji garnitur "Złoty Chłopiec".

Dla tych jednak, którzy śledzą karierę pięściarza, który zdobył dziesięć tytułów mistrza świata w sześciu kategoriach wagowych, konferencja prasowa w Los Angeles była tylko formalnością. Pożegnanie z Oscarem odbyło się wcześniej – 6 grudnia 2008 roku w Las Vegas. Ośmieszony w walce z Manny Pacquiao, po poddaniu się w swoim narożniku, "Złoty Chłopiec" podszedł do trenującego Pacquiao Freddy Roacha, swojego byłego trenera, mówiąc: "Przepraszam Freddie. Już nic ze mnie nie zostało".
Kibicom pozostaną teraz w pamięci wspaniałe walki pięściarza, który zarobił w ringu ponad 160 milionów dol., przysporzył stacjom telewizyjnym więcej pieniędzy niż sam Mike Tyson, przyciągnął do boksu nawet tych, którzy nie interesują się tą dyscypliną i pozostawił nas wszystkich z jednym pytaniem: czy był wielkim, czy "tylko" bardzo dobrym pięściarzem?

ZŁOTO DLA MATKI

Kariera Oscara De La Hoi na bokserskim ringu zaczęła się, kiedy miał tylko pięć lat i bardzo chciał naśladować bawiących się w boks dziadka i ojca. Ten ostatni zawsze był dla niego niedoścignionym wzorem. Sam De La Hoya wielokrotnie przyznawał, że zamieniłby wiele tytułów mistrzowskich za akceptację i pochwałę ze strony zawsze wymagającego więcej, niż potrafił dać, ojca. Paradoks sprawił, że Joel De La Hoya okazał Oscarowi swoją miłość dopiero, kiedy jego syn przegrał w 1999 roku z Felixem Trinidadem i dopiero w ostatnich latach swojej kariery związek bardzo silnych indywidualności zamienił się w przyjaźń.
Rodzina, a w szczególności matka Cecilia była dla Oscara źródłem ringowej inspiracji. De La Hoya najpierw płakał ze złości w 1991 roku, bo nie dotrzymał słowa danego umierającej na raka matce i podczas mistrzostw świata nie zdobył złotego medalu, przegrywając z Niemcem Rudolphem. Rok później płakał ze szczęścia na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie, wygrywając w finale i zdobywając złoty medal w pojedynku z tym samym rywalem…

BARDZO DOBRY, ALE CZY WIELKI?

"Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, co przeżywali inni sportowcy, którym przyszło zakończyć karierę – mówił łamiącym się głosem De La Hoya. – Dlaczego z takim trudem przychodzi im porzucić coś, czemu poświęcili swoje życie i pasję, że zawsze im się wydaje, że mogą spróbować raz jeszcze. Ciągle mogę trenować, ciągle walczyć na wysokim poziomie, ale dla kogoś takiego jak ja, który walczył na najwyższym poziomie przez tyle lat, nie jest w porządku wobec fanów wychodzić na ring i nie dać tego, co kiedyś".
Potęga De La Hoi polegała na tym, że wyglądał jak chłopiec z kościelnego chóru, a bił się jak najlepszy z uliczników. Nie tak jak Muhammad Ali, który zamiast zakończyć karierę w 1975 roku po wyczerpującej (15 rund przy olbrzymiej wilgotności i temperaturze 40 stopni Celsjusza!) walce w Manilli z Joe Frazierem, zdecydował się na 10 następnych pojedynków, które zrobiły z niego wraka człowieka. "Złoty Chłopiec" ciągle ma zabójczy uśmiech, to samo poczucie humoru i inteligencję. W odróżnieniu jednak od Alego, który ma na swoim koncie zwycięstwa nad legendami sportu – Frazierem (dwukrotnie), Kenem Nortonem (dwukrotnie), Sonny Listonem (dwukrotnie), Jerry Quarrym (dwukrotnie) i George Foremanem – Oscar w dziesięciu najważniejszych walkach kariery częściej przegrywał, niż wygrywał.
Co zostanie bardziej w pamięci krytyków i fanów boksu: zwycięstwa nad Fernando Vargasem, Ike Quarteyem, Julio Cesarem Chavezem i Pernellem Whitakerem, czy porażki z Shane Mosleyem (dwukrotnie), Felixem Trinidadem, Bernardem Hopkinsem, Floydem Mayweatherem jr., czy wreszcie kompromitująca przegrana z Manny Pacquiao? De La Hoya pokonał w ringu siedemnastu byłych lub obecnych mistrzów świata, z pewnością będzie wybrany do bokserskiej Galerii Sław, ale czy po 45 walkach, z których 39 zakończyło się jego zwycięstwem, można powiedzieć o nim WIELKI?

KRÓL HBO

Po przegranej z "Pacmanem" "Złoty Chłopiec" zdał sobie sprawę, że nie może być dalej pazerny na pieniądze, że te 15 czy 20 milionów dolarów, które z pewnością dostałby za każdego rywala, z którym zdecydowałby się wyjść na ring, nie są mu potrzebne. Tylko jako bokser zarobił w ringu ponad 160 milionów dol., a jego fortunę szacuje się obecnie na prawie pół miliarda dolarów. Jego Golden Boy Promotions jest – a przynajmniej była, kiedy walczył – najbardziej wpływową firmą promocyjną na świecie.
De La Hoya dał zarobić przynajmniej 200 milionów dol. stacjom telewizyjnym, kilkakrotnie przebijając pod tym względem Mike’a Tysona. Zwłaszcza dla HBO, dla której "Złoty Chłopiec" walczył rekordową ilość razy (32), odejście De La Hoi oznacza zakończenie pewnej ery. Ery, w której jeden pięściarz miał taką charyzmę i tylu fanów, że potrafił ściągnąć przed telewizory 2,4 miliona płacących za pay-per-view kibiców i wyprzedać mającą 18 tysięcy widzów salę w niespełna piętnaście minut!
Po tamtej walce, kiedy przegrał z Floydem Mayweatherem jr., miałem okazję z nim porozmawiać. Był jak zawsze grzeczny, choć rozczarowany porażką, uważał, że należało mu się zwycięstwo, ale odniosłem wrażenie, że był i tak zadowolony z olbrzymiego sukcesu promocyjnego. Co chwilę ktoś przerywał naszą rozmowę, gratulując mu pełnej sali i sukcesu komercyjnego i po chwili przegrana z Floydem już nie była dla De La Hoi już taka ważna…

PRZEMEK GARCZARCZYK

Autor: PRZEMEK GARCZARCZYK