Europejski szantaż

110
epaselect epa08557681 European Commission President Ursula Von Der Leyen (L) and European Council President Charles Michel (R) give a elbow shot at the end of a news conference following a four day European summit at the European Council in Brussels, Belgium, 21 July 2020. European Union nations leaders meet face-to-face for a fourth day to discuss plans to respond to the coronavirus pandemic and a new long-term EU budget. EPA-EFE/STEPHANIE LECOCQ / POOL

W Brukseli rozdzielono właśnie unijne środki finansowe na kolejne siedem lat. Choć według tabelek Polska zyska miliardy euro, to jest zbyt wcześnie, by dzielić skórę na tym unijnym niedźwiedziu. Unijni biurokraci zrobili wszystko, by w niezbyt czytelny sposób, ale jednak, postraszyć rządy, które, według nich, łamią prawo.

“Udało nam się to” – tymi słowami przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel rozpoczął konferencję prasową informując o porozumieniu w sprawie funduszu odbudowy i budżetu na najbliższe siedem lat. Unijne ustalenia dla Polski przekładają się na 125 miliardów euro w bezzwrotnych dotacjach i 34 miliardy euro pożyczek. Kompromis został osiągnięty piątego dnia szczytu w Brukseli. Przez owe pięć dni walka trwała nie tylko o pieniądze, ale także o możliwy szantaż, który dotyczy powiązania wypłaty środków z poszanowaniem praworządności – cokolwiek to znaczy. I choć zarówno władze UE, jak i przywódcy krajów z Grupy Wyszehradzkiej, m.in. Polski, przekonują, że osiągnęli sukces, to wygląda jednak na to, że unijnym biurokratom udało się przemycić w zapisach ten polityczny szantaż.
Szef Rady Europejskiej poinformował, że po raz pierwszy w historii poszanowanie dla praworządności będzie kryterium rozstrzygającym przy wydatkach z unijnego budżetu. Zapis, który został wynegocjowany, jest rozwodniony, podkreśla, że chodzi przede wszystkim o wpływ na właściwe zarządzanie funduszami. Nie ma odwołania do artykułu 7 traktatu unijnego, co postulowały niektóre kraje.
Premier Mateusz Morawiecki podkreślił, że w porozumieniu nie ma zapisów o bezpośrednim połączeniu środków unijnych z zasadą praworządności. „Mechanizm, który ma być wypracowany, będzie jednocześnie podlegał walidacji Rady Europejskiej. A Rada Europejska to jednomyślność, to znaczy, że bez zgody Węgier, bez zgody Polski, bez zgody Grupy Wyszehradzkiej nic się tutaj nie zadzieje” – powiedział szef naszego rządu. Nie do końca jednak jest tak, jak mówi polski premier, bo to nie zasada jednomyślności, a większość kwalifikowana będzie decydować, czy np. Polska to kraj praworządny – a jeśli uzna, że nie, to środki do nas mogą nie popłynąć. Wyraźnie mówią to dwa artykuły podpisanego przez wszystkich członków porozumienia. Punkt 22 brzmi: “Interesy finansowe Unii będą chronione zgodnie z zasadami ogólnymi zawartymi w Traktatach Unii, w szczególności zgodnie z wartościami określonymi w artykule 2 Traktatu UE. Rada Europejska podkreśla znaczenie ochrony interesów finansowych Unii. Rada Europejska podkreśla znaczenie poszanowania rządów prawa”. A kolejny punkt precyzuje, kto stwierdza naruszenie: “Na tej podstawie wprowadzony zostanie system warunkowości, mający na celu ochronę budżetu i funduszu odbudowy (Next Generation UE). W tym kontekście Komisja zaproponuje środki na wypadek naruszenia, które zostaną przyjęte przez Radę większością kwalifikowaną”. Co jest większością kwalifikowaną? To sytuacja, w której „za” głosuje 55 proc. państw członkowskich, reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności UE”. W tym wypadku głosy „przeciw” państw Grupy Wyszehradzkiej mogą nie wystarczyć.
Unia Europejska przynajmniej z założenia miała być wspólnotą równych państw, okazuje się jednak kolejny raz, że jest wspólnotą równych… i równiejszych. By udowodnić tę tezę, warto przytoczyć dwa przykłady z naszego, polskiego podwórka. Reformy, które chciał wprowadzić rząd Prawa i Sprawiedliwości, zarówno ta związana z repolonizacją mediów, jak i z reformą sądownictwa, miały wiele wspólnego z tym, co obecnie obowiązuje na przykład w Niemczech. U naszych zachodnich sąsiadów nie do pomyślenia jest, by obcy kapitał był w posiadaniu większościowym jakiegokolwiek medium – gazety, portalu czy stacji telewizyjnej. Niemcy zdają sobie sprawę z siły mediów i możliwości dotarcia z przekazem do ich obywateli, stąd taka ostrożność. Jednocześnie tam, gdzie nie ma takich przepisów, m.in. w Polsce, wykupują wszystko, co się da, i są większościowymi właścicielami potężnych koncertów medialnych.
Repolonizacja mediów autorstwa PiS już jest nazywana przez wielu polityków, zarówno w kraju, jak i za granicą, atakiem na wolność słowa. Podobnie sytuacja wygląda z reformą sądów – w tym Sądu Najwyższego. W Niemczech od lat istnieją zasady, w których sędziów, m.in. do Federalnego Sądu Najwyższego, wybierają… politycy. To co jednak możliwe w Niemczech, w Polsce nazywane jest atakiem na niezawisłość sądownictwa. Geopolitycznie pozostając przy naszych zachodnich sąsiadach warto jeszcze wspomnieć, jak nie po myśli unijnym biurokratom była pomoc finansowa państwa dla LOT-u, stąd przez lata polski przewoźnik lotniczy miał zablokowaną możliwość rozwoju. Tymczasem borykającą się obecnie z problemami niemiecka Lufthansa, zanim zdołała złożyć wniosek, już otrzymała unijną zgodę na pomoc niemieckiego rządu. Unia Europejska nie zrobiła w ostatnich latach nic, by stać się tym, co legło u jej podstaw – wspólnotą gospodarczą, pomagającą wyrównać nierówności społeczne w państwach członkowskich. Zrobiła jednak wiele, by stać się kolejną polityczną machiną, która zamiast marchewki używa kija.