„Pielgrzymka do Ziemi Świętej może być nieprawdopodobnym resetem”

239
Profeto.pl

Rozmowa z ks. Michałem Olszewskim, sercaninem, podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, organizowanej pod koniec maja przez Profeto.pl

Dlaczego trzeba nam wciąż przypominać o bezwarunkowej miłości Pana Boga?

Problem polega na tym, że wiele rzeczy zasłania nam Pana Boga, także w Kościele. Przyjechaliśmy do Ziemi Świętej po bardzo trudnych doświadczeniach w Polsce, związanych chociażby z filmem braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, który odsłonił bardzo poważne skandale. Sytuacje, w których ksiądz krzywdzi najmłodszych. Zobaczyliśmy też, że wiele z tych spraw było ukrywanych czy zamiatanych pod dywan. I oczywiście, że takie sytuacje będą nam przysłaniać Pana Boga. One są bardzo bolesne i w zasadzie nie do naprawienia już, bo tej krzywdy nikt ofiarom nie wynagrodzi. One będą z tym żyły do końca życia. A my, jako wspólnota, czujemy ogromny ból. Do tego osobiste doświadczenia każdego z nas, związane na przykład z sytuacją rodzinną, ekonomiczną, rzeczywistość, która zmienia się w nieprawdopodobnie szybkim tempie. To wszystko sprawia, że my, współcześni ludzie, zatracamy doświadczenie Kościoła, Pana Boga i jego miłości, a także Kościoła jako wspólnoty.

Odwiedzając Ziemię Świętą można na nowo odkryć Pana Boga?

Gdy przyjeżdża się tutaj i dotyka tych wyjątkowych miejsc, staje się na przykład przy kościele Prymatu św. Piotra – wybudowanym w miejscu, w którym, według tradycji, Jezus zakładał Kościół i kazał się nim opiekować Piotrowi – to człowiekowi spada zasłona z oczu, narzucona przez ból i skandale, kulturę masową, przez to szalone życie XXI wieku. Człowiek nagle zatrzymuje się i uświadamia sobie, że przecież to wszystko, o czym czytamy w Piśmie Świętym, naprawdę się wydarzyło. I to jest nieprawdopodobny reset. Ja go dziś przeżyłem stojąc nad Jeziorem Galilejskim. Powiedziałem sobie: Boże, przecież pomimo tego wszystkiego, co się stało, to nic nam nie zabierze wydarzeń, jakie tutaj miały miejsce. Marzę, żeby każdego, nie tylko chrześcijanina, ale każdego człowieka tutaj zabrać. To jest niesamowite doświadczenie. Bycie tutaj odziera nas z tego wszystkiego, co nam tę miłość do Pana Boga zasłania.

A co jeśli nie jesteśmy w stanie tego poczuć? Wierzymy, modlimy się, dotykamy tych świętych miejsc, skał, na których, według tradycji, miały dokonać się te cudowne wydarzenia, i nic… Co jeśli, bardziej od doświadczeń duchowych, zapamiętujemy długie kolejki i na przykład nieznośną temperaturę?

Myślę, że ten wewnętrzny świat, który w nas jest, potrzebuje czasu. I nawet, jeśli w danym momencie coś się nie wydarzy, to mam nadzieję, że przyjdzie taki moment, jak choćby w życiu apostołów. Oni przecież wierzyli bardzo mocno, ale gdy Jezus został zabity, stracili wiarę, że On był Bogiem, i nikt nie był im w stanie tego wytłumaczyć.

I to mimo że wcześniej widzieli cuda, przebywali z Jezusem cały czas…

Tak, jak sobie tutaj siedzimy, niedaleko Jeziora Galilejskiego, to możemy być pewni, że apostołowie przechodzili poniżej, wzdłuż jeziora, i szli na przykład do Kafarnaum. Wierzę w to, że jeśli był taki moment w ich życiu, że stracili wiarę, to żeby ją odzyskać, Jezus kazał im tutaj wrócić z Jerozolimy właśnie do Galilei. Dlaczego? No bo tu już kiedyś byli. Tak samo jest w naszym życiu. Mamy różne etapy, wchodzimy w taki moment, że właśnie nic nie słyszymy. Całujemy te święte miejsca, a nic nie doświadczamy, słowo do nas nie przemawia, Kościół do nas nie przemawia, a to, co się dzieje dookoła, potęguje tylko naszą niewiarę i chłód. Ale trzeba dać sobie czas. Nie można tego dziś załatwić stwierdzeniem: masz chodzić w niedzielę do kościoła. Nie. Należy dać sobie czas. Rok, dwa lata, dziesięć, ile będzie trzeba, żeby usłyszeć Jezusa: „Idź do Galilei, tam mnie zobaczysz”. W tym znaczeniu Galilea to są te wszystkie momenty, w których mieliśmy choć odrobinę doświadczenia Pana Boga.

Wielu z nas, o czym mówi papież Franciszek, a ksiądz to powtarza, stawia się na peryferiach Kościoła. Wyklucza się ze wspólnoty sądząc, że grzechy, jakie popełnili, często uniemożliwiające rozgrzeszenie, wykluczają ich z Kościoła. Ci ludzie, uważają, że „Bóg może i jest miłosierny, ale nie w moim przypadku”.

Oczywiście, że czasem to nasze życie jest tak połamane, z naszego powodu albo ktoś nam je połamie, i nie możemy w tym momencie otrzymać rozgrzeszenia, ale na pewno nie jest tak, że te nasze czyny, choćby nie wiem jak najgorsze, uniemożliwiają nam otwarcie się na Pana Boga. On zawsze nam tę łaskę daje i siebie nam daje. Nawet gdy my uważamy, że jesteśmy gdzieś bardzo daleko, On nie odchodzi. Cały czas się za nami „wlecze”. Przypomina mi się teraz, jak mój tata opowiadał, że w dzieciństwie się z niego śmiali, bo cały czas trzymał się spódnicy swojej mamy. Pan Bóg też nas trochę się tak trzyma. Jest takim trochę żebrakiem. Jeśli okaże mu się choć trochę uwagi, cieszy się jak dziecko. Pan Bóg nie działa od strony ludzkiej, nie jest tym, który poskłada nam rodzinę, która się rozpadła, nie wskrzesi syna, który zginął w wypadku. To są ludzkie sprawy. Pan Bóg chce wejść w relację z człowiekiem, żeby uspokoić jego serce. Chce przychodzić do człowieka z pokojem serca. Szkoda, że my w tym świecie zachodnim w ogóle tego nie czujemy. Natomiast tutaj, na przykład Arabowie, witają się słowami „salam alejkum”, czyli pokój z wami. Żydzi – „szalom alejchem”, co oznacza pokój wam. To samo mówił Jezus po zmartwychwstaniu. A chodzi o pokój serca. My, w tym zachodnim świecie, łapiemy takie flesze tego pokoju serca. A później już za nim tylko tęsknimy.