Pozostanie tu cząstka mojego życia

Bardzo lubiany i szanowany kapłan opuszcza Greenpoint

18
Ks. Marek Sobczak przez 13 lat pełnił funkcję proboszcza parafii św. Stanisława Kostki na Greenpoincie / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

"Jestem szczęśliwy, że na mojej drodze stanęli ludzie, którzy pomogli mi zrobić wiele dobrego dla parafii, i za to Panu Bogu dziękuję" – podkreśla ks. Marek Sobczak, który zakończył swoją 13-letnią duszpasterską posługę w kościele św. Stanisława Kostki na Greenpoincie, gdzie pełnił funkcję proboszcza. Swoją pożegnalną mszę św. odprawił – jak już relacjonowaliśmy – w niedzielę, 12 września.

Pełnił ksiądz posługę duszpasterską i administracyjną w kościele św. Stanisława Kostki na Greenpoincie przez 13 lat. Po tak długim okresie chyba trudno jest się rozstać z parafią, a zwłaszcza z jej społecznością. Wiem, że dla księdza nie jest to pierwsza tego typu zmiana, ale ta chyba następuje po najdłuższym okresie przebywania w jednym miejscu. Jakie emocje towarzyszą księdzu proboszczowi w związku z przejściem do nowej diecezji, a nawet wyjazdem do innego stanu?
Ja należę do Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo, które nie podlega ani pod jedną diecezję, ani pod jednego biskupa. Jako kapłani wędrujemy z miejsca na miejsce i idziemy tam gdzie jest taka potrzeba. Od czasu wyświęcenia zdaję sobie sprawę z tego, że mogę być przenoszony tak jak moi przełożeni uważają. Najtrudniej chyba było mi po pierwszych dwóch latach, kiedy wyjeżdżałem z parafii w Tarnowie, bowiem ten okres pracy kapłańskiej miał bardzo mocny wpływ na moje życie. Tam miałem sporo obowiązków ponieważ parafia liczyła około 40 tys. ludzi. Prowadziłem mnóstwo katechizacji, spotkań z oazą młodzieżową, z oazą tarnowską, z oazą rodzin, miałem całodzienne dyżury w konfesjonale zarówno w ciągu tygodnia jaki i w niedzielę. Tak więc kiedy stamtąd wyjeżdżałem to było mi na pewno żal, tym bardziej, że jechałem tak daleko, do Ameryki. W 1981 roku byłem wyświęcony, a już dwa lata później wysłano mnie do Stanów Zjednoczonych do Prowincji Nowej Anglii, która wspierała księży pracujących dla Polonii. To było najtrudniejsze. Później takim szokiem było to, że po bardzo pracowitym okresie w Tarnowie znalazłem się w parafii w New Haven w stanie Connecticut, gdzie w zasadzie poza niedzielną mszą świętą w języku polskim, na którą przychodziło trochę Polonii i wtedy kościół się wypełniał, to w wciągu tygodnia tej pracy kompletnie nie było. A świątynia była dość duża, prawie takiej wielkości jak kościół  św. Stanisława Kostki. To był taki dramatyczny przeskok dla mnie, ale jakoś to przeżyłem i spędziłem tam 3 lata. Później przez 1,5 roku byłem tutaj na Greenpoincie po czym kolejne 2 lata spędziłem w Concord w New Hampshire. Następnie znowu pojechałem do New Haven, CT, a stamtąd do Utica, NY, gdzie również byłem 2 lata, po czym zostałem przeniesiony do parafii św. Józefa w Ansoni, NY, gdzie przez 12 lat byłem – po raz pierwszy – proboszczem. Tak więc te 13 lat spędzone tutaj, na Greenpoincie, to już była dla mnie taka druga długa tura. Miałem stąd zostać przeniesiony 4 lata wcześniej, ale ludzie wymusili na przełożonym, żeby mnie pozostawił jeszcze na chwilę. Chodziło tutaj głównie o funkcję przełożonego domu zakonnego. W tym przypadku są ograniczenia 3, 6 i 9 lat. Dlatego po 9 latach przełożony musiał prosić o pozwolenie naszego generała, co chyba uzyskał skoro mnie zostawił na kolejne 3 lata. Z kolei w zeszłym roku była pandemia więc poprosił mnie żebym został jeszcze rok i stąd się wzięło te 13 lat, które tutaj spędziłem. Pyta pan czy to rozstanie jest trudne? Na pewno tak, bo nawet po takim krótkim spotkaniu z parafianami, jak w Concord, NH, gdzie byłem 2 lata, też był taki moment, kiedy trudno było odchodzić, ponieważ człowiek poznał pracę i nowych ludzi, którzy byli wierni Bogu i Kościołowi, byli zaangażowani w wiele różnych dzieł, tak więc trudno było to wszystko opuszczać. No ale taka jest nasza praca, nasze powołanie, więc idziemy tam, gdzie i kiedy każą nam iść. Nie mogę powiedzieć, że to nie wpływa na moje emocje. Na pewno jestem troszkę przygnębiony, chociaż najgorzej było na początku, w maju, kiedy to przełożony zakomunikował mi, że zostanę przeniesiony. Najtrudniejsze były pierwsze trzy, może cztery tygodnie, kiedy już chciałem się pakować, usiąść na walizkach i wyjechać, żeby jak najprędzej zakończyć ten etap. Ale to minęło i wszystko wróciło do normy. Wyjeżdżając teraz mam świadomość, że tu jednak pozostanie cząstka mojego życia. Nawet podczas pożegnania, jak ludzie przychodzili do mnie, to starałem się ich wysłuchać, pocieszyć i coś poradzić. Mówiłem, że przecież nie uciekam, że będę tu przyjeżdżał i na pewno będę co jakiś czas gościem na różnych uroczystościach. Pozostawiam tu kawałek swojej pracy, swojego życia, ale zostawiam to z radością, bo wiem, że następca, który tu przyjdzie będzie miał troszkę łatwiej, tym bardziej, że pewne rzeczy zostały już zakończone. Na pewno nie będzie mu łatwo, bo parafia robi się coraz mniejsza. Jednak jestem szczęśliwy, że na mojej drodze stanęli ludzie, którzy pomogli mi zrobić wiele dobrego dla parafii, i za to Panu Bogu dziękuję. Mój czas tutaj się po prostu skończył. Myślę, że nowy proboszcz będzie miał nowe pomysły, bo ja się już troszeczkę wypaliłem. I to jest dobre, bo na nowej parafii mogę powtórzyć – do pewnego stopnia – te same rzeczy, którzy tu robiłem. Tak więc dobrze się składa, że nas tak wymieniają.

Ks. Marek Sobczak jest wdzięczny Bogu za to, że postawił na jego drodze wiele właściwych osób / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Jak ksiądz zapamięta parafię św. Stanisława Kostki?
Jako parafię inną niż te, na których byłem przednio. To dlatego, że tutaj oprócz osób do niej zapisanych i aktywnych, większość ludzi uczęszczających do kościoła czy potrzebujących czegoś z parafii nie jest z nią związana. Ma to związek z tym, że dziadek, albo babcia, albo czasem rodzice tych osób byli chrzczeni w kościele św. Stanisława Kostki, to teraz oni bardzo chcą wziąć w nim ślub lub np. ochrzcić swoje dziecko. Wiele osób przychodzi, bo wie że w naszej parafii zawsze był dyżur i można było przystąpić do spowiedzi rano i wieczorem. Staraliśmy się tego bardzo przestrzegać, a ludzie przyjeżdżali praktycznie ze wszystkich stron Nowego Jorku, z New Jersey, a nawet z Connecticut. Tak więc ta posługa duszpasterska była bardzo ważna, bo w większości parafii spowiedź jest tylko w sobotę po południu. Myśmy ją mieli codziennie rano i wieczorem. To było czasami trudne, ale na pewno bardzo pozytywne dla ludzi. Korzystały z tego osoby, które nie były parafianami, i podobnie było z uczestnictwem we mszach św. Przychodzili na nie ludzie z różnych miejsc i parafii, bo akurat byli przejazdem na Greenpoincie, lub przyjechali w odwiedziny. Tak więc te tłumy, które tutaj wypełniały kościół, to nie byli sami parafianie. Dlatego trudno było od tych ludzi domagać się zaangażowania w pracę parafialną, a to dużo zmienia, ponieważ w takiej sytuacji brakuje wolontariuszy do prowadzenia pewnych dzieł.
Oprócz tego przy parafii funkcjonowało kilka organizacji m.in. Polska Szkoła im. Marii Konopnickiej, czy Krakowianki i Górale, i te najbardziej zaangażowane rodziny właśnie tam się udzielały zamiast angażować się w parafii. Z jednej strony cieszę się, że tak to było, ale z drugiej wiem, że brakowało rąk do tego, żeby zrobić coś konkretnego przy kościele. Była bardzo mała grupka wolontariuszy i ochotników, szczególnie teraz pod koniec mojej obecności. Na początku, jak przyszedłem na Greenpoint to na niedzielnych mszach było ok. 4,5 tysiąca osób. Teraz po pandemii jest ich może ok. 1000. Poza tym, te wszystkie osoby, które się angażowały już wówczas były w średnim wieku, a dzisiaj są starsze albo o wiele starsze. Tak więc trochę sił do tej pracy ubyło. Ogólnie parafia jest bardzo sympatyczna i fajna. Było w niej wiele różnych uroczystości, czy to kościelnych, czy społecznych i publicznych, a nawet państwowych. Właśnie z tego punktu widzenia ta parafia była inna, aniżeli taka typowa parafia w małym miasteczku, gdzie ludzie się znają, wspierają i gromadzą jako grupa parafialna.

Czego księdzu będzie najbardziej żal po odejściu z tej parafii?
Po pierwsze tej różnorodności wydarzeń, bo jak pan sam doskonale wie pojawiali się u nas harcerze i członkowie zespołu Krakowianki i Górale, czasem nawet konsulowie tutaj przychodzili, w jakiś sposób uczestniczyła Polska Szkoła im. Marii Konopnickiej, Liga Morska, weterani, itd. Organizowano tutaj wiele przeróżnych uroczystości i świąt, które były dla mnie dużym przeżyciem. Tego na pewno nie będzie w tej parafii, do której teraz pójdę. Poza tym grupa młodzieżowa czy ministranci oraz ludzie, którzy służą jako kolektorzy i lektorzy w innych parafiach nie są tak liczni jak w kościele św. Stanisława Kostki. Te liczby również dodają pewnego splendoru pracy kapłańskiej. Będzie mi również bardzo brakowało widoku setek dzieci, które siadały na stopniach ołtarza podczas mszy św. dla najmłodszych. Już teraz tego brakowało ponieważ przez pandemię straciliśmy bardzo dużo dzieci, ministrantów, grup młodzieżowych i sporo osób dorosłych. W parafii, do której teraz pójdę tego w ogóle nie będzie, a zakres pracy będę miał dużo mniejszy. W dodatku będzie ona miała inny wymiar ponieważ tam jest dużo więcej pracy przy ludziach starszych i chorych, przy obsłudze domów opieki społecznej, domów starców, a także podczas dyżurów w szpitalach. Dlatego na pewno będzie mi brakowało kontaktu z różnymi grupami i młodzieżą zarówno na spotkaniach, na zebraniach i na liturgii. Poza tym będzie mi również brakowało kontaktu z kapłanami ponieważ na Greenpoincie na początku było sześciu, a czasami nawet siedmiu księży, i mimo że ostatnio ta liczba spadła do trzech, czterech, to zawsze była to bardzo miła i rozumiejąca się wspólnota kapłańska. Jako że jesteśmy z jednego zgromadzenia, to ta współpraca była bardzo sympatyczna i owocna, pełna wzajemnej pomocy, wspierania i wysłuchania się. W dodatku ks. Łukasz z ks. Grzegorzem tworzyli taką rewelacyjną wspólnotę pełną humoru i radości, i tego mi też bardzo żal. W nowym miejscu będzie nas tylko dwóch, a w dodatku proboszcz jest jednocześnie ekonomem naszego zgromadzenia, więc często przebywa w domu prowincjalnym. Tak więc nie będzie możliwości spędzenia dnia wolnego poza parafią, żeby troszeczkę odpocząć. Niestety tam nie będzie takiej wspólnoty jak tutaj na Greenpoincie i tego na pewno bardzo mi będzie brakowało.

Przez parafian jest ksiądz postrzegany jako bardzo przyjazny i ugodowy kapłan, chętny do udzielania pomocy i wsparcia. W ich ocenie jest ksiądz także świetnym proboszczem i gospodarzem. W ciągu tych 13 lat powstało wiele rzeczy, które na pewno będą świadczyły o tym, co ksiądz zrobił dla tej parafii. Są zainstalowane relikwie św. Jana Pawła II i bł. ks. Jerzego Popiełuszki, a także wyeksponowana głowa z jego uszkodzonego greenpoinckiego pomnika. Przeprowadzone są różne remonty, założona klimatyzacja, odrestaurowany jest pomnik ks. Józefa Studzińskiego i ukończonych wiele różnych projektów. Każdy z wiernych ma swoje spostrzeżenia, a co dla księdza jest takim najważniejszym osiągnięciem, takim spełnieniem swojej misji w tej parafii?
To jest bardzo trudne pytanie. Jeżeli chodzi o rzeczy materialne to wydaje mi się, że założenie systemu chłodzenia w kościele. To była najtrudniejsza i najbardziej kosztowna sprawa. Dręczyło mnie to przez kilka lat i nie dawało spokoju ponieważ widziałem jak się ludzie męczą, szczególnie latem. Widziałem i słyszałem jak wiatraki huczą, i w sumie nic nie dają. Jednak zdawałam sobie sprawę, jak bardzo kosztowne i trudne do wykonania jest to przedsięwzięcie. Wtedy jeszcze mieliśmy czynny tzw. dolny kościół, gdzie regularnie odprawialiśmy msze św. w języku angielskim, a także gdzie odbywały się spotkania przeróżnych grup. Bałem się, że ta dolna sala zamieni się w taką piwnicę pełną różnych rur prowadzących chłodne powietrze do górnej części kościoła. Na szczęście Pan Bóg postawił na mojej drodze człowieka, który wraz ze swoimi znajomymi architektami opracował projekt, który potraktowali bardzo prestiżowo. Po jego wykonaniu nawet otrzymali nowojorską nagrodę za jego instalację. To było bardzo trudne przedsięwzięcie, które kosztowało mnie sporo nerwów i wiele czasu poświęconego na rozmowy i przemyślenia. Dzięki temu mamy odpowiedni system chłodzenia i praktycznie nienaruszony zarówno dolny jak i górny kościół. Jestem wdzięczny Panu Bogu za tych ludzi, którzy to zrobili. Ja tylko modliłem się, żeby to wszystko zakończyło się rozsądnie i w odpowiednim czasie.
Drugi projekt, który uważam za bardzo ważny to wymiana okien na plebanii. Już wtedy gdy się tutaj pojawiłem, to okna były w bardzo fatalnym stanie. Były spróchniałe, nieszczelne i miały duże dziury, przez które zimą uciekało ciepło, a latem chłodne powietrze. Walczyłem z myślą o ich wymianie bardzo długo ponieważ to się wiązało z renowacją całej plebanii. Tego projektu również bardzo się bałem, ale udało się go zrealizować i teraz Rada Parafialna oraz parafianie są zadowoleni, że ten budynek wygląda bardzo ładnie. Z kolei my mieszkający i pracujący na plebanii widzimy ogromną różnicę zarówno jeżeli chodzi o wyciszenie, jak i o oszczędność energii, itd. Dlatego uważam, że był to bardzo ważny remont. Natomiast gdy chodzi o drugą stronę medalu, czyli sprawy duchowe to mam satysfakcję z tego, że praktycznie nikomu niczego nie odmówiłem jeżeli potrzebował jakiejś opieki duchowej czy to w sensie rozmowy czy pocieszenia. Podobnie było z jakimikolwiek dodatkowymi mszami św., czy to pogrzebowymi, rocznicowymi, czy też ślubnymi. Zawsze staraliśmy się tych ludzi przyjąć, wysłuchać ich, a nawet wyspowiadać poza godzinami. Tak więc dla mnie osiągnięciem tych 13 lat jest także to, że nigdy nie potrafiłem powiedzieć „nie” komuś, kto o coś prosił, nawet kiedy to nie było może zgodne z moją wolą czy możliwościami. Zawsze starałem się służyć ludziom przychodzącym i potrzebującym właśnie takiej duchowej i modlitewnej pomocy. I to też odbija się błogosławieństwem bożym w życiu parafii i w życiu kapłańskim. Dla mnie sukcesem jest nie to, że przetrwałem tutaj 13 lat, tylko że może poza naprawdę nielicznymi wyjątkami potrafiłem zachować zimną krew i właśnie okazać odrobinę empatii i miłości dla ludzi, i z tego się bardzo cieszę.

Ks. Marek Sobczak był kapłanem bardzo lubianym przez parafian / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

To błogosławieństwo Boże, o którym ksiądz wspomniał jest chyba zauważalne. Przynajmniej ja mam takie wrażenie patrząc na ostatnie ważne momenty z księdza życia. Pożegnanie z parafianami z Greenpointu zbiegło się z beatyfikacją Prymasa Tysiąclecia, a jubileuszowa msza św. związana z 40-leciem kapłaństwa wypadła w Niedzielę Dobrego Pasterza. W dodatku zarówno święcenia kapłańskie jak i ten rubinowy jubileusz zbiegł się ze wspomnieniem św. Marka Ewangelisty, a więc dniem księdza imienin. To chyba są jakieś szczególne znaki.
Ja też tak myślę, tym bardziej, że wracając do początku mojego kapłaństwa, święcenia mieliśmy mieć w trochę innym terminie, ale przełożeni za coś tam ukarali cały nasz rocznik i przesunęli je o tydzień lub dwa. I tak się złożyło, że akurat wypadło to na sobotę, 25 kwietnia, a więc na dzień św. Marka. Ja byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że mój patron tak nade mną czuwał i opiekował się, no i czuwa cały czas. Jubileusz, o którym pan wspomniał faktycznie odbył się w Niedzielę Dobrego Pasterza, a pożegnanie też nie było planowane na niedzielę, 12 września, tylko było w pewien sposób wymuszone tym, że ks. Jan Szylar miał z kolei pożegnanie w Derby. Dlatego ja zostałem tutaj jeszcze tydzień, bo praktycznie już 7 września powinienem być w parafii św. Michała Archanioła w Derby, bo tak jest ustanowione w dekrecie. Tak więc to też są dla mnie takie znaki tej bożej nagrody i miłości, bo możemy mieć wszystko, możemy mieć pieniądze, sławę, cześć, ale kiedy zapragnie bożego błogosławieństwa w życiu, to jet nam wtedy trudno i ciężko.
Myślę, że to błogosławieństwo Pana Boga gdzieś tam jest, a moja śp. mama jakoś je wyprasza. Mama miała raka i dwa lata z nim walczyła. Tydzień przed moimi święceniami zapadła w śpiączkę i zmarła dobę po moich święceniach. Kapłan, który wygłaszał kazanie na pogrzebie i na mojej mszy prymicyjnej powiedział, że ostatnie słowa mojej mamy brzmiały: „Modliłam się tyle, że teraz mogę odejść, bo mój syn jest już kapłanem”. To dało mi dużo do myślenia i jestem przekonany, że mama, która bardzo mnie kochała, i którą ja kochałem, zawsze gdzieś tam jest przy mnie i wspiera mnie, pomaga i wyprasza łaski, bo ja jako człowiek jestem zbyt prosty, żeby te wszystkie sytuacyjne rzeczy samemu wypracowywać. To na pewno wszystko jest łaska boża i ja przynajmniej w to mocno wierzę i za to Panu Bogu dziękuję oraz bardzo często wspominam mamę. Zresztą cała rodzina bardzo mnie wspierała w kapłaństwie i na pewno tak jest i teraz, mimo że tata też już nie żyje. Zmarł w 2010 r. więc już teraz razem pewne są gdzieś tam w niebie. Taką mam nadzieję, i stąd wiem, że mam tam dobrych orędowników.

Na zakończenie naszej rozmowy proszę powiedzieć, gdzie ksiądz będzie pełnił dalszą posługę duszpasterską?
Będę w parafii św. Michała Archanioła w Derby w stanie Connecticut. Jest to malutka parafia, chociaż w niedziele są tam odprawiane cztery msze św., a w soboty wieczorem dodatkowa msza niedzielna, czyli w sumie jest ich 5 podczas weekendu, jednak tylko jedna w języku polskim. Z kolei w ciągu tygodnia jest tam tylko jedna msza w ciągu dnia. Ja będę tam wikariuszem, czyli takim pomocnikiem proboszcza. Będę musiał uczyć się jak być posłusznym ponieważ proboszcz zawsze ma ostatnie słowo do powiedzenia. Ja starałem się być człowiekiem wyrozumiałym i dobrym ojcem dla księży. Zawsze zgadzałem się z ich wolą bo wiedziałem, że na pewno nie wybierają nic co może im zaszkodzić. Natomiast teraz ja będę musiał uczyć się tego pokornego posłuszeństwa w stosunku do przełożonego i wykonywać zadania jakie mi wyznaczy. Prawdopodobnie będę się tam opiekował ministrantami oraz polską szkołą sobotnią, która działa przy parafii. Będę też częściowym kapelanem w szpitalu, który jest w tym miasteczku, ponieważ nie ma on kapelana katolickiego, tylko dojeżdżających tam na wezwania. Posługę pełnią tam trzy parafie, tak więc co trzeci dzień będzie wypadał nasz dyżur. Jest także kilkanaście domów opieki w okolicy, z której są parafianie z tej parafii gdzie będę, czy też z sąsiedniej parafii, gdzie byłem poprzednio. Mam tu na myśli Ansonię, która jest sąsiednią miejscowością do Derby, tak więc na pewno moi byli parafianie też sobie o mnie przypomną i będą prosili żeby ich tam odwiedzać. Niestety nie mam już takich fizycznych sił, żeby tak jak ks. Jan, który był tam wikarym odgarniać śnieg lub kosić trawę. Przez mój reumatyzm troszeczkę opadły mi siły, a dodatkowo mam lekką astmę, która przy pewnym wysiłku od razu powoduje niedotlenienie, kaszel i duszenie się. Więc będę musiał unikać takich fizycznych prac. Być może proboszcz nie będzie z tego zadowolony, ale niestety taka jest moja sytuacja żdrowotna. Natomiast na pewno będę starał się wykonywać to wszystko, co dla dobra duchowego parafii będzie potrzebne.

Dziękuję bardzo za rozmowę. Życzę dużo zdrowia i kolejnych sukcesów duchowych i osobistych na nowym miejscu, w nowej parafii.
Dziękuję bardzo. Ja również panu życzę zdrowia i bożego błogosławieństwa oraz lekkiego pióra.

Ks. Marek Sobczak został przeniesiony do parafii św. Michała Archanioła w Derby w stanie Connecticut / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK