Efekt Putina, czyli w kleszczach inflacji

125
Rachunki za zwykłe zakupy są coraz wyższe FOTO: PAP

Widmo inflacji straszy nie tylko w Europie. W marcu ceny detaliczne w USA wzrosły rok do roku o 8,5 proc. To poziom niewidziany w Ameryce od ponad 40 lat. Co gorsze, jest to szósty z rzędu odczyt, w którym wzrost wskaźnika CPI przekracza 6 proc. W lutym inflacja wyniosła 7,9 proc.

Inflacja bazowa, w której nie uwzględnia się szybko zmieniających się cen energii i żywności, także wzrosła o 6,7 proc. – znacznie powyżej celu 2 proc. wyznaczonego przez bank Rezerwy Federalnej.

Oficjalne statystyki potwierdzają tylko to, co widzimy na co dzień na stacjach benzynowych i sklepach. Ceny paliwa i żywności przebijają przysłowiowy sufit. Rachunki za zwykłe zakupy porażają swoją wysokością. Rosną także ceny wynajmu lokali. I nie jest to tylko problem Ameryki.

Z rekordowymi wskaźnikami inflacji w tym stuleciu zmagają się także gospodarki krajów Europy, w tym Polska (prawie 11 proc.) czy Wielka Brytania (7 proc.). W USA za niemal 20 proc. wzrostu cen odpowiadają wyższe ceny paliw, w tym także oleju opałowego do ogrzewania domów, energii elektrycznej, a także transportu i frachtu. Czynnikiem inflacyjnym jest także niskie bezrobocie, gdyż brak rąk do pracy zmusza pracodawców do podwyższania płac, aby wypełnić wakaty.

ZACZĘŁO SIĘ OD PANDEMII

Inflacja nie pojawiła się wraz z wojną w Ukrainie. Była z nami wcześniej, choć na nieco innym poziomie. Zawdzięczamy ją luźnej polityce monetarnej Rezerwy Federalnej – amerykańskiego banku centralnego – oraz… koronawirusowi. Pandemia wywołała recesję, którą próbowano zwalczać za pomocą transferów socjalnych, często bardzo hojnych, choćby w postaci różnego rodzaju pakietów stymulacyjnych i innych świadczeń. Każdy Amerykanin dostał 3200 dol. w formie czeków stymulacyjnych, a świadczenia dla bezrobotnych sięgnęły 600 dol. tygodniowo. Zwiększono świadczenia food stamps, miesięczne kredyty podatkowe na opiekę nad dziećmi i wiele innych. W kieszeniach Amerykanów pojawiło się sporo pieniędzy, za które nie było co kupić, bo podczas pandemii zakłócone zostały łańcuchy dostaw.

WOJNA, CZYLI ZAKŁÓCENIA I NIEPEWNOŚĆ

Czynnik wojny wprowadza dodatkową niepewność, jeśli chodzi o prognozowanie inflacji. Żyjemy w globalnej wiosce i to, co się dzieje w Chinach czy w Ukrainie, nie pozostaje bez wpływu na ceny na półkach. W tym konkretnym przypadku wiele zależy od elementów światowej gospodarki, które już zdążono nazwać “efektem Putina”. Składają się na nie przede wszystkim ekonomiczne i społeczne koszty trwającej w Ukrainie wojny, a przede wszystkim wysokie ceny surowców i niedobory na rynku paliw. Kreml, który przez dwie dekady usiłował uzależnić Europę od swojej ropy, gazu i węgla, liczy na to, że wysokie ceny energii spowodują wzrost kosztów utrzymania gospodarstw domowych oraz prowadzenia biznesu. Utrzymują się także wysokie ceny frachtu, czyli przewozów towarów, które wystrzeliły w górę w czasie pandemii, kiedy zakłócone zostały łańcuchy dostaw. Sankcje nałożone na Rosję jeszcze bardziej skomplikowały handlową logistykę. Dziś za wynajęcie konteneru trzeba zapłacić kilkakrotnie więcej niż kilka lat temu.

Dziś nie jesteśmy w stanie przewidzieć, w jakim kierunku podążać będą ceny ropy. Jeśli Europa zrealizuje plan uniezależnienia się od putinowskich węglowodorów, trudno będzie oczekiwać spadku cen surowców, bo luki po rosyjskich surowcach nie będzie łatwo wypełnić. Odnotowana w ostatnich tygodniach pewna ulga na rynku paliw może okazać się tymczasowa. Nie należy się też spodziewać radykalnej poprawy na globalnych rynkach żywności, bo wojna w Ukrainie już wpływa ujemnie zarówno na produkcję zbóż, jak i na ich eksport. “Efekt Putina” może zostać z nami na dłużej.

NA DWOJE EKONOMIŚCI WRÓŻYLI…

Ekonomiści spierają się o to, jak długo będziemy zmagać się ze spadkiem wartości pieniądza i drożyzną w sklepach. Wielu twierdzi, że szczyt inflacyjny w USA został już osiągnięty, inni z kolei uważają, że to dopiero początek. Różnice w prognozach wynikają z tego, że obecna sytuacja nie ma precedensu.

Niektórzy eksperci uważają, że inflacja w USA osiągnęła swoje apogeum lub zrobi to w najbliższym czasie. Tak sądzą np. ekonomiści takich wielkich banków, jak Wells Fargo czy Barclays. Ale jeśli chodzi o bardziej szczegółowe prognozy, trudniej już o konsensus. Ian Sheperdson, ekonomista Pantheon Macroeconomics, zakłada w swoim modelu, że za trzy miesiące inflacja spowolni do 6 procent, zaś na początku 2023 zostanie ograniczona do skromnego poziomu 3 procent. “Zbijanie inflacji będzie długie i bolesne” – uważa z kolei Sam Bullard z Wells Fargo. Rozrzut prognoz jest jednak tak duży, że pojawiły się głosy, iż mimo szybkiego rozwoju gospodarki i bardzo niskiego bezrobocia (3,6 proc.) Amerykę czeka recesja. Tak przynajmniej twierdzą ekonomiści Deutsche Bank i Bank of America.

BIOPALIWEM W INFLACJĘ

Jednym z posunięć antyinflacyjnych ma być dopuszczenie do sprzedaży w miesiącach letnich E15 – mieszanek benzyny z bioetanolem, w których alkohol z kukurydzy stanowi 15 proc. objętości. Bioetanol jest tańszy od benzyny, więc cena galonu mieszanki powinna być niższa od typowego paliwa E10, lanego do baków przez cały rok. Odbędzie się to jednak ze szkodą dla środowiska, ponieważ używanie E15 przyczynia się do zwiększania smogu w gorącym klimacie. Ruch ten można raczej odczytać jako zwycięstwo lobby producentów kukurydzy (z której wytwarza się biopaliwa) kosztem lobby naftowego, a nie jako remedium na inflację. Paliwa mogą nawet stanieć o kilka centów na galonie, ale większa ilość bioetanolu to mniejszy areał zasiewów innych roślin, które pomogłyby w złagodzeniu napięć i drożyzny na rynkach żywności. Ten kij ma więc dwa końce.

POWRÓT DO PODWYŻEK (STÓP)

Jednak właściwym narzędziem zwalczania inflacji jest utrudnianie dostępu do pieniądza poprzez podwyżki stóp procentowych, zarządzane przez Rezerwę Federalną. Pierwszą od 2018 roku podwyżkę Fed ogłosił 18 marca – na razie do przedziału 0,25-0,50 proc. Należy się spodziewać, że w maju Rezerwa Federalna podwyższy stopy procentowe o kolejne 0,5 proc. lub nawet jeszcze więcej. Przestrzeń do podnoszenia stóp jest spora, bo dziś stopy znajdują się na bardzo niskim poziomie. To pozostałość po wielkiej recesji z lat 2007-2008 i kolejnych kryzysach. Warto pamiętać, że gdy zbijano inflację na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, stopy procentowe znajdowały się na poziomie kilkunastu procent. Starsi stażem imigranci pamiętają pozostałości tej polityki trwające do lat 90., kiedy stopy zaciąganych kredytów hipotecznych były niebotyczne.

Jednak ubocznym skutkiem podnoszenia stóp i utrudniania dostępu do pieniądza jest wychładzanie gospodarki. Walcząc z wysoką inflacją za pomocą radykalnych podwyżek stóp można zafundować sobie głęboką recesję. Czynników, które mogą wpłynąć na kieszenie konsumentów w Ameryce i siłę nabywczą naszych portfeli, jest naprawdę sporo – poczynając od wojny w Ukrainie i skutków embarga na Rosję, poprzez sytuację na globalnych rynkach żywności i paliw, po skutki zmian klimatycznych. Ciągle nie zakończyła się także pandemia covid-19. Ekonomiści zgodnie twierdzą, że znajdujemy się na nieznanych wodach. A jak to na morzu – po okresach flauty mogą nadejść kolejne sztormy, które wpłyną na kondycję dolara.