Kontrowersyjna bankowa przeszłość przyszłego sekretarza skarbu USA

7

Nominowany na sekretarza skarbu USA Jack Lew tłumaczył się w środę w senackiej komisji finansowej z pracy w Citibanku podczas apogeum kryzysu. Od tego banku, który uniknął bankructwa tylko dzięki pieniądzom podatników, Lew otrzymał 940 tys. dolarów premii.

Lew przez ostatni rok był szefem personelu Białego Domu i prawą rękę prezydenta Baracka Obamy. Ma zastąpić kierującego dotąd Departamentem Skarbu Timothy'ego Geithnera, który odszedł z urzędu pod koniec stycznia.

Lew niemal całą karierę polityczną spędził w Waszyngtonie. Senatorów Partii Republikańskiej interesowała głównie jego przeszłość bankowa, a dokładnie praca dla Citibanku między 2007 a 2009 rokiem w charakterze m.in. szefa spekulacyjnego funduszu, a także fakt, że zainwestował w fundusz z siedzibą na Kajmanach, wyspach uznanych za raj podatkowy.

„Zawsze deklarowałem wszystkie moje dochody i płaciłem wszystkie podatki” – bronił się Lew. Zapewniał, że w 2010 pozbył się akcji w kontrowersyjnym funduszu, które przyniosły mu tylko straty.

Problematyczna dla senatorów była też premia w wysokości 940 tys. dolarów, którą Lew dostał od Citibanku na początku 2009 r., tuż przed swym odejściem z banku, a także tuż przed tym, gdy bank wynegocjował największe w historii wsparcie od rządu w wysokości 478 mld dolarów. Lew bronił się, że „został wynagrodzony za swoją pracę tak samo, jak inni wykonujący tę samą pracę w banku”.

Zapewniał też, że pracując w banku nie brał żadnego udziału w negocjacjach pakietu ratunkowego ani w decyzjach dotyczących spekulacyjnych produktów finansowych. Natomiast dzięki tej pracy „zyskał wiedzę o produktach finansowych” i „głęboką świadomość” w sprawie ryzyk z nimi związanych – przekonywał. To może się przydać, gdyż jako sekretarz skarbu będzie kierował radą organów regulujących, odpowiedzialnych za kontrolowanie systemu finansowego w kontekście ochrony przed podejmowaniem nadmiernego ryzyka

Podczas przesłuchania Lew był też pytany o skuteczność sankcji gospodarczych wobec Iranu. Przyznał, że wie na ten temat zbyt mało, ale podkreślił, że te sankcje „są zdecydowanie lepszą opcją niż wojna”.

Przestrzegał też przed „niebezpiecznymi” dla gospodarki i miejsc pracy skutkami automatycznych cięć w wydatkach publicznych, które nastąpią 1 marca, jeśli obie partie polityczne w Kongresie nie osiągną do tego czasu porozumienia w sprawie działań na rzecz zahamowania wzrostu zadłużenia.

Prasa podkreśla, że choć dyskretny, 57-letni Lew jest prawdziwym „deal makerem”, zdolnym do wynegocjowania z Kongresem trudnych porozumień. To ważne, bo oczekuje się od niego przygotowania pakietu głębokich reform, które mają uporządkować finanse publiczne USA.

Zanim został szefem personelu Białego Domu, był dyrektorem ds. budżetu i wiceministrem w Departamencie Stanu. Brał udział w negocjacjach budżetowych w 2011 roku, gdy podniesiono pułap zadłużenia, a także w grudniowych negocjacjach w sprawie tzw. klifu fiskalnego. Odpowiadał za trudne negocjacje z Kongresem także za prezydentury Billa Clintona, w którego administracji był dyrektorem budżetowym.

Mimo krótkiego epizodu na Wall Street, Lew przedstawiany jest często jako osoba kładąca nacisk na ochronę programów socjalnych dla najuboższych czy bezrobotnych, jak Medicaid. Prasa zauważyła, że kiedy został dyrektorem ds. budżetu w rządzie Obamy, zdjął wiszący w gabinecie portret pierwszego ministra finansów USA Alexandra Hamiltona, ojca amerykańskich finansów, i powiesił obraz bezrobotnego artysty, zaangażowanego w prace publiczne w ramach programu walki z recesją Nowy Ład (New Deal) Franklina Delano Roosevelta.

Lew powinien bez problemu zyskać aprobatę Senatu, gdzie Demokraci mają większość.

Autor: Z Waszyngtonu Inga Czerny, (PAP)