Morderstwo Polaka w cieniu 9/11

81

Tego wieczoru ulice miasta były prawie puste. Nowojorczycy, przykuci do telewizorów, próbowali zrozumieć, jak to możliwe, że ich miasto zostało zaatakowane przez terrorystów, a ukochane wieże WTC – symbol Nowego Jorku – legły w gruzach.

Dla Henryka Siwiaka miała to być mimo wszystko „noc pracująca”. W końcu po to w ogóle przyjechał do USA z Krakowa 11 miesięcy wcześniej – żeby pracować. Nie pił alkoholu, nie miał zbyt wielu kolegów, trzymał się na uboczu. Miał swój cel. W Polsce pracował na kolei, gdzie nadzorował naprawy, ale zarobki były mizerne. Nie miał większych perspektyw na poprawę losu rodziny – żony Ewy i dwójki dzieci – 17-letniej wtedy Gabrieli i 10-letniego Adama.

Jego siostra Lucyna mieszkała wtedy już od 6 lat w Stanach i wielokrotnie go zapraszała. Wreszcie się zdecydował. Przyjechał i postanowił zostać na jakiś czas, nawet bez papierów. Początkowo zatrzymał się w jej mieszkaniu na Far Rockaway na Queensie, a po jakimś czasie przeniósł się zaledwie o kilka ulic dalej. Jak wspomina Lucyna, „uwielbiał wieczorami siadywać nad oceanem”.

Rano 11 września 2001 roku pojechał na dolny Manhattan. Lucyna twierdzi, że pracował tam na „construction”, ale po ataku terrorystycznym jego miejsce pracy zostało zamknięte, podobnie jak większość biznesów w tej części miasta. Według siostry Henryk przeszedł przez Brooklyn Bridge i kierując się w stronę Far Rockaway szedł, dopóki nie dotarł do miejsca, w którym kursowały środki komunikacji. Kiedy dojechał do domu, zaczął przeszukiwać strony z ogłoszeniami o pracy w „Nowym Dzienniku”.

„To był ekstremalny 'tyracz'. Całe jego życie tutaj kręciło się wokół pracy, od rana do wieczora – mówi Lucyna Siwiak o Henryku, który co miesiąc wysyłał do Polski po kilkaset dolarów. – Tego dnia już wiedział, że długo nie wróci do tej pracy i nie mógł sobie wyobrazić, że teraz będzie siedział w domu, więc natychmiast zaczął szukać czegoś nowego”.

Zadzwonił do dziś już nieistniejącej polonijnej agencji na Bay Ridge, gdzie zaproponowano mu pracę przy sprzątaniu supermarketów na nocną zmianę. Chwilę potem pojechał tam, żeby wypełnić odpowiednie formularze i uiścić opłatę za znalezienie pracy. „Właścicielka tej agencji była podenerwowana, bo jej mąż pracował w World Trade Center i ona nie mogła się z nim skontaktować. Henryk ją pocieszał, że wszystko będzie dobrze. Niestety potem się okazało, że jej mąż rzeczywiście zginął pod gruzami wież” – opowiada Lucyna, która potem rozmawiała z pracownikami agencji przez telefon.

Henryk miał podjąć pracę jeszcze tego samego wieczoru, około północy. Miał sprzątać Pathmark przy 1520 Albany Avenue na Flatbush, na Brooklynie. Zdążył jeszcze wrócić do domu i zadzwonić do żony.

„Z naszej rozmowy nie wynikało, że tego wieczoru miał zacząć pracować. Nawet mu mówiłam, żeby nigdzie już nie wychodził tego dnia, bo Nowy Jork może być niebezpieczny – mówi Ewa Siwiak w rozmowie telefonicznej. – Potem się jednak okazało, że późnym wieczorem wyruszył do dzielnicy, której zupełnie nie znał. Pożyczył plan metra od właścicielki mieszkania, w którym mieszkał. Ja z nią później rozmawiałam. Ona próbowała go powstrzymać, mówiąc mu, że to nie jest dobra dzielnica, że to nie jest dobra pora, żeby tam jechać, a już na pewno nie w taki dzień”.

Ale Henryk nie posłuchał. Ubrał się w swój ulubiony strój moro, w którym wyglądał nieco jak wojskowy. Nosił go niemal codziennie, bo twierdził, że jest bardzo wygodny. Po nim miał także go rozpoznać inny Polak, który pracował w Pathmarku. Ok. 9:45 wieczorem Henryk wyszedł z domu, wsiadł w pociąg linii A, wysiadł przy Utica Avenue i ruszył Fulton Street w kierunku Albany Avenue. Najwyraźniej nie wiedział, że Albany Avenue ciągnie się przez pół Brooklynu i Pathmark, do którego zmierzał, był oddalony o ponad 6 kilometrów od miejsca, w którym wysiadł. Nie znał tej części Nowego Jorku. A Bedford-Stuyvesant cieszy się złą sławą. Pełne jest afroamerykańskich gett, gdzie wychowywali się m.in. raperzy Jay-Z, Notorious B.I.G. i Lil Kim – i w których narkotyki, gangi i strzelaniny to wciąż jeszcze część rzeczywistości.

Kiedy doszedł do Albany Avenue, najwyraźniej pomyliły mu się kierunki i zamiast na południe, skręcił na północ.
Nie mógł wiedzieć, że nawet okoliczni mieszkańcy unikają chodzenia tym odcinkiem Albany Avenue – pomiędzy Fulton a Decatur Street. „Tamtędy można chodzić tylko między 7:00 a 11:00 rano. Potem jest się zdanym na samego siebie” – mówi Michelle Bryce, która mieszka na Decatur Street od 1959 roku. Na chodniku w oparach marihuany stoi tam często grupa młodych mężczyzn. Nawet za dnia strach koło nich przejść.

Taką grupę widziano tam także tamtejszego wieczoru. Było koło 11:45. Mona Miller, która mieszka przy 121 Decatur Street, dokładnie w miejscu, gdzie styka się ona z Albany Avenue, twierdzi, że właśnie zajmowała się swoją chorą matką, kiedy usłyszała jakieś hałasy na ulicy. „Usłyszałam podniesione głosy kilku mężczyzn, którzy się kłócili… a potem usłyszałam strzał, a może kilka strzałów. Ale nie podeszłam do okna, bo się bałam. Dopiero później przybiegła sąsiadka i powiedziała, że tam na dole jest policja. Wtedy wyjrzałam przez okno i zobaczyłam mężczyznę, który leżał na chodniku. Miał na sobie mundur khaki, to pamiętam”.

Policja znalazła po drugiej stronie ulicy 7 łusek. Ale tylko jedna kula trafiła Henryka. Została wystrzelona z pistoletu kaliber 0,40 i trafiła go w klatkę piersiową. Torbę Henryka znaleziono na schodkach prowadzących do budynku przy 119 Decatur Street. Najwyraźniej wbiegł po nich szukając pomocy, ale nikt nie otworzył drzwi. Lucyna Siwiak twierdzi, że nic nie zginęło z jego torby, nie wyglądało to więc na napad rabunkowy.
Policja z kolei mówi, że nie trafiła na żadne poszlaki, które wskazywałyby w oczywisty sposób na motyw zbrodni lub prowadziłyby do jej sprawcy.

„Nie mamy żadnych tropów. Ten fragment ulicy, w tamtym czasie, był bardzo aktywny, zarówno jeśli chodzi o narkotyki, jak i napady rabunkowe, do których tam dochodziło. Niestety musiało dojść do jakiejś wymiany ze stojącą tam grupą. A on mówił bardzo słabo po angielsku. Jeśli oni próbowali go okraść, to może nawet nie zrozumiał, czego oni chcą” – mówi detektyw Michael Prate z 79. posterunku, który prowadzi sprawę.

Lucyna ma swoją teorię na ten temat. „On miał na sobie ten strój paramilitarny. Nie miał też typowej słowiańskiej urody. Wyglądał raczej jak Arab lub ktoś z Bliskiego Wschodu. Miał też ciemne włosy, ale jednocześnie jasną skórę” – opisuje wygląd brata. Jej zdaniem możliwe jest, że tego dnia jego wygląd mógł się komuś wydać się podejrzany, zwłaszcza to moro. Może ktoś wziął go za terrorystę?

Policja niczego nie wyklucza. „Na dzień dzisiejszy właściwie wszystko jest możliwe. Chociaż niczego takiego nie słyszeliśmy od osób, z którymi później rozmawialiśmy. W tej okolicy nie ma też przecież żadnych obiektów, które mogłyby potencjalnie stanowić jakieś cele terrorystyczne” – mówi detektyw Prate.

Za udzielenie jakichkolwiek informacji, które mogłyby prowadzić do ujęcia mordercy, wyznaczono nagrodę w wysokości 12 000 dolarów, z czego 10 000 dol. zaoferowało NYPD, a pozostałe 2000 dol. pochodzi od Crime Stoppers.

Mimo to żona Henryka nie ma już żadnej nadziei na to, że sprawca zostanie kiedykolwiek ujęty. Henrykowi nie przywróci to życia, a cena, jaką zapłaciła w konsekwencji tej tragedii, była niewyobrażalnie wysoka. Znała Henryka właściwie od dzieciństwa i jego śmierć przewróciła jej życie do góry nogami. Aby utrzymać dzieci, zrezygnowała z kariery akademickiej i zdecydowała się zostać nauczycielką biologii w gimnazjum.

„Poradziłam sobie, bo jestem osobą samodzielną. Minęło 10 lat i pewne rzeczy jakoś się goją. Emocjonalnie najbardziej odczuł to Adam, który miał wtedy 10 lat. Ja musiałam pracować, zarabiać, i jednocześnie zajmować się dziećmi. Nie miałam czasu się zastanawiać, jak ja się czuję – mówi Ewa Siwiak. – Teraz mam na to czas i czasem jestem tą wymuszoną samodzielnością po prostu zmęczona”.

5 września minęłaby 30 rocznica ich ślubu.

Autor: Ewa Kern-Jędrychowska