Sto niesamowitych lat pana Mariana

429
Marian Perz jest wciąż w świetnej formie ZDJĘCIA: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

Marian Perz, który mieszka w Lodi w stanie New Jersey, urodził się 11 listopada 1920 roku w Poznaniu. W tym dniu w całym mieście zawisły polskie flagi. Poznań zrobił się biało-czerwony, ponieważ tego dnia Polska świętowała drugą rocznicę odzyskania niepodległości. Dzisiaj pan Marian żartuje, że w ten sposób miasto uczciło jego narodziny.

Marian miał dwie starsze siostry Marię i Stefanię oraz dwóch braci Stefana i Adama. Rodzice, ojciec Walenty i mama Józefina, prowadzili w Poznaniu dużą restaurację. To był świetny interes, więc żyło im się dobrze i mieli pieniądze na kształcenie dzieci.

– Stefania uczyła się grać na fortepianie i naprawdę grała świetnie. Marysia z kolei uczyła się języków, oprócz polskiego znała francuski i niemiecki. Z tego co pamiętam, zagrała nawet w kilku polskich filmach – wspomina pan Marian.

Poznań zamienili na Gdynię

W 1930 roku rodzina Perzów przeprowadziła się do Gdyni – miasta, które dla przedwojennego pokolenia Polaków było prawdziwą Ziemią Obiecaną. Niestety, mieli pecha, bo wtedy Polskę i świat dopadł wielki kryzys gospodarczy. Nawet chleba nie było w sklepach.

– Skończyłem szkołę powszechną w wieku 14 lat. Moja koleżanka Daszkowska dostała pierwszą nagrodę dla najlepszej uczennicy, a ja dostałem dostałem pierwszą nagrodę jako najlepszy uczeń wśród chłopaków – pochwalił się Marian Perz.

Po ukończeniu szkoły zaczął pracować. W szkole miał dwóch kolegów, których ojciec był dyrektorem dużej spółdzielni zajmującej się dostawą żywności dla marynarki wojennej i rodzin oficerów. Dzięki tym kolegom dostał pracę w tej spółdzielni. Otrzymał rower z dużym koszykiem i jeździł do ludzi, aby zebrać zamówienia, a potem dostarczyć żywność.

Na pokładzie M/S Piłsudski

Któregoś dnia dowiedział się, że do Gdyni ma przypłynąć z Włoch wielki statek pasażerski M/S Piłsudski, który został zbudowany w Trieście. Kiedy pojechał z kolegami, aby go zobaczyć ten statek, usłyszał informację, że szukają ludzi do pracy. Statek bardzo mu się podobał. Pomyślał więc, że fajnie by było popłynąć nim w świat…

Zgłosił się do pracy. Miał wtedy 15 lat.

– Facet, który ze mną rozmawiał stwierdził, że przecież ja nic nie umiem. Ale po chwili powiedział, że mogę być kelnerem, albo ewentualnie takim chłopakiem od roznoszenia poczty, telegramów i pomagania pasażerom w dotarciu do wybranego miejsca. Zgodziłem się wykonywać tę drugą pracę – opowiadał o drodze do swej pierwszej pracy pan Marian.

M/S Piłsudski pływał z Gdyni do Nowego Jorku i Halifaxu w Kanadzie, więc trochę świata zobaczył. W 1939 roku, gdy wybuchła II wojna światowa, statek wypłynął z Nowego Jorku, ale już nie dopłynął do Gdyni, tylko zatrzymał się w porcie w Szkocji. O losach załogi i pasażerów decydowało wtedy dowództwo brytyjskie. Pasażerowie w większości byli Polakami, ale byli też Duńczycy, Amerykanie, Francuzi i z innych krajów. Po zejściu ze statku mogli wrócić do swoich krajów, jeśli to było możliwe, pociągami.

Kilka dni później M/S Piłsudski popłynął do portu Hartlepool w Anglii. Tam zaczęli go dostosowywać do potrzeb wojska. W tym czasie załoga kilka tygodni spała w hotelu w pobliskim mieście. Nie widzieli, co ich czeka, czy i dokąd będą płynąć. W połowie listopada dowiedzieli się, że niedługo wypływają, ale nie powiedziano im dokąd.

– Statek załadowany różnymi rzeczami dla wojska, także żywnością, wypłynął z portu pod koniec listopada, około  godziny 3 w nocy. Ja spałem na dolnym łóżku – opowiadał pan Marian. – Nagle usłyszałem potężny huk, zatrzęsło statkiem i metalowa rama górnego łóżka spadła na mnie. Straciłem przytomność. Po jakimś czasie oprzytomniałem.  Próbowałem wydostać się z kabiny. Udało mi się i na bosaka wybiegłem na pokład. Statek był mocno przechylony na bok. Było ciemno, bo nie działała elektryka i bardzo zimno, padał śnieg. Na sobie miałem tylko spodnie i koszulę. Dwaj koledzy próbowali spuścić na wodę szalupę. Udało im się, więc wskoczyliśmy do tej szalupy. Kilku innych wcześniej wskoczyło do wody. Na szczęście dosyć szybko pojawił się niewielki angielski okręt wojenny i marynarze wyciągneli nas wszystkich z wody, bo pewnie byśmy tam zginęli. Zaraz po wejściu na pokład dostaliśmy po szklance rumu. Do brzegu było kilka mil. Okręt dopłynął do portu i stamtąd trafiliśmy do szpitala. Pielęgniarki i lekarze zajęli się nami, a mnie od razu wyciągnęli szkło ze stóp. Czaszka była cała, ale widać było, że ta metalowa rama walnęła mnie w głowę. Później dowiedzieliśmy się, że w wyniku wycieńczenia i długiego przebywania w wodzie zmarł nasz kapitan Mamert Stankiewicz. Nikt tego nie wie na pewno, ale to chyba dwie torpedy wystrzelone z niemieckiej łodzi podwodnej trafiły w nasz statek i niedługo potem zatonął. M/S Piłsudski miał płynąć do Nowej Zelandii. Miał tam dostarczyć żołnierzy oraz ogromne ilości żywności dla nich. Najprawdopodobniej Niemcy dowiedzieli się o tym i nie chcieli do tego dopuścić. Po kilku dniach wszystkich członków załogi przewieziono ze szpitala do hotelu. Załoga liczyła około 150 osób. Każdy z nas dostał też kilka funtów na wydatki.

Na pokładzie M/S Batory

Niedługo potem Marian Perz, wraz z grupą kolegów, wsiadł na pokład statku M/S Batory, który przypłynął z Kanady do Anglii. No i popłynęli na Morze Czerwone. Na pokładzie była duża grupa żołnierzy angielskich. Potem wrócili do Anglii. Batory został przebudowany i dostosowany do potrzeb transportu wojska i sprzętu.

– Woziliśmy żołnierzy brytyjskich do Norwegii, a stamtąd zabieraliśmy rannych. Woziliśmy też żołnierzy kanadyjskich z Halifaksu do Gourock w Anglii.

W kwietniu 1943 roku, kiedy Batory po raz kolejny przypłynął do Halifaksu w Kanadzie, wraz z pasażerami zszedłem ze statku. Towarzyszył mi kolegą ze szkoły w Gdyni, Sylwester Wojas. Stamtąd pojechaliśmy do Nowego Jorku. Sylwester zaciągnął się na amerykański statek, który transportował amunicję – opowiedział o swojej drodze do Stanów Zjednoczonych.

Marian zaczął oswajać sie z Nowym Jorkiem. Poznał sporo rodaków, a nawet… przyszłą żonę Lodzię. Słychać było jednak echa II wojny, wielu chłopaków wstępowało do amerykańskiej armii. Marian też postanowił zostać  amerykanskim żolnierzem.

Kopia karabinu na fladze narodowej, otrzymywana tylko przez tych żołnierzy, którzy walczyli na wojnie

Obywatel w amerykańskim mundurze

– Po przejściu 9-tygodniowego szkolenia, mój oddział został przewieziony statkiem do Casablanki w zachodnim Maroku. To był duży statek, na którego pokładzie było blisko dwa tysiące żołnierzy. Nie mieliśmy ochrony, nie towarzyszył nam nawet jeden okręt wojenny. 15 kilometrów na południe od Casablanki, na pustyni, był obóz wojskowy i tam nas zawieziono. Po kilku dniach wsadzono nas do pociągu i pojechaliśmy do Oranu w Algierii, gdzie była wielka baza wojsk amerykańskich. Okazało się, że nie chcieli mnie tam wpuścić, bo… nie miałem amerykańskich dokumentów – wspominał.

Marian Perz w mundurze żołnierza amerykańskiego – rok 1943

Siedmiu chłopaków różnych narodowości znalazło się w podobnej sytuacji. Musieli wrócić z Afryki statkiem do Nowego Jorku. Stamtąd pojechali pociągiem aż do Sacramento w Kalifornii, gdzie była jednostka wojskowa, w której mogli starać się o amerykańskie dokumenty. Kiedy tam dotarli okazało się, że po dokumenty przyjechało blisko 400 młodych żołnierzy. Pochodzili z różnych krajów, ale chcieli służyć w amerykańskiej armii.

– Zaprosili nas wszystkich do dużej sali. W pewnym momencie pojawił się sędzia i powiedział do nas: „Zostaniecie obywatelami Stanów Zjednoczonych, ale musicie zlożyć przysięgę, że będziecie walczyć dla tego kraju“. Złożyliśmy przysięgę i wszyscy dostali obywatelstwo. Tak więc w 1944 roku zostałem amerykańskim obywatelem – podkreślił z dumą pan Marian.

Koszmar na Okinawie

Wraz z  dużą grupą żołnierzy trafił na wyspy w pobliżu Australii. Tam uczono ich walki w dżungli. Z tych wysp, jako żołnierz 27 Dywizji Piechoty, w kompanii wielokalibrowych karabinów maszynowych, trafił na japońską wyspę Okinawa.

Nasza dywizja wylądowała w północnej części Okinawy. Wcześniej okręty i samoloty zbombardowały brzegi.

– Ja obsługiwałem karabin maszynowy i miałem do pomocy dwóch kolegów. Początkowo nikt nas nie atakował, nie usłyszeliśmy nawet jednego strzału. Pomyślałem więc, że nie będzie tu źle – opowiadał pan Marian. – Doszliśmy do sporej góry, zaczęło się robić ciemno, więc zatrzymaliśmy się. Wykopałem dla siebie sporą dziurę w ziemi i zasłoniłem ją połamanymi kawałkami drzew, które znalazłem w pobliżu. Położyłem karabin z boku i usiadłem w tej dziurze. Potem się okazało, że w tej górze były jaskinie, w których ukrywali się Japończycy. Mieli ciężką broń maszynową i armaty. W pewnym momencie zaczęli nas bombardować. W mojej dziurze byłem w miarę bezpieczny. Wielu naszych zginęło i zostało rannych. Niektórzy zaczęli się pchać do tej mojej dziury, tylko że w niej z trudem najwyżej dwóch się mieściło. O świcie ruszyliśmy naprzód. Na ziemi leżały ciała zabitych żołnierzy z naszej jednostki. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu. Tam przygotowaliśmy stanowisko na mój karabin maszynowy. Noc minęła nam spokojnie. O świcie nagle zauważyłem, że przed nami, na polu ryżowym, coś się rusza. Myślałem, że to jakieś zwierzę. Poprosiłem sierżanta, żeby położył się przy moim karabinie, a ja poszedłem do dowódcy. Wziąłem 9 granatów, włożyłem je do hełmu i wróciłem na swoją pozycję. Rzuciłem jeden granat w kierunku, gdzie widziałem te czołgające się cienie. Kiedy rzuciłem czwarty granat i usłyszałem jak wybuchł, nagle zobaczyliśmy japońskiego żołnierza z szablą w ręku, a za nim jeszcze dwóch. Wszyscy byli zalani krwią. Koledzy zaczęli do nich strzelać i padli. Powiedziałem do sierżanta: „Mówiłeś, że mi się zdawało, że tam coś się rusza. Teraz widzisz, co się ruszało“.

Cały czas musieliśmy być gotowi na ewentualny atak Japończyków – podkreślił pan Marian. – Kiedy dotarliśmy do pokrytego krzakami miejsca i zatrzymaliśmy się, nagle obok mnie upadł na ziemię granat. Chwyciłem go i rzuciłem w stronę, skąd przyleciał. Kiedy wybuchł, ciężko zranił dwóch japońskich żołnierzy. Sierżant ich dobił dwoma strzałami z pistoletu. Potem stwierdził: „Nie było wyboru, albo ty jego, albo on ciebie zabije“.

Po kilku godzinach przyszedł rozkaz, że żołnierz Marian Perz ma się stawić u dowódcy kompanii. Jak wspomina pan Marian, pułkownik popatrzył na niego ze zdziwieniem, bo na pewno spodziewał się potężnego faceta, który ma z sześć stóp wzrostu, a on ma niewiele ponad 160 centymetrów, czyli 5 stóp i 4 cale. Pułkownik powiedział mu, że następnego dnia popłynie na Hawaje z japońskimi jeńcami. Z trzema kolegami z  kompanii wsiadł na statek, na którym było około 400 jeńców. Ich zadaniem było dbać o spokój i porządek. Dopłynęli szczęśliwie, nic złego się nie stało. Na Hawajach Japończycy zeszli ze statku i od razu zostali zamknięci w więzieniu.

Statek został oczyszczony. Po kilku dniach weszła na pokład duża grupa żołnierzy amerykańskich i wyruszył na Okinawę. Nie dopłynęli. Coś się stało z silnikiem i statek nie mógł płynąć. Pojawił się holownik, który dopchał statek do portu, no bo trzeba było go naprawić. Żołnierze wrócili do koszar. Kiedy statek już był gotowy do rejsu na Okinawę nadeszła wiadomość, że samolot amerykański zrzucił bombę atomową na Hiroszimę. To było 6 sierpnia 1945 roku. Trzy dni później została zrzucona druga bomba atomowa na Nagasaki. Jak przypomina sobie pan Marian, amerykański prezydent Harry Truman miał powiedzieć potem, że  „jedna bomba atomowa uratowała więcej ludzi, niż ich zginęło“. Chodziło mu o to, że gdyby doszło do planowanej inwazji wojsk amerykańskich na Japonię, to wówczas na pewno zginęłoby o wiele więcej ludzi, niż w wyniku wybuchu obu bomb.

– Wcześniej, 16 czerwca 1945 roku, zakończyła się bitwa o Okinawę. Tam trzeba było walczyć z Japończykami o każdą stopę ziemi. Amerykanie ponieśli ogromne straty w bitwie, ale ostatecznie pokonali Japończyków. To już byl praktycznie koniec wojny. Ja już nie wróciłem do swojej dywizji – podkreślił pan Marian.

Lotniskowiec zabrał z Hawajów dużą grupę żołnierzy i zawiózł ich do San Diego w Kalifornii. Był wśród nich Marian Perz. Prywatne samoloty zawoziły potem żolnierzy do stanów, z których pochodzili.

– Ja poleciałem do Nowego Jorku. Stamtąd pojechałem do jednostki w New Jersey. Otrzymałem dokument, że zostałem honorowo zwolniony ze służby wojskowej. W dokumencie tym odnotowano, że brałem udział w wojnie w północnej Afryce, na wyspach na Oceanie Spokojnym i na Okinawie. Prawie trzy lata byłem w wojsku. Miałem wtedy 26 lat – zakończył swoją opowieść o wojnie Marian Perz.

Nareszcie razem z Leokadią

Po powrocie z wojny Marian zaczął spotykać z Leokadią. Mówił do niej Lodzia.

– Poznałem ją przed wyjazdem na wojnę na zabawie w Polskim Domu na 8 Ulicy na dole Manhattanu. Świetnie mówiła po polsku. Jej mama pochodziła z Poznania. Kiedy wyjechałem na wojnę, pisała do mnie dużo listów, ale po angielsku. Jak dostałem list będąc na froncie, to chłopaki siadali koło mnie i czekali, aż im ten list przeczytam. Teraz  już nie musieliśmy pisać do siebie listów. Szybko wzięliśmy ślub w kościele św. Antoniego w Jersey City – 19 stycznia 1946 roku. Zamieszkaliśmy w wynajętym apartamencie niedaleko kościoła – wspominał pan Marian.

Szukał pracy. Nie miał żadnego fachu, więc nie było mu łatwo znaleźć dobrą pracę. Poszedł więc do szkoły, gdzie uczyli wykonywać meble, ale szybko ją zamknęli. Udało mu się jednak znaleźć pracę w firmie, która przeniosła się z Nowego Jorku do Jersey City. Z młodym Anglikiem pracował na zmianę na dużej maszynie, która wyrabiała aluminiowe puszki na piwo. Pracowałem 6 dni w tygodniu, miał wolne tylko niedziele. Zapotrzebowanie było ogromne i maszyna pracowała bez przerwy. Dobrze zarabiał, bo miał dużo nadgodzin.

Żona początkowo pracowała w firmie, która produkowała różne detale do samolotów. Po pewnym czasie odeszła stamtąd i zaczęła pracować w dużym domu handlowym, który sprzedawał ubrania, zabawki i różne drobiazgi dla dzieci.

Kiedy trochę zarobili, no i przyszło na świat dwóch synów Steven i John, czyli Jasiu, zaczęli szukać domu. W 1956 roku kupili dwurodzinny dom w Lodi, niedaleko Jersey City. Żona zajmowała się dziećmi i domem, a pan Marian dalej pracowałem w tej samej firmie, tylko że w jej oddziale w Clifton. Pracowało tu dużo ludzi, bo firmy piwowarskie potrzebowały dużo puszek, gdyż piwo szło… jak woda. Produkowali miliony tych puszek.

Uczeń w dojrzałym wieku

– W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że czas pogłębić swoją wiedzę i znajomość języka angielskiego, więc zapisałem się do high school w Hasbrouck Hights, niedaleko lotniska Teterboro. W ciągu dnia produkowałem puszki, a wieczorami uczyłem się w szkole. Egzamin końcowy zdałem w wieku 52 lat. Wraz ze mną zdawali ten egzamin młodzi ludzie. Jeden chłopak stwierdził: „Ja jestem tu już trzeci raz, bo poprzednio nie zdałem egzaminu“. Młoda dziewczyna też się przyznała, że już raz zdawała. Siedzieliśmy dosyć długo na tym egzaminie, bo trzeba było odpowiedzieć na wiele pytań. Potem dostałem wiadomość, że zdałem i to z dobrym wynikiem. Członkowie komisji egzaminacyjnej dziwili się, że w tym wieku i to za pierwszym razem zdałem egzamin końcowy. Kiedy odbierałem dyplom, dostałem propozycję podjęcia studiów na Felician College. Stwierdziłem jednak, że nie dam rady, bo muszę pracować, spłacać pożyczkę na dom, utrzymać rodzinę i dom – pochwalił się pan Marian.

13 lat później – jako że zmieniały się realia na rynku – firma zakończyła działalność w Clifton i przeprowadziła się do Georgii. Szefowie zaproponowali panu Marianowi, aby pojechał z nimi i pracował w Georgii, ale on powiedział, że nie lubi się przeprowadzać. No i dodał, że tutaj ma rodzinę, dom, przyjaciół. Niedługo potem  przeszedł na emeryturę.

Rodzina jest najważniejsza

Pan Marian nie ukrywa, że rodzina była i jest dla niego najważniejsza. Tylko że tak szybko najbliżsi odchodzą i coraz bardziej zaczyna mu dokuczać samotność.

– Syn Jasiu chciał być lekarzem, ale nie został przyjęty na uczelnię medyczną. Po skończeniu specjalistycznych studiów na Dickinson University podjął pracę w laboratorium w szpitalu w Englewood w stanie New Jersey. Teraz już jest na emeryturze. Nigdy się nie ożenił, nie ma dzieci. Dzisiaj tego żałuje. Mieszka sam w swoim domu niedaleko mnie. Często się spotykamy – dzielił się wrażeniami pan Marian. – Drugi syn, Steven, skończył tylko high school. Był bardzo zdolny, ale nie chciał się dalej uczyć. Należał do tej grupy młodych, którzy uważali, że szkoła im nie jest potrzebna, bo oni i tak wszystko najlepiej wiedzą. Ożenił się z Włoszką. Mieli syna Christiana. Wyprowadzili się na Florydę. Steven pracował na Florydzie w jakiejś fabryce, ale nie pamiętam jej nazwy. Kiedyś służył trzy lata w marynarce wojennej, a jego syn, czyli mój wnuk, był na służbie w Air Force, czyli w lotnictwie. Steven zmarł na wątrobę w wieku 52 lat. Z wnukiem i jego mamą mam sporadyczny kontakt. Niestety, lata i odległość robią swoje.

Lodzia zmarła 8 lat temu. Miała 82 lata. To była wspaniała kobieta, miłość mojego życia. Przez pewien czas opiekowałem się nią, bo dopadła ją choroba Parkinsona. Niestety, jej stan zdrowia sie pogarszał, nie mogła chodzić. W opiece nad Lodzią pomagała mi, aż do jej śmierci, pani Danuta z Łomży. Mieszkała w naszym domu na dole.

Kiedy wróciła do Polski, ja zostałem sam. Do dziś bardzo mi Lodzi brakuje. Mimo że nie ma jej fizycznie, ona cały czas jest ze mną – podkreślił pan Marian.

Po śmierci żony co roku z synem Jasiem wyjeżdżał na wakacje. Popłynęli kiedyś na wycieczkę statkiem i opłynęli całe Morze Bałyckie. Najpierw dopłynęli do Sztokholmu. Stamtąd statek dotarł do Sankt-Petersburga w Rosji, a następnie do stolicy Finlandii – Helsinek i Tallina w Estonii.

– Niestety, teraz do Polski już nie jeżdżę. Nie mam tam już rodziny, wszyscy zmarli – stwierdził ze smutkiem pan Marian.

Życie przed setką

Drzwi do domu pana Mariana są zawsze otwarte. Chętnie wita każdego gościa, tylko że tych gości jest coraz mniej.

– Miałem dużo przyjaciół. Niestety, wszyscy moi dobrzy znajomi i przyjaciele już zmarli. Ich dzieci na początku mówiły do mnie panie Marianie, a z czasem dla wszystkich zostałem dziadkiem, z czego się bardzo cieszę – zdradza tajemnice codziennego życia pan Marian. – Mam, czy też raczej miałem, dobre kontakty z sąsiadami. Sąsiad Hiszpan, Pablo, wdowiec, kiedyś mnie zaciągnął do klubu seniora w Lodi. Stwierdził, że są tam fajne spotkania, możemy się spotykać z ciekawymi ludźmi i nie będziemy musieli siedzieć sami w domu. Kiedy weszliśmy do tego klubu nagle zrobiło się cicho. Siedziały tam same kobiety. Zaskoczone, że przyszło dwóch facetów, patrzyły na nas jak na zjawisko. Pablo powiedział do mnie: „Popatrz, będziemy tu mieć duże powodzenie“. Poszliśmy tam jeszcze kilka razy. Nie powiem, było fajnie. Po kilku miesiącach Pablo wyjechał, więc przestałem do tego klubu chodzić.

Znałem też fajne starsze małżeństwo, które mieszkało po sąsiedzku. Byli to Żydzi pochodzący z Holandii. Często chodziliśmy na spacery do parku, na kolację do restauracji, a wieczorami grywaliśmy w pokera. Wszystko skończyło się, kiedy ten sąsiad Harry zmarł na zawał serca. Był siedem lat młodszy ode mnie. Żona została sama. Na szczęście ma dwóch synów, którzy są adwokatami. Często matkę odwiedzają.

Mam też znajomego, z którym wiele razy bywałem w Atlantic City. Zaglądaliśmy do kasyn, aby pograć na maszynach. Nie jestem nałogowym graczem, ale od czasu do czasu lubiłem zagrać. Raz wygrałem kilkaset dolarów, innym razem przegrałem, po prostu dobrze się bawiłem. Teraz, w okresie pandemii, mało kto jeździ do kasyn. Niektóre zbankrutowały.

Pan Marian przyznał się, że telewizję rzadko ogląda. Czyta za to dużo książek i gazet, które przywozi mu syn Jasiu. Od czasu do czasu wypije piwko i idzie popracować do ogródka, no bo ogródek musi być zadbany. Sam kosi trawę. Od pewnego czasu przychodzi młody Polak, Tomek, i on wykonuje różne prace w ogórdku, z koszeniem trawy włącznie.

– Jestem zdrowy, nic mi nie dolega. Koronawirus trzyma się ode mnie z daleka. Powiedziałem kiedyś synowi, że gdyby dopadła mnie jakaś choroba i musiałbym leżeć w szpitalu to lepiej niech mi pozwolą szybko umrzeć. Dziękuję Bogu, że przeżyłem sto lat! – podkreślił pan Marian.

Marian Perz z dyplomem potwierdzającym otrzymanie najwyższego odznaczenia wojskowego w stanie – Medalu za Wybitną Służbę Stanu New Jersey

Wojna czasami powraca

– Samotność nie jest dobrym przyjacielem – twierdzi Marian Perz. – Kiedy siedzę sam na ławce, zastanawiam się nad tym, co by tu zrobić, żeby poprawić sobie humor.  Czasami wracają wspomnienia z wojny. Przypominam sobie sytuacje, kiedy kryliśmy się przed kulami, kiedy dochodziło niemal do walki wręcz z Japończykami. Przypominam sobie kolegów, z którymi byłem w kompanii i zginęli. Do dziś pamiętam ich twarze, a nawet imiona i nazwiska. Cóż, minęło… Dobrze, że minęło…

W 2015 roku Marian Perz otrzymał certyfikat potwierdzający, że został przyjęty w poczet Stowarzyszenia Weteranów Wojennych w USA

8 lipca 2002 roku Marian Perz został doceniony za swoją służbę w armii amerykańskiej. Z przyjemnością gratuluję Panu otrzymania najwyższego odznaczenia wojskowego stanu New Jersey – Medalu za Wybitną Służbę Stanu New Jersey (The New Jersey Distinguished Service Medal). Doceniam Pana służbę dla naszego wielkiego narodu. Odwaga, jaką Pan się wykazał, wystawiając życie na szalę w obronie wolności, przyniosła Panu wieczną wdzięczność naszego kraju. Uniósł Pan wielki ciężar służby spoczywający na Pana barkach, którego przykładem było męstwo i patriotyzm – napisał na specjalnym dyplomie kongresman Steven R. Rothman.