Bardzo lubię Greenpoint

0
7

Co pamiętasz z pierwszego pobytu w Nowym Jorku w roku 93?

Ciebie. Pamiętałem cię z Krakowskiego Przedmieścia. Zawsze mnie denerwowałeś swoją nonszalancką postawą, przechadzając się tamże. Nie lubiłem cię właściwie bez powodu – za sam wygląd i entourage. Spotkaliśmy się na koncercie u Leszka Świerszcza w Cricket Club, no i to było jedno z ważniejszych wydarzeń. Wtedy też bodajże poznałem Darka Szurleja, który zaprosił nas do siebie do domu. I generalnie pamiętam miasto, które jest zupełnie niesamowite, zjawiskowe. Niekoniecznie chciałbym tam mieszkać, ale raz na jakiś czas lubię zawitać. Jest to – powiedziałbym – ogromne estetyczne przeżycie. Cieszę się na wyjazd ponieważ dawno mnie tam nie było. A co jeszcze z tego pierwszego pobytu? Byłem już w Stanach Zjednoczonych ponad dwadzieścia razy, więc troszeczkę mi się wszystko zlewa. Który wyjazd był którym… Natomiast jest piosenka Kultu pod tytułem „Na Zachód”, która dokładnie o tym czasie mówi, jak u Faziego spędzaliśmy czasy nocne i poranne też.

Te ptaki o świcie to chyba u mnie na Brooklynie dopiero się budziły…

Nie, jasno już było jak wracaliśmy z Manhattanu taksówką. Ja jeszcze, pamiętam, usilnie namawiałem Faziego, żeby jechał z nami na lotnisko, nie bardzo znając realia i nie potrafiąc określić tych odległości, które macie w Ameryce. Wydawało mi się, że pojechać na lotnisko to tak jak pojechać na Okęcie ode mnie z domu na przykład.

A wyście zdaje się z Newarku lecieli?

Tak, z Newarku. W każdym razie Stany Zjednoczone wydały mi się zupełnie inne niż je sobie wyobrażałem. Chodzi o takie prozaiczne rzeczy, że nie można się piwa napić w samochodzie – to było bardzo dziwne zjawisko dla mnie. Ale generalnie pamiętam bardzo, bardzo pozytywnie ten pierwszy wyjazd. Mieszkaliśmy w dosyć porządnych warunkach, ponieważ te słabe warunki Republika zajęła, w Irvington, a myśmy mieszkali w jakichś lepszych miejscach w New Jersey. Codziennie rano wycieczka do Nowego Jorku. Myśmy tam byli praktycznie o ósmej-dziewiątej rano. I chodzenie aż do zdarcia podeszew właściwie. Zjawiskowy świat, kompletnie inny niż Europa.

To ile razy nas już odwiedzałeś?

W sumie byłem 22 razy.

A czy nie było tak, że przez pewien czas w Stanach czułeś się jak u siebie w domu? Podobnie jak dla Polaków, którzy tutaj mieszkają na stałe, były twoją drugą ojczyzną?

Bez przesady. Często bywałem. W latach 90. nawet cztery razy do roku. Ale nigdy nie czułem się tam jak u siebie. To jest kompletnie obca kultura. Dużo bardziej zorganizowana i rzekłbym pruska, umundurowana – czego w ogóle się nie spodziewałem. Zupełnie odmienna od bałaganu europejskiego i polskiego tym bardziej, z którego wyrastam. W tak porządnie zorganizowanym społeczeństwie troszeczkę mi trudno. Z władzą jakiejkolwiek proweniencji nie ma właściwie żadnej dyskusji. U nas jest: „No, ale panie władzo jak to tak? Może coś teges? ” – i pan władza czasami idzie na rękę. W Stanach Zjednoczonych kwestia „it’s against the rules” to słowo boże niemalże i po prostu nie ma dyskusji. Ale zawsze z miłą chęcią przyjeżdżałem. Bo na przykład jest ogromna oferta kulturalna. Ja zbieram płyty i filmy – takich rzeczy w Europie nie ma. W Anglii czy jeszcze na początku lat 90. w Polsce, potrafiłem się zagłębić w sklepie, w jakieś kopalnictwo płytowe czy filmowe, ale teraz to już tylko w Ameryce jest możliwe.

W Ameryce też powoli giną te sklepy, wszystko się przenosi do internetu. Chociaż jeszcze parę zostało, także będziesz miał szanse pogrzebać.

Jeszcze dwa lata temu jak byłem, Darek mnie powoził i trochę tego jest.

A co cię tu bardziej ciągnęło: miasto czy ludzie? Poznałeś mnóstwo osób, część nawet trafiła do twoich piosenek, z najsłynniejszą Natalią w Brooklynie na czele. Skąd się wzięła „Natalia w Brooklynie”?

Nie chodzi o żadną konkretną osobę. Myśmy z El Dupą bardzo długo mieli zasadę, że nie robimy żadnych prób, piosenki powstają w trakcie koncertów, ewentualnie na próbach przed koncertami. Oni zapodali jakiś taki układ harmoniczny, że to jest niby podobne do piosenkarki, która się nazywa Natalia Imbruglia, i mówią zrób coś, niech będzie Natalia Imbruglia, a właściwie może być Natalia in Brooklyn, w Brooklynie, bo to brzmi podobnie. Cała historia została wymyślona, włącznie z tym, że ona jest z Łomży, skąd zresztą mój wujek Grey pochodził, a ponoć na Greenpoincie najwięcej jest ziomali łomżyńskich – nie wiem czy to prawda, ale tak gdzieś słyszałem. Oczywiście, poznałem ciebie, poznałem Darka i Basię Szurlejów, Janka Ambroziewicza, Małgosię Zawadkę, i to są niezwykle istotne osoby w moim życiu. Jesteście mi niezwykle bliscy, a reszta to tacy znajomi. Jeszcze Łukasz Bułka pamiętam był fajny, tylko, że on wrócił do ojczyzny. Ale parę przyjaźni się zawiązało takich, które tu, w kraju, nie miałyby możliwości się zadzierzgnąć, a tam się tak stało.

Dlaczego tak się stało, że spotkałeś ludzi ci bliższych w Stanach niż w Polsce?

To nie jest tak. Równie bliskich. W Polsce też mam małą grupkę ludzi bliskich. Natomiast odległość jaka nas dzieli powoduje, że znajomości są intensywniejsze. Jak się kogoś ma kilometr od domu czy pięćset metrów, nie ma takiego ciśnienia, żeby się spotykać. Natomiast my się spotykamy rzadko, ale w sumie jest to chyba więcej. Na przykład z Darkiem i Basią jest to dużo więcej niż z kimkolwiek w Polsce. Mimo, że trwa tylko kilka czy kilkanaście dni w roku. Ty teraz słabo masz z poruszaniem się, ale tak samo było. Mam nadzieję, że sprawa zostanie rozwiązana bardzo szybko. Jak słyszę – wszystko idzie ku dobremu. Więc te przyjaźnie są intensywniejsze, bo spotkania są rzadsze.

Ale w „Natalii” występują też chyba postacie autentyczne. Jakiś Raul czy Kraul – dokładnie nie usłyszałem, który się jakimś handlem zajmuje, kradzionymi samochodami czy coś?

No jest taki Raul, ale ja o nim i o tych jego zajęciach wiem tylko tyle, co zasłyszałem. Tak sobie wymyśliłem, że Natalia z Latynosem się związała, który różnymi interesami szemranymi się zajmuje, albo mniej szemranymi, to zależy, może jest potrzebny w pewnych kwestiach. Łukasz Bułka też się tam pojawia z Nowego Dziennika. Zresztą ja bardzo lubię Greenpoint, mam nawet taki film, który kiedyś nakręciłem jak tam sobie chodzimy z dziećmi i Przegląd Sportowy w środę można dostać z wtorku na przykład. Tak, że na paru podmiotach autentycznych, które znam lepiej bądź gorzej, została zbudowana zupełnie fikcyjna historia. Jak się okazało zresztą – jakaś dziewczyna w Nowym Dzienniku napisała, którą mój kumpel Krzysio Janicki geografii uczył – jest to bardzo dobra diagnoza młodej osoby na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Posłużyłem się w zasadzie tylko wyobraźnią i mi się udało.

W twoich tekstach ironia miesza się z sentymentem i jeśli ktoś cię nie zna, często interpretuje je opatrznie. Wielu moich kolegów uważało na przykład, że utwór „Andrzej Gołota” to kpina z pana Andrzeaja, a ty przecież byłeś jego wielkim fanem. Kiedy pisałeś „Natalię” chciałeś, żeby to był kawałek pogodny czy raczej satyryczny?

Miał być prawdziwy. Jestem człowiekiem mocno zakorzenionym w miejscu, z którego pochodzę i bardzo duży szacunek czuję do ludzi, którzy potrafili wyjechać, często byli do tego zmuszeni, z różnych powodów, bo tutaj był generalnie chuj, dupa i kamieni kupa. Ale jak mi Sławek Pietrzak kiedyś powiedział, a on sam był emigrantem przez kilkanaście lat, co prawda trochę bliżej, ale jego status prawny bardzo przypominał nielegalny pobyt w Ameryce, że to jest jak powtórne narodziny taki wyjazd. Mnie nie byłoby stać na coś takiego, żeby przyjechać i zaczynać od zera, w miejscu, gdzie etos kulturowy nie jest moim etosem, mówią językiem, w którym się nie poruszam zbyt sprawnie. Może się dogadam, ale mam zawsze wrażenie, że nie do końca. To samo zresztą jest w Hiszpanii, gdzie teraz pomieszkuję, że nie do końca potrafię powiedzieć, co naprawdę myślę. To mogę wyrazić tylko po polsku. Tak, że podziwiam was wszystkich emigrantów za odwagę i energię.

W jakich jeszcze utworach pobrzmiewają echa nowojorskie, czy mówiąc szerzej amerykańskie, bo zahaczyłeś również o Chicago parę razy?

„Komisariat 63” – to jest zresztą historia, którą mi opowiedziałeś, o chłopcu, w taki a nie inny sposób wmanewrowanym przez policję w jakieś przykre sytuacje. „Na Zachód” jest piosenką podstawową. „Zagubiłem się w mieście” – to taka piosenka trzyczęściowa na płycie „12 groszy”. Zresztą ty jesteś też jej bohaterem. Opowiada, jak kiedyś w Chicago pojechałem po ciebie nie swoim samochodem na lotnisko, nie O’Hare, tylko to inne, na drugi koniec miasta, i wracając żeśmy zabłądzili w jakimś szemranym kwartale miasta. Trudno mi tak teraz na gorąco wymyślić, które jeszcze… Spędziłem tam w sumie kilkanaście miesięcy, więc coś mi się odbija, ale tak na zawołanie teraz nie powiem.

Niedawno mieliśmy okrągłą rocznicę zamachów na World Trade Center. Ja jestem starym cynikiem, ale muszę ci powiedzieć, że jak oglądałem filmy dokumentalne wtedy kręcone, to miałem łzy w oczach. Byłem tam zresztą jako dziennikarz 11 września, parę dni temu, rozmawiałem z rodzinami ofiar. W nowojorczykach nadal to wspomnienie tkwi bardzo mocno i niejako definiuje ich w dużym stopniu. Jak ty wspominasz tę masakrę sprzed 10 lat?

Dla mnie to było coś niesamowitego, bo jeszcze dwa tygodnie wcześniej byliśmy przecież na tych wieżach, na górze. Mam jeszcze film wideo, na którym snujesz wizje, co by było, gdyby nastąpił atak terrorystyczny, i by je zburzono. Wizje są takie, że następuje ruina gospodarki światowej, bo tam są giełdy, różne instytucje finansowe. Pojechaliśmy na górę, gdzie, jedyny raz, moja niezawodna kamera wkręciła taśmę i ją porwała. Daleki jestem od metafizycznych skojarzeń, ale – jak się mówi „ale”, to się zaprzecza temu, co się powiedziało wcześniej – coś tam wisiało w powietrzu. Myśmy zaraz potem wrócili do Polski i dwa tygodnie później Piotrek Wieteska do mnie zadzwonił, że jakiś samolot, awionetka prawdopodobnie, uderzył w jedną wieżę. Natychmiast zacząłem nagrywać i czasem to oglądam, taką kompletnie chłodną relację, chociaż dzieje się wielka tragedia. Padają dwa najbardziej reprezentacyjne budynki w Nowym Jorku, do tego jest atak na Pentagon. Przez pierwszych pięć-sześć godzin nie wiadomo, o co chodzi. Wyglądało na to, że jest jakaś ruchawka prowokująca III wojnę światową. Dużo krążyło informacji fałszywych, że tych samolotów było więcej. Ja osobiście czułem, że Nowy Jork stracił coś bardzo ważnego. Lubiłem te wieże. Zawsze jak nie wiedziałem gdzie jestem, patrzyłem na World Trade Center i wskazywały, w którym kierunku iść. Byłem tam rok później i zupełnie nie potrafiłem się odnaleźć. Ale podoba mi się w Amerykanach, że po czymś takim, miasto – w moim odczuciu – dosyć szybko wróciło do normalnego życia. Nie było nieustającej traumy jak u nas po Smoleńsku, gdzie się to międli w nieskończoność. Tam tragedia miała miejsce, ale wszystko zaczęło normalnie działać. I za to ich podziwiam, bo są tacy, że jaka by się chujówka nie stała, życie leci dalej, działamy dalej. To jest bardzo pragmatyczne, no i fajne.

Jak ci się występowało w legendarnym CBGB? Czy to był twój ulubiony koncert na ziemi amerykańskiej?

Ja tego koncertu jakoś nadzwyczajnie nie wspominam. Był krótki, dziesięć numerów tylko zagraliśmy. Pamiętam, że dobrze brzmiało, ale milej wspominam pierwsze koncerty w Chicago, w nieistniejącym już… Rainbow Theater się chyba nazywało to miejsce, czy w Exicie, a nawet u Leszka Świerszcza w tym Crickecie nie bardzo reprezentacyjnym, bo będącym właściwie restauracjo-dyskoteką. Ale fajnie tam się grało. CBGB’s było – poza genialnym brzmieniem – krótkim koncertem. Zresztą funkcja tego klubu jest taka, że byliśmy jednym z wielu zespołów, które wystąpiły któregoś wieczoru i specjalnie nie mam sentymentu. Aczkolwiek zdjęcia są fajne i nawet na paru płytach były fragmenty tego koncertu. Mieliśmy jednak w Stanach fajniejsze.

Dlaczego KNŻ się rozpadł i dlaczego się reaktywował?

Po pierwsze wydawało mi się, że nie ma dalej patentu na muzykę. Nie bardzo mi się chciało takie „rage against the machinowe” kawałki dalej kombinować. Poza tym odszedł Lica, a z Olafem jakość była przynajmniej o jedną ligę niższa. I wydawało mi się, że jestem stary, fizycznie nie dam rady czegoś takiego ująć. Dlaczego KNŻ się zszedł? Ponieważ Lica się zgodził zagrać, ja przestałem myśleć, że nie dam rady. Obejrzałem koncert i zobaczyłem, że to jest zawodowa propozycja. Zawsze powtarzam, że u nas w ojczyźnie KNŻ właściwie nie ma konkurencji jeśli chodzi o wydanie koncertowe, więc skoro jeszcze jest trochę siły, a teraz schudłem o 20 kilo i lepiej się trochę prowadzę, jakkolwiek nie jest to jeszcze ideał, dajemy radę i warto było. Poza tym skład personalny jest bardzo przyjemny.

Skład personalny jest oryginalny: Burza, Kwiatek, Lica, Tomek i ty.

No tak, oryginalny jest. Znaczy był trochę inny na samym początku, ale to się jeszcze wtedy nie nazywało KNŻ.

Radzisz sobie kondycyjnie, mimo że przez ten czas robiłeś rzeczy bardziej wyciszone, jak piosenki Brechta, Waitsa i inne tego typu projekty?

Radzę sobie. To jest tylko kwestia higienicznego trybu życia. Jak staram się o tym pamiętać, nie ma żadnych problemów. Kiedy czasami zapominam, wtedy się pojawiają. Ale naprawdę warto było i warto jest. Właśnie weszliśmy do studia. W dwa dni nagraliśmy cały materiał, na żywo. Ja nie lubię autoreklamy, takiego: kupujcie moje kartofle, bo są najlepsze. Szczerze mówiąc dosyć wolno podchodziłem do tych piosenek, które teraz zrobiliśmy, ale jak je usłyszałem, jestem przekonany, że powstaje najlepsza płyta KNŻetu.

To jest tak samo energetyczna i ostra muza jak była?

Myślę, że zrobimy dwie różne płyty wydane jako jedna, ale będą miały dwa podtytuły. Jedna jest bardzo punkowa, taka „ramonesowo-dead kennedysowa”, a druga cięższa: Doors, Joy Division niemalże. Tak, że gramy z jednej strony dużo szybciej i lżej, a z drugiej – dużo wolniej i ciężej.

Czy w tekstach jest mowa o polityce? Bo tej polityki zawsze było u ciebie sporo.

Jest. Trochę jest.

A mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy?

Nie lubię gadać o swoich tekstach. Jedna rzecz, o której mogę powiedzieć, to straszne rozdarcie, które tutaj nastąpiło. Ten biało-czerwony sztandar się rozdarł na pół, czerwień z bielą w żaden sposób nie chce się porozumieć i jeszcze ku gorszemu idzie. To jest straszne, bo ludzie przestają ze sobą rozmawiać tylko i wyłącznie z powodów takich, jak przekonania polityczne. One definiują całe nastawienie do drugiej osoby: czy się kogoś lubi czy nie. Staram się na to patrzeć trochę z boku i znajdować racje, albo i nie znajdywać, obu stron, ale fatalnie to wygląda i fatalnie to odczuwam. Nie twierdzę, że mamy sytuację, w której nastąpi wojna domowa jak w Hiszpanii w 36 roku, ale na poziomie emocjonalnym jest bardzo blisko.

Ty też się prztykasz w mediach na tematy polityczne, na przykład z Tomkiem Lipińskim.

Pierwsze słyszę, żebym ja się prztykał z Tomkiem Lipińskim…

Ostatnio była między wami polemika na temat pomnika prezydenta Kaczyńskiego.

To nie była polemika. Ktoś mnie zapytał, czy należy się prezydentowi Kaczyńskiemu pomnik, to powiedziałem, że tak, należy się, zginął na posterunku. Generalnie nie był najgorszym prezydentem – moim zdaniem. Obecny jest sporo gorszy i więcej gaf popełnia, za które by Kaczyńskiego rozjechali czołgami i zadeptali. Nie demonizuję też rządów PiS-u, kiedy sprawowali władzę, ale nie znaczy to, że ich popieram. Głosowałem na Platformę Obywatelską, i z tego powodu jest dla mnie dużym rozczarowaniem całe spektrum niespełnionych obietnic, choć człowiek czterdziestoośmioletni, o jakiejś tam inteligencji, powinien wiedzieć, że wyborczych obietnic się nie spełnia. Natomiast nastąpiło u mnie powtórne zrozumienie pewnych rzeczy: że politykom nie należy wierzyć i na wybory nie idę. Chodzenie na wybory nie jest żadnym obowiązkiem. Masz prawo być recenzentem tego, co rząd robi, ponieważ utrzymujesz ten rząd, płacisz podatki i to jest najważniejsza kwestia. Nie to, czy się głosuje, ale fakt, że z twoich pieniędzy oni się dobrze bawią, albo lepiej lub gorzej pracują. Ja, oprócz wyborów parlamentarnych przyspieszonych cztery lata temu, jeśli już szedłem, zawsze oddawałem głos na kogoś od Korwina-Mikkego. A potem się dowiaduję, że taki głos jest właściwie zmarnowany i mógłbym zostać w domu. To ja sobie teraz zmarnuję ten głos w przyjemniejszy sposób.

Z jakim programem przyjeżdżacie? Możemy się spodziewać wielu nowych kawałków?

Jutro gramy w Gdyni i jeszcze nie wiemy co. Właściwie należałoby ograć te numery, ale bardzo dużo ludzi, z którymi utrzymuję kontakt internetowy, z naszego forum, mówi, że oni nie mają przyjemności słuchać nowych numerów zanim ukaże się płyta. Wolą dostać płytę i posłuchać wszystkich premierowych utworów, bo wiadomo, że jeśli je zagramy, natychmiast pojawią się w wersjach koncertowych na YouTubie. I tak się zastanawiamy. Może ze dwa, trzy nowe zagramy, a cała płyta będzie zaprezentowana w wersji live dopiero po ukazaniu się. Ale będziemy pewne drobne znaki pokazywać.

Super. Dziękuję panu bardzo.

Ja też dziękuję panu bardzo.


ROZMAWIAŁ: PIOTR MILEWSKI


Kazik Na Żywo wystąpi w piątek 30 września o godz. 8 wiecz. na estradzie Warsaw (Polski Dom Narodowy, 261 Driggs Avenue przy Eckford Street, tel. 718-387-5252).

Autor: PIOTR MILEWSKI