Felieton: Teren nieogrodzony – Polskie braterstwo penisa

49

Nie jestem fanką telewizji, nadto nie mam polskiej kablówki, więc o "Warsaw Shore" dowiedziałam się – po wielkim niewczasie – dopiero ze stronic lutowej "Polityki". I wpadłam z głową: w reportaż w tygodniku, w aferę wokół show, przede wszystkim zaś w wątek o nazwie: "Polski klub penisa: czasy współczesne".

Dla niewtajemniczonych szybkie wyjaśnienie. „Warsaw Shore” to reality TV, w którym grupa młodych ludzi zakwaterowana w jednym domu (luksusowa willa w warszawskiej Falenicy), urządza pijatyki, używa niewybrednego języka i uprawia seks pod czujnym okiem kamery. Wizerunek ekipy jest spójny z ambicjami scenariusza: wytatuowane, przerzeźbione na siłowni korpusy u panów, silikonowe paznokcie, sztuczne rzęsy i sukienki kończące się w połowie pupy u pań.

Jak donoszą media, MTV, producent show, wybornie na nim zarobił. Program sprzedano za granicę, szykuje się jego druga edycja. Raduje się MTV, raduje się jurna, męska część ekipy, której show przyniósł popularność i liczne oferty pracy, tylko panie, z jakichś przyczyn, smutne, bez widoków na przyszłość.

„Myślałam, że mnie lepiej zmontują. Ale jak zobaczyłam, jak piję, bluzgam i ląduję w łóżku z Pawłem, to nie wiem, co mam teraz robić” – zwierzyła się dziennikarzom jedna z bohaterek show. Redakcja fanpage'u show (umówmy się, że wierzymy, iż zrobionego spontanicznie, a nie z polecenia MTV) donosi zaś: „Program oglądała ogromna ilość ludzi. Ci, którzy nie pałali sympatią do programu, chcąc nie chcąc również napotykali się na informacje ze świata Ekipy z Warszawy we wszelkiego rodzaju mediach. Negatywnie doświadczyły tego uczestniczki, które bardziej przyciągnęły krytykę. Nietrudno się domyślić, jak po takich występach relacje międzyludzkie w ich rodzinnych miejscowościach drastycznie zmieniły się. Reputacja również. Szczególnie wstrząsnęło to Eweliną, która wpadła w depresję i miała myśli samobójcze. Oczywiście męska część uczestników wyszła na tym dosyć dobrze, Trybson i Paweł zarabiają z bywania na imprezach. Marcin dostał pracę w banku. Uczestniczki nie miały niestety takiego szczęścia”.
Dziewczyny, które świadomie dały zrobić z siebie sekslalki i lumpelki (częścią castingu były próby alkoholowe sprawdzające, czego można po kandydatach oczekiwać, gdy się upiją) są zdumione, że program nie dał im przepustki do świata show-biznesu, jak zakładały. Martwią się, jak pospłacają pożyczki zaciągnięte na tipsy, solarium i sztuczne rzęsy. Wszystkie rzuciły stare prace przeświadczone, że po wyjeździe do stolicy już tam zostaną i jak w każdej normalnej bajce będą opływać w sławę, pieniądze i popularność. Najbardziej „boli” je świadomość, że dla męskiej części ekipy show taką przepustką był.
Ciekawa rzecz, że w tym samym wydaniu „Polityki” można przeczytać przeciekawy wywiad z literaturoznawcą i ekspertem od romantyzmu, który utrzymuje, iż w jego polskim wydaniu obowiązuje model miłości, gdzie najważniejsze są przeżycia, doznania, tudzież „chwała i gloria” mężczyzny, kobieta zaś pełni w nim statutowo rolę tła. Jej doświadczenia i cele się nie liczą, ją, gdy się „zużyje”, można bezkarnie wyrzucić. Ten model związku jest w Polsce wciąż bardzo popularny i przysparza nam, jako narodowi, masy nieszczęść – puentuje ekspert.
Kończy mi się miejsce na ten felieton, a wydaje mi się, że ledwie go zaczęłam. Podsumowaniem niech będzie więc kilka pytań, po których puenta nasunie się sama:
1. Gdzie były rodziny dziewczyn z „Warsaw Shore”, gdy te szykowały się na casting – matki, siostry, babcie, ciotki, sąsiadki, lokalni pracodawcy, ci wszyscy, którzy teraz odwracają się do nich plecami, bo „nagle”, po obejrzeniu programu, wyrobili sobie o dziewczynach „opinię”?
2. Dlaczego podobnej „opinii” nikt sobie nie wyrobił o chłopakach z show? Czy są granice hipokryzji, w jakiej żyjemy jako naród i społeczeństwo?
3. Jak wielkie panuje zmanipulowanie młodym pokoleniem, zwłaszcza kobietami, że szczerze wierzą, iż sprzedaż ich ciała i godności przyniesie im… sukces?
4. I to najważniejsze: jak długo jeszcze pozwolimy mediom, nie tylko polskim, to niestety trend wszechświatowy, by upadlały i poniżały kobiety, uprzedmiotawiały je, sprowadzając do roli ozdoby i sekszabawki, na grzbiecie której panowie – ci z polskimi genami w szczególności – jadą wygodnie i samolubnie po swój sukces?

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney