Grzeczny karykaturzysta

6

Rozmowa ze Szczepanem Sadurskim – jednym najpopularniejszych polskich rysowników satyrycznych

Jest określany mianem najszybszego karykaturzysty świata, czego dowód dał podczas ostatnich spotkań z Polonią rysując tzw. wesołe portrety w 2-3 minuty. Szczepan Sadurski znany jest także jako jeden z najpopularniejszych polskich rysowników satyrycznych, o czym świadczy Złota Szpila, nagroda, którą otrzymał w 1986 roku od tygodnia satyrycznego „Szpilki”. Prócz tego jest założycielem i przewodniczącym Partii Dobrego Humoru oraz pomysłodawcą akcji związanej z „Wesołym Wieżowcem”. W przeszłości był również wydawcą kilku periodyków o tematyce humorystycznej. Niedawno odwiedził metropolię nowojorską prezentując wystawę karykatur znanych postaci ze świata polonijnego. Wybrane prace były drukowane w kolejnych wydaniach „Nowego Dziennika”. Podczas pobytu w Wielkim Jabłku Sadurski spotkał się z uczniami polskiej szkoły w South Hackensack w New Jersey, a także z seniorami w Klubie „Krakus” oraz w Klubie „Amber” na Greenpoincie. W Galerii A.R miała miejsce wystawa jego karykatur oraz rysunków satyrycznych, tam też odbył się wernisaż z udziałem artysty. Poza tym Szczepan Sadurski wziął udział w 78. Paradzie Pułaskiego oraz pierwszych obchodach Polonijnego Dnia Dwujęzyczności w Copiague, na Long Island. Wszędzie prezentował wybrane karykatury polonijnych postaci oraz rysował „Wesołe obrazki” na zamówienie uczestników poszczególnych imprez.

W jaki sposób zainteresowałeś się rysunkiem satyrycznym? Kiedy nastąpił twój debiut artystyczny?
W mojej rodzinie nikt wcześniej nie interesował się ani sztukami plastycznymi, ani też żadnymi innymi działaniami artystycznymi, więc jestem pierwszą osobą, która – mam nadzieję – zapoczątkowała taką tradycję. Wydaje mi się, że jednak nade mną wisiało pewne fatum związane z satyrą. Jeszcze zanim się urodziłem, to mój dziadek – wielki miłośnik przedwojennego programu radiowego „Wesoła Lwowska Fala”, którego głównymi bohaterami byli Szczepcio i Tońcio – sugerował moim rodzicom, że jeżeli będą mieli kolejnego syna (a jestem trzecim i zarazem najmłodszym z braci), to powinni dać mu na imię Szczepan. I tak się stało, przez co zostałem w ten sposób skazany na rolę satyryka. Rysowaniem zajmowałem się od zawsze, tzn. od najmłodszych lat, od kiedy tylko sięgam pamięcią. W dodatku w moich pracach zawsze był jakiś podtekst humorystyczny. Już jako dziecko wycinałem z gazet i kolekcjonowałem różne rysunki humorystyczne, wklejałem je do zeszytów, a później wielokrotnie przeglądałem. To na pewno ukształtowało poczucie mojej estetyki i wydaje mi się, że przez takie działania podświadomie dążyłem do tego, że chciałbym robić podobne rzeczy w przyszłości. Tak więc – mimo że rodzice mówili mi, żebym zajął się czymś konkretniejszym, ponieważ z rysowania nie będę w przyszłości w stanie wyżyć – to jednak to zajęcie niesamowicie mnie pociągało i sprawiało mi wiele radości. Początkowo, jako młody człowiek raczej widziałem siebie jako rysownika komiksów, tym bardziej że już w wieku 14 lat, w 1979 roku, zadebiutowałem w kultowym obecnie „Świecie Młodych”. W dodatku moje prace pojawiły się na ostatniej stronie tego czasopisma, tam, gdzie zawsze drukowano kolejne odcinki komiksów, takich jak: „Tytus, Romek i A’Tomek”, „Kajko i Kokosz” oraz wielu innych wówczas popularnych serii. Jako że pochodzę z Lublina, to moje prace zaczęły być także publikowane w „Kurierze Lubelskim”. Później poszedłem do liceum plastycznego, również w Lublinie, i w tym czasie w moim życiu pojawiły się pierwsze poważne sukcesy. Dokładnie w dniu moich 18. urodzin zadebiutowałem w tygodniku „Szpilki”, co potraktowałem jako pewien znak, że rysunek satyryczny jest moim przeznaczeniem.

Jednak w pewnym momencie swojej kariery – prócz humorystycznych historyjek obrazkowych, publikowanych w różnych gazetach – zacząłeś się także specjalizować w karykaturach. Jak do tego doszło?
Karykatury portretowe zacząłem rysować kilkanaście lat temu, w związku z prośbami niektórych osób, które twierdziły, że skoro potrafię tworzyć satyryczne obrazki, to na pewno sobie z nimi poradzę. Zrobiłem wtedy kilka karykatur, ale szybko tego zaprzestałem, gdy zauważyłem, że ci, których narysowałem, w ciągu kilku miesięcy umierali. Co prawda – jak się okazało – przyczyna ich śmierci leżała jednak w tym, że rysowałem wtedy ludzi schorowanych i w dodatku mających mających już sporo lat. Jednak – znów za namową znajomych – jakiś czas temu powróciłem do rysowania karykatur.

Z jakimi czasopismami współpracowałeś w trakcie swoje kariery rysownika satyrycznego?
Moje prace były publikowane w ponad 200 tytułach prasowych w Polsce i poza jej granicami. Z tych najbardziej znanych, prócz wspomnianych wcześniej „Szpilek”, „Świata Młodych” i „Kuriera Lubelskiego”, to także „Polityka”, „Tygodnik Kulturalny”, „Radar” i wiele innych. W sumie zrobiłem ponad 6 tysięcy różnych rysunków, a znajomi mówili wtedy, że „Sadurski jest wszędzie i nawet wylatuje z lodówki”. W tym czasie robiłem około 100 rysunków miesięcznie. W połowie lat 80. byłem nawet najczęściej publikowanym rysownikiem tygodnika „Szpilki”, który dla wielu ludzi były wyznacznikiem i miarą nie tylko popularności, ale także jakości. Po tym, jak często „bywało” się w „Szpilkach”, oceniano to, czy dany rysownik jest dobry, czy też nie. To otwierało mi drzwi do wielu różnych redakcji. Obecnie całkowicie zmienił się rynek prasowy w Polsce i wiele tytułów zniknęło, a te, które istnieją, szukają oszczędności, co wiąże się ze spadkiem zainteresowania rysunkami satyrycznymi. O ile do niedawna mogłem mówić, że jestem rysownikiem prasowym, to teraz unikam tego określenia. Mimo to z prasy całkowicie nie zginąłem, ponieważ co jakiś czas moje rysunki pojawiają się w różnych miejscach, a poza tym mam obecnie bardzo dużo zamówień prac o charakterze reklamowym.

Czy w takim razie obecnie da się wyżyć z rysowania satyrycznych obrazków oraz karykatur?
W każdej branży, jakakolwiek by ona była, co najmniej kilka najlepszych podmiotów znakomicie sobie radzi i uważam, że jestem jednym z nich.

W Nowym Jorku pojawiłeś się teraz z wystawą karykatur ludzi znanych w polonijnym środowisku. Skąd ten pomysł?
W bardzo dużym stopniu przyczynił się do tego tutejszy animator kultury Janusz Skowron, z którym bliżej poznałem się trzy lata temu podczas wcześniejszego, artystycznego pobytu w Wielkim Jabłku oraz na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Jako że łączy nas wiele – m.in. to, że obaj jesteśmy artystami oraz obaj mamy pewne związki z Lubelszczyzną – bardzo szybko złapaliśmy wspólny język i Janusz, znany z tego, że jest bardzo dobrym organizatorem, zaproponował mi zrobienie kolejnej wystawy. Stwierdził przy okazji, że powinienem się także na niej pojawić osobiście, a nie tylko ograniczyć do wysłania swoich prac pocztą. Oczywiście szybko przystałem na tę propozycję. Doszedłem także do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli zaprezentuję wesołe podobizny ludzi znanych wśród Polonii nowojorskiej. I w ten sposób ta wystawa doszła do skutku.

W jaki sposób dobierałeś ludzi, których chciałeś skarykaturować?
Z jednej strony były to osoby, które znałem osobiście i wiedziałem o tym, że są ciekawe oraz coś znaczą w środowisku polonijnym. Z drugiej strony śledziłem i czytałem także różne publikacje, by dotrzeć do innych, ważnych ludzi, o których wcześniej nie wiedziałem. Trzecią formą „rekrutacji” kandydatów do skarykaturowania były porady i sugestie moich znajomych, którzy mi proponowali konkretne osoby. Na potrzeby wystawy powstało 38 karykatur, wśród których znalazło się wielu fajnych i ciekawych ludzi. Nie wykluczam, że w przyszłości może powstać kolejna taka wystawa, zawierająca np. 100 karykatur. Do tego na pewno potrzebny byłby jakiś sponsor, a także odpowiednio duża i reprezentatywna sala. Lubię wyzwania, więc chętnie mogę się tego podjąć.

Wiem, że zdecydowana większość tych karykatur powstała na podstawie zdjęć. Podejrzewam, że tak jest jednak dużo trudniej jest rysować niż w przypadku bezpośredniego kontaktu z daną osobą. W jaki sposób powstają twoje prace?
Posłużę się tutaj porównaniem futbolu europejskiego z futbolem amerykańskim. Mimo, że i jedna i druga dyscyplina sportowa jest futbolem, to ma wiele różnic. Podobnie jest z rysowaniem ze zdjęcia oraz na żywo. W tym drugim przypadku zrobienie karykatury zajmuje mi 2-3 minuty, ponieważ mogę wtedy we właściwy sposób ustawić daną osobę oraz odpowiednio ją przygotować do pozowania, co zdecydowanie ułatwia mi później rysowanie. Zupełnie czymś innym jest praca ze zdjęciem, i dużą rolę odgrywa tutaj odpowiedni jego dobór. Z przypadkowego zdjęcia wyjdzie przypadkowa karykatura i przed tym zawsze przestrzegam osoby, które przesyłają mi zdjęcia, by na ich podstawie zrobić im karykaturę.

Na co najbardziej zwracasz uwagę przy rozpoczynaniu rysowania? Od czego zaczynasz pracę?
Rysowanie zawsze rozpoczynam od nosa, ponieważ jest zawsze na środku i dzięki temu mam pewność, że cała reszta też się zmieści na kartce. To jest moja żelazna reguła, zresztą przekazuję je wszystkim, którzy sami chcą robić karykatury. Oczywiście trzeba mieć do tego sprawną rękę oraz bystre oko, by na rysunku wyeksponować najbardziej charakterystyczne cech danej osoby. Ja mam swój sposób rysowania, wypracowany w trakcie kilkunastu lat pracy, a muszę zdradzić, że do tej pory narysowałem około 40 tysięcy karykatur. Natomiast tego co robię staram się nie nazywać karykaturą tylko wesołymi portretami. Nie jestem osobą złośliwą, tylko grzecznym karykaturzystą, więc swoimi pracami nie chcę nikogo obrażać. Wyznaję zasadę, że podczas rysowania, kobiety należy zawsze trochę upiększyć, a mężczyzn nieco ubrzydzić i wtedy wszyscy są zadowoleni.

Prócz rysunków satyrycznych oraz karykatur znany jesteś z akcji stawiania tzw. Wesołych Wieżowców w różnych miejscach i miastach całego świata. O co w niej chodzi?
Czasem ma wrażenie, że w związku z tą akcją albo kiedyś dostanę Nagrodę Nobla, albo zostanę uznany za idiotę, bowiem robię coś, za co pewnie niektórzy mogliby mnie zamknąć w zakładzie psychiatrycznym. Niestety wiele osób, nawet przy bardzo szczegółowym wytłumaczeniu idei tej akcji, nie jest w stanie zrozumieć, o co mi chodzi. Jest to coś związane z tzw. humorem abstrakcyjnym, który – jak wykazują badania socjologiczne – rozumie około 5 procent ludzkiej populacji. Dlatego nie dziwię się, że wiele osób nie jest w stanie zrozumieć, po są ludzie, których bawi składanie i klejenie modelu małego papierowego wieżowca, a następnie wożenie go w jakieś publiczne miejsce, fotografowanie i umieszczanie w internecie. Natomiast bardzo cieszy mnie fakt, że jest wielu takich jak ja, których ta zabawa bawi i raduje. Pierwszy „Wesoły Wieżowiec” powstał dokładnie trzy lata temu podczas mojej wizyty w Nowym Jorku, kiedy to postanowiłem postawić najmniejszy drapacz chmur w tym mieście. Został on sfotografowany przed Chrysler Building, a następnie przed Metropolitan Opera. Wtedy miała to być jednorazowa akcja, związana z otwarciem w Wielkim Jabłku symbolicznej ambasady Partii Dobrego Humoru – mojego innego pomysłu zrzeszającego obecnie ponad 3,5 tys. członków. Po powrocie do Polski znajomi namówili mnie, by dalej kontynuować akcję związaną ze stawianiem „Wesołego wieżowca” i tak to się zaczęło toczyć własnym życiem. Obecnie mamy ponad 420 miejsc na świecie, na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Antarktydy, w których w charakterystycznych miejscach stanął ten papierowy wieżowiec. Żeby było ciekawiej, to muszę zdradzić, że akcja ta, wbrew pozorom, nie cieszy się zbytnią popularnością wśród ludzi młodych, ale przede wszystkim jest nią zainteresowanych wielu karykaturzystów z całego świata, a także osoby dojrzałe, które w swoim życiu mają bardzo poważne osiągnięcia i dalekie są od zawodu satyryka. Myślę, że właśnie oni traktują to jako dobrą zabawę, a także coś innego, wyjątkowego i elitarnego. I to jest dla mnie najważniejsze, ponieważ nie zależy mi na wciągnięciu w tę akcję tysięcy ludzi, tylko na tym, by ubarwić swoje oraz innych życie, aby stało się ono inne, weselsze i ciekawsze niż do tej pory.

Jak podsumujesz kolejną swoją wizytę w metropolii nowojorskiej?
Oczywiście cały pobyt tutaj oceniam bardzo dobrze, bowiem ja jestem optymistą i wszystko, co się dzieje wokół mnie, postrzegam w samych pozytywach. Prócz wystaw i spotkań w różnych miejscach miałem okazję trochę zwiedzić Nowy Jork i dotrzeć do miejsc, które chciałem zobaczyć. Polonia, z którą się spotkałem, bardzo dobrze mnie przyjęła, byli to ludzie ogromnie mili i życzliwi. Być może powrócę tutaj już za rok, ponieważ pojawiła się pewna nowa propozycja, o której jeszcze nie mogę za dużo mówić, bowiem wszystko jest na etapie ustaleń. Natomiast na pewno moja kolejna duża wystawa będzie miała miejsce w Melbourne, stolicy Australii, gdzie wybieram się w styczniu przyszłego roku.

Autor: ROZMAWIAŁ WOJTEK MAŚLANKA