Jestem niepokorny i poszukujący

0
5

Zagrał pan w kilkudziesięciu różnych filmach, ale „Wołyń” podobno był dla pana najtrudniejszą produkcją pod względem emocjonalnym. Czy rzeczywiście praca przy tym filmie była taka ciężka?
Praca na planie filmowym „Wołynia” faktycznie była ogromnie trudna i wyczerpująca emocjonalnie. Ja, na swoje nieszczęście, zawsze staram się bardzo identyfikować z postacią, którą gram. Był to więc dla mnie bardzo ciężki czas, dlatego też uciekałem z planu filmowego najszybciej jak tylko mogłem, tzn. po zakończeniu zdjęć od razu wracałem do domu, żeby położyć się w swoim łóżku i przytulić się do żony. Zapamiętałem, co powiedział reżyser filmu Wojtek Smarzowski zapowiadając „Wołyń” na festiwalu w Gdyni. Mówił wtedy, że zrobił ten film po to, żebyśmy zrozumieli, co to znaczy żyć w dzisiejszych, bezpiecznych czasach, oraz żebyśmy po powrocie do domu przytulili swoje dzieci. I ja też takie odczucia miałem podczas pracy przy „Wołyniu”.

Wojciech Smarzowski również często podkreśla, że film ten ma nas przestrzec przed powtórzeniem się historii, o której opowiada. Nie wiem jak pan, ale ja patrząc na „Wołyń” przez pryzmat tego, co się obecnie dzieje w Europie z ruchami migracyjnymi oraz całą towarzyszącą im napiętą sytuacją, podsycaną zarówno przez lewą, jak i prawą stronę polityczną, mam wrażenie, że kiedyś może dojść do podobnych scen, jakie widzieliśmy w tym filmie, tzn. do wybuchu walk na tle narodowościowym. Co pan sądzi na ten temat?
Niestety, ma pan rację, taka jest prawda. Obawiam się nawet, że to już się dzieje. Wystarczy spojrzeć na sytuację, która ma miejsce w naszym kraju, oraz na wszystkie awantury i uliczne walki pomiędzy Polakami. Przerażający jest wzrost nastrojów nacjonalistycznych, zwłaszcza w Polsce. Mówię o Polsce, bo to jest mój kraj, ale tak jest również w całej Europie. Natomiast we mnie jest pewien rodzaj egzystencjalnego lęku przed tym, że wystarczy iskra, żeby odpalić lont, który doprowadzi do tego, że wszystko to co najbardziej kochamy i na czym nam najbardziej zależy, przestanie istnieć w ułamku sekundy, że napięta sytuacja wymknie się spod kontroli i eksploduje. Mam ten strach cały czas w głowie i myślę, że ten film jest również wymierzony przeciwko tym skrajnie nacjonalistycznym ruchom i siłom, które teraz zaczynają dominować, a w niektórych krajach nawet przejmować władzę. Boję się myśleć, do czego nas to może doprowadzić, bo w najczarniejszych scenariuszach przypominają mi się lata 30. w Europie, a ta historia, nie daj Boże, ma szansę zatoczyć koło.

Myślę, że niejednokrotnie miał już pan okazję oglądać „Wołyń” jako widz. Jak pan się czuł, widząc drastyczne sceny ze swoim udziałem, a zwłaszcza patrząc na swoją obciętą głowę znajdującą się w wiadrze? Jakie emocje towarzyszą aktorowi w takich sytuacjach?
Aktor, który gra w filmie, musi go zobaczyć kilka razy, żeby zamienić się w widza. Podczas pierwszej projekcji zawsze ogląda się graną rolę w celu konfrontacji swojego wyobrażenia o tym, jak ta postać funkcjonuje w danej historii, z tym, co się zobaczy na ekranie, czyli inaczej mówiąc, dlaczego naszym zdaniem reżyser wybrał najgorszy dubel, dlaczego wyciął moją najlepszą scenę, i dlaczego jest mnie tak mało w tym filmie. Oczywiście mówię to trochę żartobliwie, ale tego typu emocje towarzyszą aktorowi przy pierwszej projekcji. Za drugim razem już inaczej ogląda się dany film. Wówczas próbuje się ogarnąć całą historię i rolę postaci, ponieważ aktor zawsze jest mniejszym lub większym trybikiem w wielkiej filmowej machinie. Jednak to reżyser decyduje o wszystkim i jest od tego, żeby ten trybik umieścić w odpowiednim miejscu, i w odpowiedniej proporcji, ponieważ to on tworzy pewną historię, a aktor jest od tego, żeby tę historię wypełnić emocjami swojej postaci. Myślę, że dopiero trzecia lub czwarta projekcja daje aktorowi szansę na to, żeby mógł zamienić się w widza i zobaczyć cały film bez aktorskich konotacji i bez zawodowego podejścia do produkcji.

Uczestniczył pan w wielu projekcjach „Wołynia” i spotkaniach z publicznością. Jaka jest reakcja widzów po obejrzeniu tego filmu?
Reakcja zawsze jest wypełniona wieloma emocjami. Niejednokrotnie jestem zaskoczony, że ludzie w różnych krajach, na różnych kontynentach, tak bardzo emocjonalnie odbierają ten film, mimo że pewnie do końca nie mają pojęcia, o co w nim chodzi, i nie znają podłoża historycznego oraz motywacji każdej ze stron. Myślę, że w Polsce emocje te zawsze są podszyte konotacjami rodzinnymi. Najbardziej porażające są spotkania z osobami, które pamiętają tamte tragiczne wydarzenia, pamiętają je z perspektywy dziecka, bo od 1943 roku minęło już 75 lat. Jednak na nasze projekcje i specjalne spotkania przychodzili ludzie z repatriantami, z osobami, które uciekły z Wołynia i doskonale pamiętają tamte wydarzenia. To są najbardziej wzruszające spotkania. W ich trakcie trudno nawet cokolwiek powiedzieć, ponieważ po tak mocnym, porażającym i realistycznym obrazie – a Wojtek Smarzowski posługuje się swoim bardzo werystycznym filmowym językiem – nie można o czymkolwiek rozmawiać, należy raczej spojrzeć sobie głęboko w oczy, bo słowa nie mają tej wagi co obraz filmowy, a tym bardziej to, co tak naprawdę się wtedy wydarzyło, a co ci ludzie, którzy przeżyli rzeź wołyńską, mają w pamięci. Podobnie jest z rodzinami, które znają te historie ze świadectwa pierwszej ręki, od swoich rodziców czy też dziadków. To też są bardzo trudne i emocjonalne spotkania. Bardzo pouczające doświadczenie mieliśmy na festiwalu w Wilnie, na którym pojawiłem się z Wojtkiem Smarzowskim. Jak wiadomo, Litwa ma bardzo silną mniejszość ukraińską, dlatego pojawiły się tam olbrzymie problemy z projekcją „Wołynia” i protesty mniejszości ukraińskiej dążącej do tego, żeby zdjąć ten film z repertuaru festiwalu. Jej przedstawiciele twierdzili, że zakłamuje on prawdę historyczną, co oczywiście jest nieprawdą. Na szczęście nie udało im się tego zrobić i „Wołyń” został pokazany. Natomiast zderzenie z ludźmi z Ukrainy, którzy mają zupełnie inny pogląd na tamte wydarzenia, to była bardzo pouczająca lekcja. Z kolei spotkanie w Nowym Jorku w Museum of Moving Image miało w pewnym sensie charakter edukacyjny, ponieważ chyba nikt nie liczył na to, że publiczność amerykańska będzie znała podłoże historyczne. Dla nich był to film fabularny, ponieważ oni nie mają do tamtych wydarzeń emocjonalnego stosunku, nie mają rodzin, które tam zginęły. Natomiast myślę, że film broni się sam i to spotkanie, jakie odbyło się po jego projekcji, również było bardzo pouczające. Natomiast jeżeli chodzi o rolę edukacyjną, o której wcześniej wspomniałem, to myślę, że teraz wielu amerykańskich widzów sięgnie np. do Wikipedii, by pogłębić swoją wiedzę na temat tego, co się wydarzyło w 1943 i 1944 roku w Polsce i na Wołyniu, a dzięki temu dowiedzą się, że wówczas to nie był tylko Holokaust, ale również miało miejsce ludobójstwo na dawnych polskich kresach. Podobną rolę pełnią spotkania na międzynarodowych festiwalach, gdzie ludzie nie mają żadnego pojęcia o tym, co się wtedy wydarzyło na Wołyniu.

Patrząc na pańskie role w różnych filmach można stwierdzić, że jest pan takim trochę tragicznym aktorem, ponieważ z reguły postać grana przez pana umiera lub ginie, i praktycznie nie ma happy endu z pańskim udziałem. Jak pan się czuję w tego typu rolach?
Tak się jakoś złożyło, że zarówno Wojtek Smarzowski, jak i inni reżyserzy na czele z Maćkiem Pieprzycą, u którego grałem w dwóch filmach „Jestem mordercą” i „Chce się żyć”, bardzo lubią mnie upokarzać lub uśmiercać. Myślę, że tak naprawdę tajemnica tkwi w scenariuszu, bo zawsze jest on pewną bazą do jakiekolwiek rozmowy o dalszej współpracy. Oczywiście do tego dochodzi także nazwisko reżysera i to, co ze sobą ono niesie. Jednak takie nazwiska, jak Wojtek Smarzowski, Maciek Pieprzyca czy Leszek Dawid, zawsze są gwarancją dobrego scenariusza. Jak mówi stare porzekadło amerykańskich producentów: „Jeżeli jest dobry scenariusz, to jest szansa, że powstanie z tego dobry film, a jeżeli scenariusz jest słaby, nie ma takiej możliwości i tyle”. Natomiast ja oczywiście cały czas marzę i czekam na jakiś lżejszy scenariusz, gdzie nie zginę. Co prawda miałem już przyjemność zagrania roli komediowej. Film nosi tytuł „Najlepszy” i jest to poruszająca historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, na biografii Jurka Górskiego. Widziałem ten film na pokazie w Gdyni, a później zabrałem całą moją rodzinę – synów, mamę i brata z narzeczoną – i poszliśmy na normalny seans do kina. Naprawdę ogromną frajdę sprawiały mi paroksyzmy śmiechu widowni po kwestiach mojego bohatera, zwłaszcza po scenie na trampolinie, kiedy on uczy pływać głównego bohatera, i cieszę się, że w końcu dostałem taką rolę komediową. Co prawda była ona tragikomiczna, ale dla mnie podejście do roli komediowej jest takie samo jak przy filmach najbardziej dramatycznych. Uważam, że absolutnie serio i poważnie trzeba grać taką rolę, żeby była zabawna oraz by mogła rozbawić widza. I tak było przy pracy nad rolą kierownika basenu w filmie „Najlepszy”. Tak więc od czasu do czasu zdarza mi się jakaś perełka komediowa.

W filmach grał pan różne role, m.in.: księdza, seryjnego zabójcę, ojca rodziny itd. Jaka jest pańska wymarzona postać, w którą chciałby się pan wcielić?
Myślę, że taka rola cały czas jest przede mną, ale jednak nie mam wymarzonej postaci, którą chciałbym zagrać. Wiem, że na Hamleta jestem już za stary (śmiech). Natomiast ja jestem osobą bardzo niepokorną i cały czas poszukującą, dlatego nie zamykam się na żadne propozycje. Mało tego, tę potrzebę szukania i niepokorności jakoś w sobie hołubię i jeżeli tylko dostanę do ręki ciekawy i oryginalny scenariusz, w którym z krwi i kości będzie jakaś postać, i spotkam reżysera, z którym będę się dobrze rozumiał, to każda następna rola będzie dla mnie tą najważniejszą, na którą czekałem całe życie.

To, że jest pan niepokorny i poszukujący wyraża się chyba również w tym, że spełnia się pan nie tylko aktorsko, ale także jako reżyser i muzyk. Jak to wszystko udaje się panu łączyć ze sobą, a także znaleźć czas, inspirację i pomysły?
Tajemnicą jest terminarz. Wbrew temu jak mnie odbierają inni, jestem osobą bardzo poukładaną, tzn. działam według precyzyjnie zaplanowanego kalendarza i dzięki temu od wielu lat udaje mi się funkcjonować na tych trzech obszarach i planetach moich aktywności twórczych. Pierwszą z nich jest aktorstwo, drugą jest reżyseria filmowa i teatralna, którą uprawiam od czasu do czasu, a trzecią moją planetą jest oczywiście muzyka, bo faktycznie ona w tym roku stała się dla mnie najważniejsza. W związku z tym, że pod koniec ubiegłego roku, kiedy do polskich kin weszło kilka filmów z moim udziałem, zdałem sobie sprawę, że chyba ten Jakubik trochę za bardzo wyskakuje z każdej lodówki. Pomyślałem, że może warto zrobić sobie przerwę od aktorstwa, z jednej strony po to, żeby widzowie może zatęsknili za tą moją nieszczęsną facjatą, a z drugiej, mówiąc szczerze, byłem już trochę zmęczony i wypalony intensywnością pracy na planie filmowym. Dlatego postanowiłem wziąć sobie wolne od zdjęć i cały 2018 rok poświęcić muzyce. 20 kwietnia wydałem swój solowy album pt. „Szatan na Kabatach” oraz założyłem nowy zespół, z którym gram ten materiał na żywo. Poza tym oczywiście Dr Misio, czyli moja macierzysta kapela, w tym roku obchodzi 10-lecie istnienia i cały czas gramy długie trasy koncertowe. Dla mnie teraz jest czas na muzykę, a wizyta w Nowym Jorku na festiwalu polskich filmów („100 Years of Poland's Regained Independance. Polish History In Film Masterpieces” – przyp. red.) jest dla mnie taką fajną odskocznią, ponieważ mogę sobie chwilę odpocząć i zwiedzić Nowy Jork, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Przyjechałem tutaj ze swoim najstarszym synem, który jest już osobą dorosłą, ale dla mnie te relacje ojcowsko-synowskie i rodzinne są tak naprawdę najważniejsze. Wszystkie filmy i aktorskie sprawy, a nawet muzyka, są dla mnie na drugim planie, nie są najważniejsze. Zdecydowanie na pierwszy plan wysuwają się relacje z moimi synami oraz żoną, a muszę zdradzić, że jesteśmy razem dinozaurami w tym środowisku, ponieważ jesteśmy wspólnie już 27 lat. Gdyby nie ta baza, nie ten port, jakim jest dla mnie rodzina, to na pewno nie byłoby mnie dzisiaj w tym miejscu, do którego doszedłem. Oni dają mi energię i wszystko to, co dla mnie jest najważniejsze w życiu, a te pozostałe wariactwa i artystyczne rzeczy są tylko dodatkiem do tego wszystkiego.

Proszę powiedzieć parę słów na temat tej najnowszej płyty, o której pan wspomniał. Jaka muzyka na niej dominuje? Rozumiem, że jest to coś zupełnie innego, niż to co robi pan z Dr. Misio.
To jest bardzo eklektyczna płyta, którą zrobiłem z Kubą Galińskim, znakomitym producentem muzycznym, który pracował m.in.: z Anią Rusowicz, Anią Dąbrowską, Kasią Nosowską i Wilkami, czyli generalnie z pierwszą ligą polskiej muzyki. Ta płyta jest dla mnie najbardziej intymna i najbardziej prywatna, ponieważ na niej po raz pierwszy odważyłem się być współautorem tekstów. Muzycznie można na niej znaleźć: post-punk, new wave, zimną falę, elektronikę, a nawet pop. Zachęcam, żeby sięgnąć po tę płytę i po prostu posłuchać, a można ją znaleźć na Spotify.

Skoro w tym roku w pańskim kalendarzu dominuje muzyka, to kiedy będziemy mogli znów zobaczyć pana w jakimś nowym filmie?
Myślę, że już niebawem, za kilka miesięcy, ponieważ w listopadzie ub.r. zakończyły się zdjęcia do ostatniego filmu Wojtka Smarzowskiego pt. „Kler”, a jego premiera będzie miała miejsce we wrześniu bieżącego roku.

Autor: ROZMAWIAŁ: WOJTEK MAŚLANKA