Językowy galimatias

65

Polacy nad Wisłą chodzą na shopping, jedzą brunch, a w telewizji oglądają relacje z backstage'u. Bez znajomości języka polskiego anglojęzyczny obywatel czuje się w Polsce coraz bardziej jak u siebie w domu. O tym, czy zapożyczenia z języka angielskiego są zagrożeniem dla polszczyzny, rozmawiamy z dr. Rafałem Sidorowiczem – językoznawcą, adiunktem w Instytucie Polonistyki Kulturoznawstwa i Dziennikarstwa Uniwersytetu Szczecińskiego

Dlaczego zapożyczamy wyrazy z języka angielskiego?

Przede wszystkim dlatego, że zapożyczamy z zachodniego obszaru kulturowego nowe przedmioty i zjawiska. A skoro są nowe, to automatycznie przejmujemy razem z nimi ich nazwy. Najprostszym przykładem może być np. wyraz komputer. Kogoś, kto jest purystą językowym, może razić, że nazywamy tę rzecz „po angielsku”. Ale w sytuacji, gdy nie ma polskiego odpowiednika, często dzieje się tak, że obce słowo zostaje przyswojone – zapisywane, odmieniane i wymawiane po polsku. Prędzej czy później staje się tak naprawdę polskim wyrazem. Zresztą angielski computer też jest zapożyczeniem, bo wywodzi się od łacińskiego computare, oznaczającego liczenie i sumowanie. Tak właśnie, w sposób naturalny, języki się „mieszają”, korzystają z siebie nawzajem.
Weźmy inny przykład, wyraz, który pojawił się w polszczyźnie stosunkowo niedawno – shopping. Kiedy idę na zakupy, to mam na myśli zwyczajne wyjście do sklepu po jakieś produkty. Ale w języku polskim shopping pozwala nazwać zjawisko, które pojawiło się w Polsce dopiero wraz z rozwojem dużych galerii handlowych i w ogóle konsumpcjonizmu. To w polszczyźnie coś więcej niż zakupy – to mania kupowania i sposób spędzania wolnego czasu. Nie było wcześniej rzeczownika, który mógłby oddać to znaczenie, dlatego dziś znajdziemy shopping w słownikach języka polskiego.
Zapożyczamy również wtedy, gdy potrzebujemy konstrukcji ekonomicznych językowo (czyli krótkich), nośnych medialnie, chwytliwych. Już od początku lat 90. Polacy przyswoili angielską konstrukcję złożoną z dwóch rzeczowników i dziś nikogo nie razi biznesplan czy autokomis. Z kolei polskie reklamy rozpowszechniły w języku ogólnym sformułowania typu numer jeden (number one), dwa w jednym (two in one), a w polszczyźnie potocznej powszechne są określenia z przedrostkami super, mega czy ekstra. Takie przykłady można mnożyć.

Co, według pana, sprzyja przyjmowaniu anglicyzmów do polskiej mowy?

Wskazałbym przede wszystkim trzy zjawiska sprzyjające temu procesowi. Pierwszym jest globalizacja. Jeśli bowiem świat się unifikuje (gospodarczo czy kulturowo), to w ślad za tym procesem podąża język, powstaje wspólny system porozumiewania się – obecnie jest nim język angielski. Wpływ angielszczyzny na inne języki jest jeszcze dodatkowo wzmacniany przez dominację amerykańskiej kultury i rozpowszechnienie się zachodniego stylu życia. I tu mamy początek drugiego zjawiska – mody na obcość. Atrakcyjne nie jest to, co już dobrze znamy i co nam się już opatrzyło. Chętnie naśladujemy to, co wydaje nam się nowe, ciekawe i atrakcyjne, zmieniamy więc powoli swój sposób bycia, myślenia i postrzegania rzeczywistości. Tak się rodzi moda kulturowa, a wraz z nią moda na obcy język. Trzecim zjawiskiem jest, moim zdaniem, rozwój szeroko pojętej komunikacji. Kształt wszystkich współczesnych mediów jest „amerykański”, zarówno w aspekcie technicznym, jak i pod względem popularyzacji zachowań medialnych. To właśnie poprzez media (głównie telewizję i internet) są rozpowszechniane te elementy językowe, które mogą stać się zapożyczeniami.

Czy język polski jest bardziej podatny na anglicyzmy w porównaniu z innymi językami?

Języki nie są mniej lub bardziej podatne na zapożyczenia. Podatne są na nie pewne obszary ludzkiej aktywności. Szczególnie te, które mają międzynarodowy wymiar, np. gospodarka, technologie, świat mediów i w ogóle komunikacja między ludźmi. Niektórych zapożyczeń nie da się po prostu uniknąć. Kto chce funkcjonować we współczesnym obiegu informacyjnym, musi je zaakceptować. To proces naturalny i pożądany w aspekcie wzajemnego zrozumienia. Dlatego zbyt rygorystyczna, purystyczna wręcz postawa nie jest tutaj wskazana. Ostatecznym celem posługiwania się językiem jest bowiem wykorzystanie jego funkcji komunikatywnej, czyli zdolności do przekazywania informacji.

Czy anglicyzmy są groźne dla polszczyzny?

Żaden język nie jest sam w sobie groźny dla innego. Trzeba rozumieć, że języki ciągle ewoluują i nie jest to ewolucja, która przebiega w izolacji od innych kultur. Niepożądane mogą być jednak niektóre zachowania językowe. Do nich należy na przykład korzystanie z zapożyczeń jedynie dla podniesienia prestiżu. Denerwuje mnie, gdy polski produkt, w polskim sklepie, wyprodukowany w Polsce i przeznaczony dla polskich konsumentów, ma angielską nazwę (a często i opis wyłącznie w tym języku). Taki zabieg jest jedynie manipulacją, ma dać konsumentowi złudzenie, że obcuje z czymś lepszej jakości, ale wielu klientom uniemożliwia poznanie tegoż produktu. To samo jest z nazewnictwem polskich firm, choć trzeba przyznać, że obecnie widać w Polsce tendencję do używania „swojskich” nazw, w myśl hasła „dobre, bo polskie”.
Inne niebezpieczeństwo związane z zapożyczeniami to używanie ich niezgodnie z właściwym znaczeniem. Ostatnio w restauracji kelner namawiał mnie na brunch, choć była godzina 18 i właściwie powinien namawiać mnie na podwieczorek. Również nie jest dobre używanie takich zapożyczeń, które nie są rozpowszechnione, bo skutkuje to niezrozumieniem rozmówcy. Usłyszałem niedawno w jakimś programie telewizyjnym, jak specjalista od ćwiczeń fizycznych powiedział: rękę należy odpowiednio stejpować. Naprawdę dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie tego sformułowania, a jeszcze dłuższą zrozumienie, dlaczego ów trener nie mógł po prostu ręki okleić plastrem. Jednak najtrudniej jest walczyć z angielskimi kalkami językowymi. Choć polscy nauczyciele i językoznawcy uczulają na sformułowania typu: dokładnie tak, miło cię widzieć, w czym mogę pomóc, to i tak funkcjonują one w polszczyźnie i są używane bez poczucia ich obcości.

Nie zawsze chcemy poszukać odpowiedników wyrazów angielskich w języku polskim, może więc używanie anglicyzmów oznacza pójście na łatwiznę?

Najczęściej nie, większość zapożyczeń jest pożyteczna i ważna dla samego rozwoju każdego języka. Pozwala uzupełnić w nim zasób leksykalny, nazwać to, co jeszcze nie zostało w tym języku nazwane, i wzajemnie się porozumieć. Jeśli istnieją polskie odpowiedniki, to zapożyczenie angielskie (i każde inne) po prostu nie będzie używane. Pojawi się w języku tylko okazjonalnie. Angielskie wow! wśród polskiej młodzieży przyjęło się średnio, bo mamy w polszczyźnie wiele innych sposobów na wyrażenie zachwytu, a polskie sklepy w większości wywieszają informację o wyprzedaży, choć w dużych miastach czasem widać plakaty z krzykliwym For sale!!! Używanie anglicyzmów ponad potrzebę po prostu nie sprawdza się w codziennej komunikacji Polaków. Jeśli ktoś w miarę dobrze zna przynajmniej ogólną polszczyznę, to zazwyczaj nie ma kłopotu ze znalezieniem w niej odpowiednika. Jeśli jednak mimo tego użyje anglicyzmu, to jest to już inne zjawisko, tzw. snobizm językowy. Taka postawa charakteryzuje się właśnie używaniem zapożyczeń bez potrzeby. Usprawiedliwiony jest tylko ktoś, kto na co dzień posługuje się angielskim, a nie zna bardzo dobrze polszczyzny. Wtedy w polskim zdaniu w sposób naturalny wypełni lukę zapożyczeniem.

Nie zawsze zapożyczenia angielskie były obecne w polszczyźnie na taką skalę. Czy rzeczywiście są dominujące i czy moda na nie przeminie, jak przeminęła moda na francuszczyznę?

Nie wiem, jak to dokładnie wygląda w statystykach, ale na pewno język angielski jest tym, z którego w tej chwili płynie do polszczyzny najwięcej zapożyczeń. Stał się dziś w wielu miejscach na świecie językiem uniwersalnym, bo często porozumiewają się nim między sobą także osoby nieanglojęzyczne. Tak więc jego rola jako nośnika informacyjnego, uzupełniającego zasób innych języków, jest zrozumiała. Jeśli zaś chodzi o modę na jakiś język, to zawsze jest ona rezultatem dominacji jakiegoś kraju – politycznej i gospodarczej, ale przede wszystkim kulturowej. Dlatego od XVII aż do XIX wieku język francuski był drugim językiem wykształconych Polaków. Nikt wówczas nie uwierzyłby, że taką funkcję będzie kiedyś pełnić angielszczyzna. Dziś także nikt nie wyobraża sobie dominacji innego języka niż angielski, ale… to nie jest niemożliwe. Kilka lat temu na konferencji językoznawczej prof. Bogdan Walczak, wybitny historyk języka, został zapytany właśnie o taką hipotetyczną zmianę. Powiedział wtedy, że jeśli miałby wskazać język, który może „zagrozić” w dalekiej przyszłości angielszczyźnie, to widzi tylko jednego kandydata – język chiński.

Czy uważa pan, że starsze pokolenie jest zmuszone do posługiwania się nowymi zapożyczeniami po to, aby móc kształtować relacje z młodszymi?

Nie, język do niczego nie zmusza. Może jednak stymulować chęć poznania. Osoby starsze często oczywiście podążają za nowościami i za tym, co nowe w języku, aby lepiej rozumieć młodszych. Jednak, moim zdaniem, ważne jest również coś innego – młode pokolenie także powinno poznawać polszczyznę swoich rodziców i dziadków. Na tym można skorzystać, bo to właśnie wzbogaca idiolekt człowieka, jego indywidualny język i jego postrzeganie świata. Tu właśnie objawia się tzw. akumulacyjna funkcja języka – gromadzą się w nim ludzkie doświadczenia, z których można czerpać. Jeśli twój język i świat będą tylko nowe, to jak zrozumiesz stare? A przecież podstawą tego, co jest dziś, zawsze jest to, co było wczoraj. Tak więc uważam, że budowanie relacji starszych z młodszymi powinno odbywać się w obie strony, mieć postać międzypokoleniowej wymiany językowej.

W USA polskie rodziny zmagają się z problemem uczenia dzieci płynnej i poprawnej polszczyzny. Często ta nauka polega tylko na wtrącaniu w zdania angielskie polskich słów. Czy pan jako językoznawca ma pomysł, jak dbać o kształcenie językowe tych dzieci?

Nie powiem tu niczego odkrywczego – jeśli we własnej rodzinie chce się pielęgnować polszczyznę, to warto czytać, mówić i pisać po polsku. Dzieci przyswajają język przede wszystkim w codziennej, zwykłej komunikacji. Wtrącanie polskich słów do angielskich zdań nic tu nie pomoże, bo dziecko zamiast dwóch spójnych systemów językowych poznaje niespójną mieszankę słów połączonych ułomną składnią. To tylko daje złudzenie, że dziecko uczy się języka. Żeby to sobie uświadomić, wystarczy wspomnieć własną naukę angielskiego. Nie polegała przecież na wtrącaniu angielskich słów do polskich zdań, prawda? Rezultat jest oczywisty: dziecko nauczy się przede wszystkim angielskiego, bo nim z konieczności operuje także poza domem, a z polskiego pozna tylko niektóre słowa i nie złoży z nich całego zdania. Warto więc formułować pełne komunikaty zarówno w języku angielskim, jak i w polskim. To jednak narzuca kolejną trudność – rodzice sami powinni dobrze znać polszczyznę, a z tym też jest różnie. Czasem mają jedynie przeświadczenie, że dobrze operują językiem. Co w takim przypadku? Należy zapewnić dziecku codzienny dostęp do książek, audiobooków i polskich czasopism. Przede wszystkim trzeba jednak zaufać wykwalifikowanym pedagogom i posłać dziecko na dodatkowy i odpowiedni dla niego kurs językowy. Istotny jest sposób oswajania dzieci z językiem. To rzecz podstawowa. Dziecko wychowujące się za granicą często postrzega język polski jako obcy, nawet wtedy, gdy jest świadome, że to język jego rodziców. Jeśli już od początku nauki serwuje mu się wyłącznie piętrzące się zasady gramatyczne (które w polszczyźnie są naprawdę liczne), to wzbudzi to jedynie jego niechęć do zgłębiania języka, bo ten wyda się mu zbyt skomplikowany. Ważne jest więc, aby na tym etapie nie przesadzać z nomenklaturą naukową, teorią i abstrakcyjnym podejściem do języka. Program nauczania powinien przekładać się na realne kompetencje językowe – one są przecież najważniejsze.

Dr Rafał Sidorowicz naukowo zajmuje się komunikacją językową w mediach elektronicznych oraz kulturą języka polskiego, pracuje także w Internetowej Poradni Językowej US.
Kontakt: [email protected]

Autor: Przemek Cebula