Nie można obwiniać powstańców

10

Rozmowa z Leszkiem Żebrowskim, badaczem specjalizującym się w historii XX wieku, który w ubiegłym tygodniu spotykał się z Polonią

„Zafascynowany jestem nową historią. Historią, do której trzeba było dotrzeć poprzez ludzi będących jej świadkami – mówił Leszek Żebrowski na spotkaniu w „Nowym Dzienniku”. – To historia przez lata zakazana, czyli ostatnie polskie powstanie narodowe, to, które rozpoczęło się po 1944 r., po tym jak weszli do Polski bolszewicy i wyzwolili nas spod okupacji niemieckiej. Tylko to wyzwolenie było natychmiastowym zniewoleniem i powrotem do pierwszej okupacji sowieckiej.

Gdy bolszewicy weszli do Polski, rozbrajali żołnierzy AK, rozstrzeliwali kadrę, wywozili żołnierzy na Sybir, do łagrów. Większość z nich stamtąd nie wróciła. Ale ludzie o tym nie wiedzieli. PRL ukrył, co się dało ukryć, i wpadło to w niepamięć. Wmawiano światu, że Polacy rzekomo z entuzjazmem witali bolszewików i chcieli być częścią imperium sowieckiego.

Gdy Sowieci weszli w 1944 r. do Polski, rozpoczęło się ostatnie wielkie powstanie narodowe, powstanie antykomunistyczne. Największe powstanie, jakie znamy. Poprzednie – powstanie styczniowe – trwało niespełna 2,5 roku i skończyło się wraz ze śmiercią ostatniego dowódcy oddziału partyzanckiego, ks. kapelana Stanisława Brzóski, który w 1865 r. został przez Rosjan powieszony na rynku w Sokołowie Podlaskim.

Powstanie antykomunistyczne na ziemiach polskich, które wybucha z początkiem 1944 r., symbolicznie kończy się w 1963 r. w październiku. 18,5 roku po tym, jak wybuchło, ginie ostatni partyzant antykomunistyczny”.

Leszek Żebrowski pochodzi z rodziny, której członkowie brali udział w tym powstaniu. Jego ojciec, zaangażowany w konspirację, przesiedział 5 lat w więzieniu, jego brat stryjeczny był komendantem okręgu białostockiego Narodowego Zjednoczenia Wojskowego – organizacji największej, najdłużej stawiającej opór. Zginął w grudniu 1949 r.

„Kiedyś nie było na ten temat publikacji, był tylko fałszywy przekaz komunistyczny. Tych żołnierzy nazywano bandami reakcyjnego podziemia – wspomina Żebrowski, tłumacząc, dlaczego zajął się tematem. – Tymczasem jak się potem okazało ze zdjęć – ludzie podziemia wyglądali lepiej niż współczesne wojsko: czyści, ogoleni, w przedwojennych polskich mundurach, wszystkie paski dopięte jak trzeba, broń doczyszczona, dobra prezencja. A bandy były po drugiej stronie – to ci, którzy ich ścigali, mordowali”.

Leszek Żebrowski zaczął spotykać się z powstańcami, odkrywać ich struktury, organizacje, zbierać dokumenty. „Pomyślałem, że trzeba to wszystko zachować dla naszych dzieci” – mówi. I tak zaczął odtwarzać pamięć o żołnierzach wyklętych. „Wyklęcie to nie przeklęcie, ale odrzucenie poza nawias społeczeństwa. Oni zostali odrzuceni. Minęło prawie 30 lat od zmian, ale oni dalej są wyklęci. Nadal funkcjonuje kłamstwo z czasów Stalina, że to bandyci i złodzieje – twierdzi Żebrowski porównując tę sytuację do czasów II Rzeczypospolitej. – Gdy powstała II RP w 1918 r., mieliśmy podobnych żołnierzy – powstańców styczniowych.

Przeżyło ich 3644. Też nazywano ich buntownikami i terrorystami w świetle prawa carskiego. Ale oni zostali uhonorowani w II RP. Ci, którzy dożyli, dostali umundurowanie, byli odznaczeni Virtuti Militari. Ci, którzy nie mieli stopni oficerskich w powstaniu styczniowym, byli awansowani na pierwszy stopień oficerski – podporucznika. Wyróżniali się w społeczeństwie: piękne siwe wąsy, czapki z biało-czerwoną kokardką. Ojciec mi opowiadał, że jak szedł powstaniec w miejscu publicznym, to otaczała go gromada dzieci, całowały w ręce – prosiły, aby opowiedział, jak bili kacapów”.

„Co mamy po 1989 roku? – pytał prelegent. – Niestety, nic. Powstańcom nie okazano żadnego szacunku. A to dlatego, że jest ciągłość między komunizmem a III RP. Wszystkie instytucje komunistycznego państwa przeszły w sposób łagodny do nowego państwa. Proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałaby Polska po 1918 r., gdybyśmy zachowali pruskie wojsko, carską żandarmerię, rosyjskie czy austriackie szkolnictwo.

Czy to byłaby Polska? A przecież to mamy po roku 1989. Komuniści dochodzą do władzy. Jaruzelski jest prezydentem, Kiszczak jest pierwszym wicepremierem, sługus komunistów Tadeusz Mazowiecki zostaje pierwszym premierem, mówi się niekomunistycznym, ale to był człowiek, który przez dwie pełne kadencje w latach 60. był posłem w PRL”.

O żołnierzach wyklętych oraz wielkim narodowym powstaniu antykomunistycznym Leszek Żebrowski opowiadał podczas kameralnego spotkania w redakcji „Nowego Dziennika”. Pozostałe spotkania poświęcił powstaniu warszawskiemu. W redakcji odpowiadał też na pytania poświęcone temu tematowi.

Dlaczego zajął się pan tematyką powstania warszawskiego?
Od kilku lat wokół powstania warszawskiego źle się mówi. Mamy do czynienia z narracją, która miała miejsce już po 1944 r. Czyli, że powstańcy są winni zniszczenia Warszawy, winni temu, że 200 tys. straciło życie. Trzeba z tą propagandą walczyć i pokazać ludziom, że to nieprawda.

Przed wybuchem powstania warszawskiego, 1 sierpnia 1944 r., Niemcy zamordowali – na miejscu albo wywieźli i zamordowali gdzieś indziej – 400 tys. ludzi. Po powstaniu natomiast zniszczyli Warszawę. Szli metodycznie, dom po domu, który ocalał po powstaniu, i palili Warszawę do stycznia 1945 r. Potem, gdy przyszli komuniści, to oni zniszczyli, co zostało.

Stąd zniszczenia Warszawy to nie wina powstańców. Gdy wybucha powstanie w Warszawie, to nie z założeniem, żeby miasto zniszczyć. Nikomu nie przyszło do głowy, że będzie trwało 2 miesiące, tym bardziej że podobne powstania w Wilnie i we Lwowie trwały po kilka dni, a miasta ocalały. Zakładano, że Warszawa też będzie się broniła kilka dni. Polacy byli pewni, że alianci nam pomogą. Przecież Polacy dali swój wkład w bitwie o Anglię, poszli walczyć za Francję po klęsce wojennej w 1939 r., przedostawały się całe jednostki na Zachód, by kontynuować walkę. Powstał II korpus gen. Władysława Andersa, dywizja gen. Maczka, najwybitniejszego polskiego dowódcy w czasie II wojny światowej.

Ludzie dzisiaj chodzą po Warszawie i nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że chodzą po krwi. Ta krew to nie skutek działań powstańców, to jest zbrodnia niemiecka, za którą odpowiadają tylko wyłącznie Niemcy. Bestia niemiecka była nieprzewidywalna. Ludzie wychodzili z domu rano i nie wiedzieli, czy wrócą. Na ulicy były łapanki – Niemcy stawiali ludzi pod ścianą i rozstrzeliwali – tu 300 osób, tu 270. Krew posypywali piaskiem, potem zmywali wodą.

Na warszawskiej Woli, w ciągu 2-3 dni, Niemcy zamordowali 40 tys. ludzi w najbardziej bestialski sposób, jaki można sobie wyobrazić. Wpędzali ludzi na podwórka wewnętrzne, rzucali wiązki granatów, rozstrzeliwali z karabinów maszynowych. Często było tak, że ci niedobici jeszcze drgali, a następni ludzie po nich byli wpędzani. Są miejsca, nawet nie do końca oznaczone na Woli, gdzie zginęło tysiąc albo dwa tysiące ludzi dosłownie w ciągu kilkunastu minut.

Ale jest jeszcze większa zbrodnia, o której ludzie pojęcia nie mają – dokonała się na Starym Mieście. Tam zginęło 60 tys. ludzi, w jednym miejscu, w ciągu 2 tygodni. Stałe bombardowania i ostrzeliwania spowodowały, że te domy na Starówce zostały zrównane z ziemią. Ludzie żyli pod gruzami, w piwnicach, gdzie był szpital, mieszkania, miejsca zbiórki i odpoczynku. Po upadku powstania Niemcy wymordowali tam wszystkich, którzy przeżyli. Nie wchodzili do tych piwnic, bo się bali. Wlewali w każdy otwór okienny benzynę, przychodzili z miotaczami ognia i palili ludzi żywcem.

Dzisiaj Starówka to ogródki, w których turyści piją kawę i winko, chodzą wycieczki. Nie wiedzą, co tam się wydarzyło. My o tym wiemy i musimy o tym mówić światu.
Dzisiaj z błędnym przekazem o powstaniu trzeba za wszelką cenę walczyć. Nie wolno oskarżać powstańców, dowództwa powstania, Polaków o głupotę czy o chęci samobójcze. Niemcy zabili przed powstaniem dwa razy więcej ludzi w Warszawie. A poza tym po tych kilku latach tego, co się w Warszawie działo, ludzie chcieli walczyć.

Prymas Stefan Wyszyński, który powstanie przeżył i był kapelanem powstańczym, mówił w kazaniach: „Ta ofiara była potrzebna, nawet jeśli przegrana – to potrzebna”. Te słowa mają bardzo głęboki sens i stanowią uhonorowanie uczestników powstania.

Niektórzy winą za upadek powstania obarczają nieudaną pierwszą mobilizację…
Pierwsza mobilizacja miała miejsce 27 lipca. Wyznaczono godzinę W, która nie wypaliła. Na miejsca zbiórek przyszło około 60 procent kadry. Mobilizację jednak odwołano. Drugi raz – 1 sierpnia – już tylko 40 procent stawiło się w miejscach zbiórek. Panował chaos.

Jak już raz zorganizowano mobilizację, i ona nie wyszła, to za drugim razem część nie przyszła i nie ma się czemu dziwić, bo to były formacje ochotnicze. To nie było wojsko, gdzie się wydaje rozkaz i wszyscy mają się stawić. To byli ochotnicy, ludzie przychodzili z własnej woli, z własną bronią – ten miał granat, ten miał butelkę zapalającą, ten miał mundur, szablę, cokolwiek. Sami szli, nikt ich do tego nie zmuszał.

Czy ta pierwsza mobilizacja negatywnie wpłynęła na całokształt powstania?
Fatalnie wpłynęła. Wszystkie plany operacyjne zakładały, że powstanie w Warszawie, jeśli ma w ogóle wybuchnąć, to tylko w nocy, kiedy nie ma nikogo na ulicach. Żadnych walk w dzień, kiedy ludność cywilna będzie na ulicach i nie będzie miała się gdzie schronić. Powstanie miało wybuchnąć ok. 1-2 w nocy, kiedy warty Niemców były osłabione, bo strażnicy byli już senni. Powstanie wybuchło nie o godz. 17:00, ale trwało od rana pierwszego dnia sierpnia.

Ważnym założeniem było to, że raz wydany rozkaz o powstaniu nie może być cofnięty, bo gdy nastąpi mobilizacja, to dojdzie do dekonspiracji. Jeśli wróg będzie uprzedzony, to będzie przygotowany. Stąd 1 sierpnia Niemcy są przygotowani, mają zgromadzoną broń, wzmocnione posterunki. Czekają na powstańców. Gdyby nie było wcześniej mobilizacji, byłby element zaskoczenia, który w przypadku, gdy jest się gorzej uzbrojonym, jest najważniejszym atutem. Tego zabrakło.

Podobno przed powstaniem wywieziono z Warszawy broń…
Nie wszystkie zasoby broni zostały użyte w powstaniu. W Warszawie gromadzono broń od września 1939 r. Tej broni było bardzo dużo, więcej, niż się ludziom wydawało, i pochowana była w różnych miejscach. Potem kierowana była do oddziałów powstańczych. Zasoby broni zostały podzielone na trzy części. Pierwsza to to, co zostało wykorzystane: 2500 karabinów, kilkadziesiąt ciężkich karabinów maszynowych, działka przeciwpancerne.

Około 900 pistoletów maszynowych, z ogromną ilością amunicji, także, z cięższą bronią było zakopanych w różnych miejscach Warszawy. Te zasoby nie zostały wykopane przed powstaniem. Teren, gdzie zostały schowane, był pod zarządem niemieckim, więc powstańcy nie mieli do nich dostępu. Te ogromne zasoby broni zostały dopiero odkopywane w 1947 r., podczas odbudowy Warszawy. Gdyby udało się je wydostać na 2-3 dni przed powstaniem i rozdzielić na punkty, gdzie powstańcy mieli walczyć, ta broń zostałaby wykorzystana.

Mniej więcej tydzień przed powstaniem wychodzą ostatnie transporty broni z Warszawy. Idą do partyzantów w Kampinosie, na Lubelszczyźnie, na tereny Podlasia. Broń wywożono, bo Warszawa nie miała być terenem powstańczym. To miało być powstanie powszechne w Polsce, ale nie w stolicy. Pierwsze plany operacyjne powstania powszechnego powstały już w grudniu 1939 r. I one były cały czas później przepracowywane. W marcu 1944 r. Warszawa już była całkowicie wykluczona z powstania powszechnego, jakie miało wybuchnąć w Polsce. Dlaczego? Bo chciano zachować stolicę.

Dopiero tydzień przed 1 sierpnia zapada decyzja, że Warszawa też będzie objęta powstaniem. Gen. Kazimierz Sosnkowski argumentował, że nie można przeprowadzić powstania w Warszawie, skoro nie było tam przygotowane, nie było planów operacyjnych ani przeznaczonej broni na Warszawę. Ale jednak tydzień przed powstaniem zapada decyzja w Polsce, w Warszawie, ale także w Londynie, ale nie w czynnikach wojskowych, w zupełnie innym miejscu – w kręgach politycznych. Premier Stanisław Mikołajczyk, który jechał do Moskwy na rozmowę, chciał swoje racje umocnić tym, że mamy w Polsce powstanie. Jego zaplecze polityczne też na to naciskało. Ale przez tydzień nie było możliwe, aby przygotować powstanie w Warszawie. To była tragedia i chaos.

Jakie błędy widzi pan w działaniach przywódców powstania?
Trudno oceniać po kilkudziesięciu latach. Nie ma już ludzi, którzy podejmowali decyzje, z którymi moglibyśmy to przedyskutować. Ale smutna prawda jest taka, że kadra dowódcza AK nie była na poziomie. Nie byli to ludzie najwyższych lotów. Gen. Tadeusz Bór-Komorowski był bardzo zacnym oficerem kawalerzystą, ale nie miał horyzontów naczelnego wodza i dowódcy AK. To był człowiek, który z trudem podejmował decyzje. W wojsku najważniejszą rzeczą jest przewidzieć, rozpoznać sytuację, podjąć decyzję i dać rozkaz do wykonywania. Na takiego dowódcę żołnierz patrzy z przekonaniem.

Gen. Komorowski cały czas się wahał. Zrobić powstanie, czy nie zrobić. W końcu gen. Leopold Okulicki dokonał rzeczy strasznej, haniebnej. Zagroził Komorowskiemu, że jeśli nie zwoła powstania, to go aresztuje i przejmie dowództwo. To tak de facto była próba zamachu stanu. Na polu walki zostałby rozstrzelany za coś takiego.

Zatem były dwie frakcje w komendzie głównej AK, które walczyły ze sobą. W wojsku coś takiego nie może mieć miejsca. Partie polityczne mogą się dzielić, ale w wojsku musi być jednolitość myśli, hierarchia i jednoosobowa odpowiedzialność. W wojsku muszą być ludzie z wizją. Takich ludzi w konspiracji zabrakło. W dowództwie byli ludzie, którzy nie powinni byli tych stanowisk zajmować.

Jak pan ocenia politykę historyczną PiS?
To ogromna zmiana. To skok ilościowy i jakościowy. W tym przypadku możemy mówić o dobrej zmianie. Są zmiany w IPN, w różnego rodzaju muzeach i instytucjach, w mentalności. Wcześniej Jan Tomasz Gross i jego była żona zapraszani byli wszędzie za pieniądze polskiego podatnika. Byli obwożeni po placówkach oświatowych, gdzie Gross mógł mówić, co chciał, bez żadnych przeszkód, bo te spotkania były zamknięte. Nie można było wejść i powiedzieć: panie Gross, pan kłamie. Teraz tego nie ma i nie będzie.

Przed nami jest wiele spraw, które trzeba zmienić, chociaż nie zawsze dadzą się one zmienić od razu, jak na przykład podręczniki w szkołach wszystkich szczebli: od podstawówek po akademickie. Kadra akademicka to też ludzie z tamtej epoki.

Kiedy i w jaki sposób tę kadrę wymienić?
Mamy 20 lat straconych, ale to nie jest tak, że wszystko zostało stracone. Z tych zasobów, które mamy, które są niewielkie, trzeba stworzyć nowe instytucje – placówki, zespoły, które zaczną pisać nowe podręczniki.

Nie jest to możliwe z dnia na dzień. Trzeba intensywnie pracować, żeby dopuścić do głosu młode pokolenie. Jest dużo młodych ludzi w Polsce, którzy skończyli studia za granicą, wracają do Polski i są kompletnie nikomu niepotrzebni. Mają wiedzę, znają języki, widzieli normalny, wolny świat. Przyjeżdżają do Polski, gdzie siedzi postkomuna, czyli tzw. chamokomuna z poprzedniej epoki. Nawet jakby chcieli swoich studentów nauczyć, to nie potrafią, bo znają tylko to, co ich przez te dziesiątki lat nauczono. Trzeba tych młodych poprosić, zapłacić im każde pieniądze, żeby wracali albo żeby pisali stamtąd, gdzie są,nowe podręczniki i książki.

Powinna nastąpić czystka. Wszyscy absolwenci uczelni ideologicznych powinni być wyrzuceni. Trzeba im dać rok na napisanie nowej pracy doktorskiej, na nowych warunkach. Nie można na podstawie pracy doktorskiej napisanej w czasach komunistycznych wykładać teraz na szanujących się uniwersytetach.

Wymiana kadry akademickiej powinna była być jedną z pierwszych ważnych rzeczy, których nie zrobiono. Inna to porządek w systemie sądowniczym. Istotą każdego zdrowego społeczeństwa jest bezpieczeństwo, to, które zapewnia nam państwo. Ja się czuję bezpieczny, gdy wiem, że prokurator będzie ścigał nie mnie, ale przestępcę. A mamy do czynienia z zupełnie czymś innym. Sędziowie, którzy przeszli z PRL-u, najwięcej skorzystali na zmianie. Przedtem nad nimi był gorset partii komunistycznej, a teraz są zupełnie bezkarni. Prezes Rzepliński uważa, że państwo to on i nic mu nie grozi. On uważa, że wszystko wie, wszystko może i jest nie do ruszenia.

Jakby po 1989 r. wprowadzono ustawę dekomunizacyjną, to prezes Rzepliński nie byłby prezesem TK. Nie byłby nawet sędzią, bo przez 10 lat był funkcjonariuszem partii komunistycznej. To bardzo długo.
Jakby była dekomunizacja, to ci ludzie nie mieliby dostępu do tych funkcji, jakie dostali. To tak jakby w II RP carski żandarm powiedział: „Ja tu chcę zostać w Polsce, byłem policmajstrem w Warszawie, biłem tu nahajką, trzymałem w cytadeli, a teraz będę waszym dobrym policjantem”. To się nie mieści w głowie, a to naprawdę w Polsce się stało. Mówiło się, że nie można było rozwiązać tajnych służb, bo to byli fachowcy, że państwo było bezbronne. Ale w innych państwach rozpędzono służby komunistyczne. Przyszli nowi ludzie, nieobciążeni, bez takiej przeszłości. Nic się nie działo wówczas w Europie, nic nam nie groziło przez te pół roku, mogliśmy przeprowadzić zmiany.

Kwiat polskiej inteligencji wykoszony został w trakcie II wojny światowej lub po niej. Jaka była ta inteligencja prawicowa i lewicowa przed wojną?
Przed wojną mieliśmy przyzwoitą lewicę; normalną, która nie miała nic wspólnego z komunizmem. Ludzie, którzy sprawowali się bez zarzutu. Można było być lewicowcem, prawicowcem i człowiekiem bez określonych poglądów, ale przy tym być bardzo dobrym obywatelem.

Socjalizm w Polsce został spacyfikowany, skomunizowany. Partia socjalistyczna została ograbiona z przywódców, którzy albo byli na emigracji, albo przeszli na stronę komunistów – tak jak Cyrankiewicz – a sama partia została wchłonięta przez komunistów i tak powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

Ludzie, którzy przed wojną działali w lewicy, rozumowali kategoriami państwa i pewnych obowiązków. Najpierw niepodległość, najpierw Polska wolna, a potem sprawy wewnętrzne. Polska ma być socjalistyczna, własność ma być państwowa, gospodarka ma być planowana. Kazimierz Pużak, jeden z przywódców niepodległościowych socjalistów, po wojnie został przez komunistów aresztowany, bo był symbolem niezależności i lewicy.

Gdy  został aresztowany i postawiony przed sądem, na pytania sędziów i prokuratorów odpowiadał z niezwykłą godnością: „Nazywam się Kazimierz Pużak. Jestem Polakiem wyznania rzymskokatolickiego”. Nie dostał kary śmierci. Dostał 10 lat więzienia, ale go nie przeżył. Zatłukli go w więzieniu. A tak naprawdę Pużak urodził się jako prawosławny Ukrainiec. Miał na imię Bazyli. Został Polakiem z wyboru. Chciał nim być, przyjął imię Kazimierz, przyjął katolicyzm. Pokazał, że można być Polakiem, bez polskiego pochodzenia. Mamy przepiękną tradycję tolerancji, jakiej nie ma w innych krajach. W Wielkiej Brytanii, we Włoszech, Niemczech jest nacjonalizm. Urodziłeś się Niemcem, to jesteś Niemcem. Nie możesz być Niemcem, jak nie masz niemieckiej matki czy ojca. To samo jest u Żydów – nie masz matki Żydówki, nie jesteś Żydem.

W Polsce tego nie ma. Mamy bardzo wielu Polaków pochodzenia niemieckiego, szwedzkiego, ukraińskiego, żydowskiego. Oni wybrali polskość. Polakami stali się z wyboru, dlatego, że przyjęli polski sposób myślenia, polski interes narodowy jako swój, bronili go i z nim się utożsamiali.
Taki był Kazimierz Pużak. Takich ludzi trzeba pokazywać, ich lansować.

Podczas rządów komunistycznych po wojnie straciliśmy 5 tys. polskiej inteligencji na mocy wyroków sądowych. To byli intelektualiści światowej sławy. Zabici po wojnie przez komunistów. Polska została bez głowy. Sowieckie powiedzenie jest takie: nie da się zniszczyć społeczeństwa, jak mu się nie urwie głowy. Bo inaczej trzeba by zabić wszystkich. A jak urwiemy głowę, zlikwidujemy inteligencję, to cała reszta pójdzie w rozsypkę i łatwiej będzie ją eksterminować.

Jak zatem odbudować polską inteligencję?
Gdybyśmy zaczęli nad tym pracować już od razu po 1989 r., to bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. A trzeba było zrobić to, co zrobiła Polska po 1918 r. – skorzystała zasobów ludzkich na emigracji. Stamtąd się wziął Ignacy Paderewski, polskie wojsko, elity bankowe, naukowcy, uczeni. Wszyscy byli na emigracji. Nie było ich w Polsce pod rozbiorami. Zaczęli do kraju przyjeżdżać z Australii, Ameryki Południowej, ale głównie ze Stanów Zjednoczonych.

Świat polskiej inteligencji był w świecie. Zostawili swoje interesy, pozycję społeczną i wrócili. Paderewski nie musiał się zajmować polityką, mógł sobie grać, bo był już światowej sławy pianistą, ale wiedział, że ktoś z takim nazwiskiem jak on musi wrócić, by świat mógł zobaczyć, że Polacy mają przywódców.
Po 1989 r. nikogo nie ściągnięto z zagranicy oprócz przedstawicieli emigracji z 1968 r. A dla całej reszty zamknięto drzwi.

Mam wrażenie, że ludzie w Polsce mają dzisiaj zupełny mętlik w głowie, są skłóceni. Co będzie z naszym krajem w takiej sytuacji?
Ludzie nic nie rozumieją. Można ludziom narzucać wzorce i oni w nie wierzą. Była Anna Walentynowicz – zasłużona działaczka Solidarności, ale została w ostatnich latach rządów Donalda Tuska i jego ekipy kompletnie wyrugowana z naszej pamięci. Nagle stała się niepotrzebna. Ale za to znalazła się zastępcza bohaterka – Henryka Krzywonos. Wsiadła do tramwaju, jak był strajk. Stanęła na skrzyżowaniu, zatrzymała ruch i okrzyknęła się bohaterką. I ludzie jej wierzą. Ktoś, kto nie ma zmysłu krytycznego, wyobraźni politycznej, odbiera ten obraz jako prawdziwy.

Dzisiaj mówienie o żydokomunie, czyli o komunistach pochodzenia żydowskiego, jest równane z byciem antysemitą. Jak z tym walczyć?
Nie trzeba walczyć, tylko trzeba przypominać, kto to pojęcie wprowadził. Adam Michnik sam mówił, że pochodzi ze środowiska zwanego żydokomuną. Prof. Paweł Śpiewak, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, napisał książkę pt. „Żydokomuna”. To jest pojęcie w obiegu naukowym, a nie pojęcie antysemickie. Ta część nieżydowskiego pochodzenia, która była w komunizmie, mówi o sobie chamokomuna.
A my z tego korzystajmy. Nazywajmy ich po imieniu, nie bójmy się etykiety.

ROZMAWIAŁ: LESZEK SADOWSKI

Autor: