Nie muszę już nic udowadniać

0
5

Podczas koncertu wychowanków Music Education Center wieńczącego rok szkolny powiedział pan, że istnieje pewne niebezpieczeństwo dotyczące dalszej działalności tej szkoły i może się okazać, że po wakacjach nie rozpocznie ona regularnych zajęć. Z czym związane jest to zagrożenie?
Problem zaczął się w ostatnim dniu października ub.r., kiedy to podczas kilkugodzinnej ulewy woda, która dostała się spod dachu do pomieszczeń klasowych, zalała fortepian, powodując poważne uszkodzenia. Koszt remontu jest bardzo wysoki. Początkowo gospodarz budynku był skłonny do polubownego załatwienia tej sprawy, ale ostatecznie stwierdził, że według niego nie ma żadnych szkód, i w związku z tym nie będzie pokrywał żadnych kosztów naprawy fortepianu. Dodatkowo podniósł wysokość czynszu. W związku z tym stwierdziłem, że skoro nie będzie ze mną rozmawiał na temat pokrycia kosztów moich szkód, to ja wstrzymam się z płaceniem czynszu. Wówczas on skierował sprawę do sądu i od tego momentu nie chce ze mną rozmawiać. 6 czerwca mieliśmy pierwszą rozprawę, która jednak nie przyniosła nic konkretnego. Od prawnika gospodarza budynku dowiedziałem się tylko, że mam opuścić zajmowane pomieszczenia. Jednak nie podał żadnego konkretnego argumentu, poza tym, że stwierdził, iż zajmuję je nielegalne od 23 lat. Wówczas sędzia zapytała, czy mam jakieś dowody na to, że przez ten czas płaciłem czynsz. Odpowiedziałem, że mam kopie czeków od 23 lat. W związku z tym uznała, że mam je przygotować na kolejną rozprawę i wyznaczyła jej termin na 16 lipca.

Słyszałem jednak, że to nie był pierwszy przypadek zalania pańskiej szkoły wskutek ulewnego deszczu. Jak zakończyła się wcześniejsza tego typu sprawa?
Pierwszy raz moja szkoła została zalana 9 lat temu. Jednak wtedy byłem wewnątrz i zapobiegłem zniszczeniu fortepianu. Pewne szkody jednak powstały i wówczas właścicielka budynku zwolniła mnie z czynszu w jednym miesiącu. Obecny gospodarz nie jest właścicielem kamienicy, tylko reprezentuje prawnie schorowaną i ubezwłasnowolnioną Nancy di Gruccio. Jest to jej siostrzeniec, który w jej imieniu administruje budynkiem. Zdążył już wyrzucić z niego jeden z biznesów, którego właścicielowi podniósł czynsz tak wysoko, że ten w kilka dni zamknął prowadzony tam sklep. Ironią losu jest fakt, że ów siostrzeniec jest emerytowanym nauczycielem nauki gry na fortepianie. Ma 79 lat i ciągle daje lekcje w swoim domu na Long Island. Dlatego cała ta sytuacja jest dla mnie szalenie dziwna.

Jaka jest szansa na pozytywne rozwiązanie tego problemu?
Na polubowne rozwiązanie nie ma chyba żadnych szans, ponieważ za każdym razem, gdy próbuję się skontaktować z obecnym gospodarzem, to otrzymuję tylko wiadomość tekstową, żebym dzwonił do jego adwokata. Tak więc wszystko pozostaje w rękach pani sędzi, która prowadzi tę sprawę w sądzie. Jeżeli zdecyduje, że muszę się wyprowadzić, to opuszczę te pomieszczenia, jeżeli jednak powie, że mam prawo nadal tam działać, to na pewno tam zostanę.

Co w przypadku, gdy przyjdzie się panu wyprowadzić? Czy jest jakieś inne miejsce na Greenpoincie, w którym pańska szkoła mogłaby działać?
Odwiedziłem kilka różnych miejsc i niestety wszystkie są zajęte, w związku z czym nie mogę nawet planować, gdzie mógłbym dawać lekcje moim uczniom. Ich rodzice również są zaniepokojeni i zbulwersowani tą sytuacją, i nawet proponują, żebym udzielał lekcji w ich prywatnych domach. Są też tacy, którzy sugerują, że powinienem się wyprowadzić do New Jersey. Ja jednak kocham Greenpoint, tutaj zakładałem tę szkołę i tutaj chciałbym doprowadzić ją do 30-lecia, do którego brakuje tylko dwóch lat. W przyszłym roku ja będę miał 50-lecie pracy zawodowej i również nie chciałbym zostać w tym czasie tzw. ulicznym nauczycielem, tylko jednak prowadzić swoją szkołę.

A czy nie lepiej byłoby nawiązać współpracę w tej sprawie z którąś z polonijnych organizacji?
W ciągu prawie 28 lat działalności Music Education Center żadna instytucja polonijna nie zainteresowała się moją szkołą. Właściwie szkoda, że nikt nie pomyślał o tym, żeby tę szkołę skojarzyć z jakąś organizacją oraz by była ona traktowana jako polonijne miejsce edukacji muzycznej. Tak zrobili Grecy, dając pomieszczenia przy dużym centrum baletowym na działalność szkoły muzycznej mojego syna Wojtka, który prowadzi ją na Bay Ridge. I mają z tego powodu ogromnie dużo korzyści, ponieważ dzieci, które tańczą, chodzą również na lekcje fortepianu, co jest również bardzo wygodne dla rodziców. Utrzymanie szkoły było dla mnie bardzo dużym obciążeniem finansowym, ale nie żałuję ani jednego dnia, który w niej spędziłem. Dzięki niej poznałem wspaniałe i zdolne dzieci oraz świetnych rodziców, i mam tę satysfakcję, że zaszczepiłem jakąś cząstkę świata muzycznego w tych dziecięcych duszach i na pewno coś z tego w nich pozostało.

Od kiedy działa Music Education Center? Jak doszło do powstania tej szkoły?
Przyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych w 1987 roku nie miałem zamiaru prowadzić swojej szkoły, ponieważ nawet nie wiedziałem, jak w tym kraju funkcjonuje tego typu działalność. Szybko jednak zauważyłem, że wielu Polaków ma tutaj swoje biznesy. W związku z tym, że mój syn zaczął studiować, potrzebne nam były pieniądze na jego edukację. Dlatego też początkowo pracowałem w bardzo różnych zawodach, od hydraulika, przez stróża nocnego i kierowcę samochodu dostawczego aż po pomocnika na budowach. Po trzech latach zdecydowałem się na zainwestowanie odłożonych pieniędzy w swój biznes. W styczniu 1991 roku postanowiłem zarejestrować szkołę i dzięki pomocy Waldemara Kozickiego z agencji Millennium powstało Music Education Center. Na początku działałem w budynku przy 253 Kingsland Avenue. Pomieszczenie wyremontował mi amerykański hydraulik niemieckiego pochodzenia Billy Manks, który uwielbiał muzykę. Wcześniej pracowałem u niego jako pomocnik, ale on często prosił mnie, żebym do pracy przychodził pół godziny wcześniej – zresztą podobnie robił z innymi pracownikami – i zapraszał nas do swojego domu. Ja miałem za zadanie opowiadać o muzyce i przygotowywać prawie godzinne seanse słuchania muzyki, w ten sposób edukował on muzycznie swoich hydraulików. Był to niezwykły człowiek. Gdy w 1988 roku miałem pierwszy koncert w Lincoln Center, podczas którego dyrygowałem orkiestrą na 50-lecie Polish American Folk Dance Company, Stanleya Pelca, to Billy Manks kupił 12 biletów.
Pomieszczenie przy Kingsland Avenue musiałem opuścić, ponieważ budynek został sprzedany. Przez pewien czas prowadziłem zajęcia w różnych miejscach, trochę w sali parafialnej kościoła św. Stanisław Kostki, trochę w Polskim Domu Narodowym „Warsaw”, aż w końcu trafiłem na pomieszczenie przy 589 Humboldt Street, w którym w czwartki odbywały się spotkania Klubu Republikańskiego. Okazało się, że w pozostałe dni mogłem tam prowadzić swoje lekcje, zgodzili się na to zarówno dr Leon Nadrowski, który ten klub prowadził, jak i Nancy di Gruccio, właścicielka budynku. Przez kilka lat żyliśmy w takiej symbiozie, a od 1995 roku wynajmuję te pomieszczenia zupełnie sam. Szkoła bardzo szybko się rozwijała i bez większej reklamy zyskiwała dużą popularność. W najlepszym okresie miałem 55 uczniów, było tyle pracy, że musiałem ich uczyć nawet w soboty. Na odpoczynek pozostawała mi tylko niedziela.

Ilu uczniów przewinęło się przez Music Education Center do tej pory?
Przez te prawie 28 lat działalności było ich około 650-700. Są to osoby, które po rozstaniu się ze mną wyszkoliły się w różnych zawodach, ale bardzo często mam od nich sygnały sympatii. Niedawno spotkałem chłopaka, który rozpoznał mnie na Manhattan Avenue na Greenpoincie, podszedł do mnie i się przedstawił. Oczywiście z nazwiska go kojarzyłem, ale z wyglądu już nie, bo jak chodził do mojej szkoły, miał 12 lat, a obecnie ma 32. Okazało się, że jest on żołnierzem US Navy. Zdradził mi także, że bardzo często zdarza mu się, że przeklina dzień, w którym zdecydował się porzucić granie, ponieważ to co umie pozwala mu na to, żeby w chwilach słabości i złego samopoczucia siąść przy swoim starym pianinie i po chwili poczuć się lepiej. Mam ucznia, który doktoryzował się na Wydziale Muzykologii na paryskiej Sorbonie. Cały czas twierdzi, że wszystko co ma związanego z muzyką wziął ode mnie, uważa, że byłem tym człowiekiem, który go wprowadził w świat muzyki oraz przekonał go do tego, że powinna ona towarzyszyć naszemu życiu na co dzień. Jacek Błaszkiewicz, bo o nim mówię, jest świetnym pianistą i wykładowcą akademickim. Mam też absolwentkę, która doktoryzowała się z psychologii, ale była najlepszą pianistką. Agnieszka Dynda wykłada teraz na St. John's University na Queensie. Z kolei na Queens College sprawami chóralnymi i muzycznymi zajmuje się Paulina Piędzia, również absolwentka mojej szkoły. Obie dziewczyny, prócz szkoły, były także solistkami w chórach, które prowadziłem: Esprit de Chorus i Paderewski Festival Singers. Absolwentów było wielu, są pośród nich prawnicy, lekarze, policjanci i naukowcy. Wszyscy uczniowie, którzy przeszli przez moją szkołę, zapowiadali się na wspaniałych ludzi w swoim życiu. Często spotykam ich rodziców, którzy to potwierdzają, a przy okazji niejednokrotnie mówią mi: „Pan ich nie tylko uczył muzyki, ale pan ich także wychowywał”.

Skąd u pana te zdolności pedagogiczno-wychowawcze? Pytam o to, ponieważ wiem, że praca z dziećmi wymaga sporo cierpliwości.
Skończyłem liceum pedagogiczne, a te szkoły były takimi „fabrykami” produkującymi nauczycieli. Przez cztery lata mieliśmy psychologię dziecka, praktyki pod okiem pedagogów w prywatnych domach dzieci, pisaliśmy z tego bardzo dokładne raporty, dlatego obserwacja dziecka była bardzo ważnym elementem naszego wykształcenia. Psychologia dzieci bardzo różni się od psychologii dorosłego człowieka, dlatego też należy wiedzieć, jak z nimi postępować. Rodzice, którzy byli obecni na moich lekcjach ze swoimi pociechami, niejednokrotnie zadawali właśnie takie pytanie: „Skąd pan ma tyle cierpliwości?”. A to wszystko związane jest z tym, że ja wiem, co w takim dziecku siedzi i jak do niego podejść.

W jaki sposób pan zainteresował się muzyką?
Moja mama, mimo że miała tylko tzw. przedwojenną małą maturę, była kobietą o wysokim intelekcie. Znała perfekcyjnie język polski, znała język niemiecki, przepięknie pisała i miała ogromne spektrum zainteresowań. W związku z tym, że dużo czytała, przekazywała nam wiadomości, o których pewnie dowiedzielibyśmy się dopiero po pójściu do szkoły. Natomiast ja i moje rodzeństwo jeszcze jako dzieci przerobiliśmy z nią część Trylogii Henryka Sienkiewicza, i poezji Adama Mickiewicza. Mama znalazła na to czas, mimo że w wieku 33 lat została wdową z czwórką dzieci. I również mama wprowadzała mnie w świat muzyki. Nie wiem, skąd ona znała zapis nutowy, którego mnie nauczyła. Gdy miałem sześć lat, dostałem skrzypce i, mimo wielkich kosztów, chodziłem na prywatne lekcje gry. Był to mój ulubiony instrument do czasu, gdy miałem osiem lat oraz gdy mój kuzyn Ryszard zagrał koncert w Polskim Radiu. Wówczas moje ciocie stwierdziły, że gdybym więcej ćwiczył, to też mógłbym wystąpić w radiu. Wtedy ze złości wyjąłem skrzypce z futerału i rozbiłem je o ścianę. Wówczas moja zapłakana mama przeprowadziła ze mną poważną rozmowę i powiedziała mi, że „nigdy w życiu nie powinienem porównywać się z innymi ani innych osób do siebie”, i to zostało mi do dziś. W szóstej klasie szkoły podstawowej postanowiłem, że będę nauczycielem i rok później pojechałem do liceum pedagogicznego, zdałem egzamin i zostałem kandydatem na nauczyciela. Później otrzymałem trąbkę i w ciągu jednego dnia – dzięki pomocy organisty z Rajczy, gdzie mieszkałem – nauczyłem się na niej grać. Wówczas trąbka stała się moim ulubionym instrumentem, ale po jakimś czasie musiałem wrócić do skrzypiec, ponieważ w liceum pedagogicznym musieliśmy nauczyć się gry na tym instrumencie, by później w szkole móc to wykorzystać na lekcjach muzyki. Tam nie chodziło o wykształcenie indywidualnych artystów muzyków, tylko o przygotowanie nas do zajęć praktyczno-pedagogicznych podczas późniejszej pracy w szkołach. Gdy nasz profesor zauważył, że potrafię bardzo dobrze grać na skrzypcach, to zawsze stawiał mnie przed pulpitem i nie tylko byłem głównym skrzypkiem, ale także prowadziłem zajęcia. Z kolei fortepianem zainteresowałem się po maturze, już w Studium Nauczycielskim w Tarnowie. Tam porzuciłem zarówno skrzypce, jak i trąbkę, czego teraz bardzo żałuję, ale zakochałem się w fortepianie oraz dodatkowo zostałem zarażony chóralistyką. Po studium nauczycielskim kształciłem się na Wydziale Wychowania Muzycznego w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach oraz na Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie, gdzie głównie rozwijałem pianistykę, ale tylko pod kątem pedagogicznym, uczenia innych. Dlatego też teraz to wszystko przychodzi mi z taką łatwością.

Music Education Center nie było pierwszą szkołą, w której zaczął pan wykorzystywać swoje umiejętności pedagogiczne i muzyczne. Kiedy i gdzie rozpoczął pan karierę zawodową?
To było w 1969 roku w Rybniku, tam zostałem zatrudniony w szkole podstawowej, gdzie prowadziłem chór i lekcje muzyki. Rok później przeniosłem się do szkoły podstawowej w Jejkowicach koło Rybnika, gdzie na 400 uczniów stworzyłem chór złożony ze 160 dzieci. Później na konkursie wojewódzkim chór ten zajął pierwsze miejsce. To postawiło mnie na równi z rybnickimi legendami muzycznymi prowadzącymi chóry, jak np.: Jan Chrzanowski, Kazimierz Niedziela czy Czesław Freund. Właśnie w Rybniku eksplodowała moja energia chóralistyczna. Prócz wspomnianej szkoły podstawowej prowadziłem chóry w technikum górniczym oraz przy Teatrze Ziemi Rybnickiej, a sam śpiewałem w chórze nauczycielskim. Prowadziłem także tzw. ogniska pracy pozaszkolnej. Największe moje osiągnięcia w Rybniku to Dziecięcy Zespół Pieśni i Tańca „Przygoda”, który założyłem w 1972 roku, a który działa do dzisiaj, oraz Górniczy Zespół Pieśni i Tańca „Górnicy”, działający przy kopalni Dębieńsko w Leszczynach. W Rybniku spędziłem 18 pięknych lat i wspominam ten okres jako najbardziej produktywny w moim życiu. Tam pracowałem z niezwykle uzdolnionymi fachowcami, a z choreografką i akompaniatorem z zespołu pieśni i tańca rozumiałem się praktycznie bez słów. To wszystko dało mi wiele wiary w siebie oraz tak mnie ukształtowało, że zacząłem kierować energię w muzykę przy jednoczesnym zachowaniu normalnego życia. Dlatego też po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych nie miałem problemów ani z prowadzeniem własnej szkoły muzycznej, ani też z zakładaniem chórów.

W Stanach Zjednoczonych współpracował pan z wieloma chórami.
Zacząłem jako członek chóru św. Cecylii, działającego przy parafii św. Stanisława Kostki. Później zostałem członkiem męskiego chóru Echo, który spotykał się w Centrum Polsko-Słowiańskim i był prowadzony przez nieżyjącego już dr. Alfreda Zająca. Później doszło do połączenia tego chóru z żeńskim chórem Symfonia, dzięki czemu w 1988 roku powstał chór mieszany Hejnał, którego zostałem dyrygentem. Po roku pracy z tym chórem zostałem generalnym dyrygentem VII Okręgu Związku Śpiewaków Polskich w Ameryce. Mając niedosyt chóralistyki w Hejnale założyłem przy kościele św. Stanisław Kostki amerykański chór, który działał trzy lata. Po jego rozpadzie w 1992 roku założyłem międzynarodową grupę wokalną Esprit de Chorus, która tutaj nie miała sobie równych. Nawiązaliśmy współpracę z Jackiem Zganiaczem jako akompaniatorem i graliśmy wiele koncertów przy wypełnionych salach. Z kolei z VII Okręgu Związku Śpiewaków Polskich w Ameryce odszedłem w 2001 roku i jeszcze w tym roku na wniosek Fundacji Kościuszkowskiej założyłem Paderewski Festival Singers. Prócz tych chórów, zastępując różnych dyrygentów, pracowałem jednocześnie z sześcioma chórami. Po 14 latach powróciłem do Hejnału na prośbę jego członków i nadal staram się go rozwijać. Poza tym skomponowałem muzykę do amerykańskiego filmu „Pay day”, wyreżyserowanego przez Sashę Oster. W dodatku zagrali w nim m.in. uczniowie mojej szkoły muzycznej.

Przez te lata pobytu w Nowym Jorku zajmował się pan również dziennikarstwem.
Praca ta zajęła mi sporo czasu, ale dała mi także wiele ciekawych doświadczeń. Prowadziłem audycje z muzyką poważną we wszystkich rozgłośniach radiowych, jakie istniały w Nowym Jorku, przez prawie trzy lata miałem program w telewizji US Polsat, pisałem artykuły, recenzje i felietony do polonijnej pracy, w tym do „Nowego Dziennika”, a mój blog www.sporek.com zbliża się właśnie do czytelnika numer 800 tysięcy.

W przyszłym roku przypada 50-lecie pańskiej pracy pedagogicznej. Czy w związku z tym planuje pan jakieś specjalne uroczystości?
Ja już nie mam ani siły, ani ochoty na robienie sobie ołtarzyków i nie przewiduję jakichś specjalnych obchodów z tym związanych. Nie wiem nawet, czy ktokolwiek zauważy ten fakt, ale wcale mi na tym nie zależy. Doszedłem już w swoim życiu do takiego etapu, że nie muszę już nic nikomu udowadniać.

Rozumiem, że w związku z tym czuje się pan osobą w pełni spełnioną?
Nie wiem, czy jestem spełniony na sto procent, ale patrząc na to, co mężczyzna powinien zrobić w życiu, to tak. Mam dwóch wspaniałych synów, posadziłem kilka drzew oraz wybudowałem dom, poza tym napisałem książkę, więc chyba nie potrzeba mi już więcej dowodów dotyczących spełnienia.

A jakie są pańskie dalsze plany artystyczne?
Chciałbym zrobić jeszcze jeden koncert w Carnegie Hall i właśnie czekam na odpowiedź, kiedy to może być zrealizowane. Będą to pieśni Stanisława Moniuszki w różnych językach. Jest to genialny koncept koncertu autorstwa świetnego pianisty Emiliana Madeja z Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. W roku ubiegłym widziałem go na Zamku Królewskim i postanowiłem, że zaprezentuję go w Nowym Jorku. Na prośbę autorów i wykonawców tego koncertu muszę zbudować specjalnych chór – jak to było powiedziane – „młodych, pięknych”. Potrzebuję raptem dwadzieścia osób.

Myślę, że to spełnienie przejawia się także w tym, że ma pan również w rodzinie swoich następców kontynuujących artystyczne spojrzenie na świat. Został nim zarażony nie tylko syn, ale również pańskie wnuczęta.
Jeżeli kiedyś zabraknie mi pracy, to będę miał więcej czasu na podziwianie ich rozwoju artystycznego oraz na logistyczną pomoc w dowożeniu ich na różne zajęcia. Fakt, że zarówno wnuk Athan, jak i wnuczka Angelina poszli w świat artystyczny, mimo że to jeszcze nie jest ich życie zawodowe, bo są dziećmi, sprawia mi ogromną radość. Athan jest już mocno przesiąknięty teatrem, musicalem i filmem, a Angelina baletem, i wszystko wskazuje, że to wypełni ich dalsze życie. Athan zagrał już w dwóch broadwayowskich musicalach: w „Dziadku do orzechów” i „The Bronx Tale”, w przedstawieniu teatralnym „A Day by the Sea” oraz w serialu „The Dangerous Book for Boys” wyprodukowanym dla Amazon Prime, i w co najmniej jednym odcinku z sześciu popularnych seriali, a także zaśpiewał amerykański hymn przed finałowym meczem koszykówki w Madison Square Garden. Zarówno on, jak i Angelina wychodząc na scenę pokazują swój wielki profesjonalizm. I to daje mi pewność, że zasiałem dobre ziarna i mam nadzieję, że wyrosną z nich piękne kwiaty. Jako nestor rodziny będę teraz obserwował ich dalszy rozwój.

Autor: ROZMAWIAŁ: WOJTEK MAŚLANKA