Polski kajakarz przepłynął Atlantyk, teraz czas na Pacyfik

10

"Ziemia! Ameryka! - krzyknął Aleksander Doba, gdy po 98 dniach, 23 godzinach i 42 minutach spędzonych w kajaku ujrzał brazylijski ląd. Doba, jako pierwszy Polak i czwarty człowiek na świecie samotnie przepłynął kajakiem Atlantyk. Jego następnym celem jest podobna wyprawa tyle, że przez Pacyfik.

Mieszkający w Policach Aleksander Doba zanim samotnie przepłynął Ocean Atlantycki zasłynął m.in. samotną wyprawą dookoła Morza Bałtyckiego, które opłynął w 80 dni, czy 101-dniową wyprawą za koło podbiegunowe do Narwiku. Doba latał też na szybowcach, skakał ze spadochronem, uprawiał kolarstwo i żeglarstwo. Był akademickim mistrzem Polski w kajakarstwie górskim indywidualnie i drużynowo (z synami Bartłomiejem i Czesławem ) i rekordzistą Polski w ilości przepłyniętych kilometrów rocznie. Pomysł przepłynięcia Atlantyku narodził się sześć lat temu, ale dopiero niedawno udało mu się go wykonać.

Aleksander i Olo płyną przez ocean

26 października 2010 roku Doba wyruszył z portu w Dakarze specjalnie skonstruowanym w tym celu żółtym kajaku o nazwie „Olo”.
„Ja zrobiłem jego szkic, a trzech młodych projektantów pod kierownictwem Andrzeja Armińskiego wykonało projekt, który potem zrealizowano w jego stoczni w Szczecinie – opowiada Doba. Kajak jest długi na 7 metrów, szeroki na metr. Ma specjalny panel słoneczny, który ładuje akumulator energią potrzebną do odsalarki wody i zapewnia oświetlenie. „Olo” ma też luk bagażowy, miejsce na żywność i małą kabinę, w której spałem. Jest tak zbudowany, żeby się za bardzo nie przechylał na dużych falach”.
Trasa wyznaczona z wybrzeży Afryki do wybrzeży Ameryki Południowej miała mieć 3300 kilometrów w linii prostej. Jednak mimo urządzeń do nawigacji nie udało się płynąć idealnie wzdłuż trasy. Kajakarz kilkakrotnie zbaczał z kursu, dwa razy nawet zrobił koło. Łącznie Aleksander Doba płynąc do Brazylii przemierzył żółtym kajakiem 5394 kilometry.

Z eskortą drapieżnych ryb po rekord Guinnessa

„Nie jestem samotnikiem, ale zupełnie się nie nudziłem, bo cały czas coś się działo – opowiada Aleksander. Dwa razy podpłynął do mnie rekin, prawie przez całą podróż towarzyszyły mi drapieżne ryby, które tylko czekały aż coś im rzucę do jedzenia albo..sam wpadnę. Niektóre z nich płynęły ze mną cały miesiąc, pod koniec już je rozpoznawałem. Płynęły jak eskorta – śmieje się kajakarz.”
W ciągu doby wiosłował przez 8 do 12 godzin. Często robił to w nocy, bo tylko wtedy upał się zmniejszał i można było wytrzymać. Gdy słońce za mocno grzało chował się do kabiny i czekał na wieczór. Miał ze sobą aparaty fotograficzne, kamerę filmowa, telefony satelitarne i jedną książkę.
„Wziąłem książkę „Jaka to gwiazda”, żeby móc rozpoznawać to, co widziałem w nocy nad głową- mówi Olek. Raz na dwa tygodnie mijałem statki. Załoga machała mi, robiła zdjęcia. Pytali też czy mi pomóc, ale nie mogłem przyjąć od nich nic, nawet puszki piwa, bo wtedy nie mógłbym ubiegać się o rekord w księdze Guinnessa dotyczący samotnego przepłynięcia oceanu, bo z cudzą pomocą nie byłby już to samotny wyczyn”.

Przepłynąć Pacyfik

Po 98 dniach Aleksander dopłynął do Acarau w Brazylii. Stamtąd udał się do Fortalezy, skąd miał wyruszyć w rejs po Amazonce. I właśnie podczas wyprawy Amazonką został dwa razy napadnięty przez miejscowych. Przyłożyli mu broń do głowy i zrabowali sprzęt elektroniczny. Trzeciego napadu nie chciał ryzykować, więc przerwał wyprawę. Teraz marzy mu się samotne przepłynięcie Pacyfiku.
„Chciałbym wyruszyć z Ekwadoru, przez wyspy Galapagos, do północnej Australii albo do Azji – mówi Doba. Najdłuższy odcinek, to 2800 mil morskich, czyli ponad 5 tysięcy kilometrów. Niestety po tych napaściach muszę ponownie skompletować sprzęt, a to wydatek rzędu 20-30 tysięcy dolarów. Szukam sponsora, bo bardzo chciałbym popłynąć w tej rejs”.

Podróże z żoną

Aleksander Doba odkąd wyjechał z domu w październiku 2010 roku, jeszcze nie był w Polsce. Wraca tam niedługo, by jak wszystko dobrze pójdzie wyjechać znowu, tym razem na wyprawę przez Pacyfik. Żona Gabriela nie jest zachwycona ciągłymi nieobecnościami męża w domu i tym, że naraża się na niebezpieczeństwo, ale rozumie to, bo sama jest zapaloną kajakarką.
„Ja już jestem na emeryturze i mam dużo czasu, czekam tylko aż żona też przejdzie na emeryturę i będziemy razem podróżować – zapewnia Olek. Nie będą to już jednak tak ekstremalne wyprawy jak ta ostatnia”.
Gdy dopłynął do wybrzeży Brazylii oprócz straszliwego zmęczenia kajakarz czuł wielką satysfakcję.
„Nie ścigałem się z nikim, robiłem to dla własnej frajdy i udało się – mówi. Był to też prawdziwy sprawdzian dla mnie, no i dla kajaka. Obaj spisaliśmy się świetnie”.

Relację z transatlatntyckiej i południowoamerykańskiej wyprawy kajakarza można przeczytać na stronie www.aleksanderdoba.pl. Skontaktować sie z Aleksandrem Dobą można emailowo pod adresem [email protected]

Autor: KATARZYNA SZCZEŚNIAK