Zamiast broni miałyśmy lekarstwa

10

Rozmowa z Lidią "Lalą" Lwow-Eberle, sanitariuszką w V Brygadzie Wileńskiej AK, dowodzonej przez jej ukochanego, majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszkę"

W jaki sposób dowiedziała się pani o odnalezieniu szczątków „Łupaszki”? Co pani wtedy poczuła?
Ja nigdy nie szukałam zwłok „Łupaszki”, nie występowałam o to. Myślałam, że mógł być pochowany na Służewcu. Na Powązkach „Łupaszko” ma symboliczny grób, w którym w marcu została pochowana jego córka. Szczątki zidentyfikowano dzięki pobraniu od niej materiału DNA.
Wiadomość tę ogłoszono 22 sierpnia we Wrocławiu na konferencji IPN-u. Prowadzący badania archeolog powiedział, że znaleźli „Łupaszkę”. Jestem szczęśliwa, że ten grób nie będzie już tylko symbolem z wyrytym na nagrobku tekstem naszej żołnierskiej piosenki, że nie będę odwiedzać pustego grobowca. Trwają dalsze prace ekshumacyjne. Uroczystości pogrzebowe odbędą się prawdopodobnie w przyszłym roku.

Ma pani rosyjskie arystokratyczne pochodzenie. Proszę o nim opowiedzieć.
Moja babcia wyszła za księcia Lwowa. Mieli dwoje dzieci – mojego ojca i ciocię. Po dziesięciu latach się rozwiedli. Dziadek był hazardzistą, bardzo dużo grał w karty. Ojciec babci bał się, że jej mąż pozbawi ją majątku, dlatego postanowił ich rozwieść. Wysłał babcię za granicę do Włoch na dwa lata. Wróciła i wyszła drugi raz za mąż. Co się stało z dziadkiem – nie wiem.

Dlaczego pani rodzina przeniosła się z Rosji do Polski?
Po rewolucji październikowej rodzice postanowili w kwietniu 1921 r. wyjechać do Polski. Ja miałam pół roku. Przyjechaliśmy do Nowogródka, gdzie mieszkała babcia ze swoim drugim mężem, który był prezesem izby skarbowej. Mieszkaliśmy tam do 1935 roku. Kiedy wojewoda nowogródzki zażądał od ojca, który był prawosławnym Rosjaninem, żeby przeszedł na katolicyzm, ten zwolnił się z pracy. Dostał zatrudnienie nad Naroczą, największym przed wojną jeziorem w Polsce, i pracował jako agronom. Ja skończyłam gimnazjum w Święcianach. Byłam rok na prawie. Potem wybuchła wojna.

Jak trafiła pani do partyzantki?
Przyjechali do mnie, mówili po rosyjsku, kazali wziąć dokumenty, zabrali na polską bazę. Było tam kilka moich koleżanek z gimnazjum. W 1943 r. dostałam się do I Oddziału Partyzanckiego na Wileńszczyźnie, pod dowództwem „Kmicica”. Kobiety nie pracowały w sanitariacie, tylko gotowały. Ja też pracowałam w kuchni.

Jak dostała się pani do oddziału „Łupaszki”?
Stosunki z partyzantką radziecką początkowo były dobre. W sierpniu 43 roku Sowieci nas rozbroili. Zaprosili komendanta pod pretekstem wspólnej akcji przeciw Niemcom. Rozstrzelali kilkudziesięciu chłopaków, w tym „Kmicica”. Stworzyli oddział partyzantki polskiej pod dowództwem radzieckim. Nam jako dowódcę dali Polaka, ale komunistę. Po miesiącu ten nowy komendant – Zapora – z jednym naszym plutonem wyszedł w teren, żeby odszukać „Łupaszkę”. W dniach, kiedy nas rozbrajali, on był niedaleko naszego oddziału. Kiedy dowiedział się, że zostaliśmy rozbrojeni, wycofał się. Znaleźliśmy go na początku października. Wtedy cały pluton, 40 osób, razem z Zaporą przeszedł do jego oddziału. Ja zostałam pierwszą sanitariuszką w oddziale „Łupaszki”. W sumie było nas sześć.

Czy pamięta pani pierwsze spotkanie z „Łupaszką”? Jakie zrobił na pani wrażenie?
To była późna jesień. Było zimno. Spotkaliśmy się na polu. Staliśmy naprzeciwko siebie. Potem „Łupaszko” każdego z nas przesłuchiwał, bo musiał nas wszystkich poznać. Kazał mi wracać do domu. Powiedziałam, że to wykluczone, bo rozstrzelają moją matkę i brata. Stworzył dwa plutony, które szybko się rozrosły. Trzeba było podzielić naszą brygadę na dwie, na IV i na V. „Łupaszko” był oficerem zawodowym. Wprowadził wojskowy rygor, dyscyplinę. Pochodził z rodziny, która mieszkała najpierw w Stryju, potem we Lwowie. Był najmłodszym dzieckiem. Jego najstarszy brat zginął w obronie Lwowa w 1918 r., za co dostał Krzyż Virtuti Militari. I „Łupaszko” zawsze marzył o tym krzyżu. Gdy był w 7 klasie gimnazjum, wstąpił do Wojska Polskiego, został oficerem, potem skierowano go do Wilna do IV Pułku Ułanów. Jego przełożeni od początku mówili, że będzie bardzo dobrym dowódcą, a miał dopiero dwadzieścia kilka lat.

Jak młoda dziewczyna radziła sobie w żołnierskiej rzeczywistości?
Jakie warunki były, do takich się dostosowałam. Byłam zdrowa, nie chorowałam. Bardzo dobrze wszystko znosiłam. Lata 1943 i 1944 na północno-wschodniej Wileńszczyźnie były wspaniałe, mimo że walczyliśmy przeciwko bardzo dużej partyzantce radzieckiej. Czuliśmy się Polakami na swojej ziemi. Chodziliśmy po wsiach, rozścielało się słomę, spaliśmy w ubraniach, ściągaliśmy tylko buty. Myliśmy się w miarę możliwości. Spotykaliśmy wspaniałych ludzi, którzy byli nam bardzo przychylni. Było bardzo dobrze.

Jak wyglądała praca sanitariuszek?
W każdym plutonie była jedna sanitariuszka. Szłyśmy razem z oddziałem na końcu plutonu. Brałyśmy udział w akcji normalnie, tak jak chłopcy, ale bez broni. Zamiast niej miałyśmy lekarstwa. Próbowałyśmy ogarniać całe pole walki. Jak się przychodziło na kwaterę, obchodziło się każdą drużynę. Chłopcy chorowali: na wrzody i świerzb. Na inne choroby zapadali rzadko, wtedy odsyłało się ich do Wilna.

Skąd w oddziale były broń i lekarstwa?
Lekarstwa były przywożone z Wilna. Na odprawach, które „Łupaszko” z nami robił, tak jak z dowódcami plutonów, zgłaszałyśmy, co się skończyło, czego nam potrzeba. W 1944 miałyśmy lekarza i wtedy on był naszym „komendantem”. Broń musieliśmy zdobywać. Nikt nam jej nie dawał. Cała nasza broń zarówno podczas okupacji, jak i później to była broń zdobyta.

Najcięższe starcie bojowe?
Największa bitwa to była bitwa z Niemcami 31 stycznia 1944 r. Wówczas trwała odprawa i wszyscy dowódcy byli we wsi. Kiedy zaczęła się strzelanina, każdy z nich miał swoje plutony w sąsiednich wsiach. Niemcy, którzy zaatakowali wieś, zostali pokonani przez dowódców i oddziały z innych wsi, które okrążyły wroga. Trwało to kilka godzin. Po naszej stronie zginęło 16 osób, ok. 9 było rannych. Niemców zginęło 50 lub więcej. To była najpiękniejsza i najsroższa bitwa. Niemcy byli bardzo dobrze uzbrojeni. To były prawdziwe wojska. Ja też była ranna w rękę, ale to nieważne.

Jaki major był prywatnie?
Byłam bardzo zakochana, ale dla mnie „Łupaszko” zawsze był dowódcą. Był człowiekiem żywym, wesołym, kochał żartować, tańczyć, umiał rozmawiać z ludźmi – czy był to wieśniak, czy inteligent. Ale umiał też wyłączyć się z całego otoczenia, nawet jeśli była pełna izba ludzi, bo przecież nie spaliśmy w osobnych pokojach. Mimo że był bardzo bezpośredni, lubił ludzi, chłopaków trzymał na dystans i wszyscy uważali go za kochanego dowódcę. Ja też, chociaż byliśmy tak blisko. Miał w sobie coś takiego, że czuło się, że jest kimś.

A jako ukochany?
Ja byłam o 10 lat młodsza od niego, ale zdawało mi się, że jestem dużo bardziej młodsza (śmiech). Ale było nam bardzo dobrze, nie kłóciliśmy się. Był dla mnie bardzo dobry.

Jak zmieniła się sytuacja oddziału po zakończeniu II wojny światowej, kiedy nie złożyliście broni, tylko dalej walczyliście z Sowietami?
Na terenie Polski było nas dużo mniej niż na Wileńszczyźnie. Tam powstały dwie brygady po prawie 600 osób. A tutaj – do 300 w najlepszym okresie. Chociaż byliśmy w Polsce, gdzie organizowało się polskie państwo, wojny nie było, myśmy wciąż walczyli o niezależną Polskę. Najpierw ukrywaliśmy się na Podlasiu. Mieliśmy oparcie w ludziach, chociaż tam było też dużo Białorusinów. U nich również się zatrzymywaliśmy. Potem byliśmy na Warmii, Mazurach, w Borach Tucholskich i na Pomorzu. W 45 roku walka jeszcze była możliwa. Kolega „Żelazny”, dowódca plutonu, rozbroił wtedy w ciągu jednego dnia 7 posterunków. Płaciliśmy gospodarzom za to, że zatrzymywaliśmy się u nich i że dawali nam jeść. Walka była coraz trudniejsza. Wszędzie pełno sowieckiego wojska, UB, KBW, wojsko polskie komunistyczne itd. Nazywali nas „bandą 'Łupaszki'”, a „Łupaszko” walczył o wolną Polskę, niekomunistyczną. Z miesiąca na miesiąc było gorzej… nie dało się już walczyć. Miałam dosyć. Modliłam się, żeby pójść z oddziału i wstąpić do zakonu, wyłączyć się z tej walki i z tej sytuacji, w jakiej byłam.

Jak reszta żołnierzy znosiła tę sytuację?
Chłopcy się nie buntowali. Oni wierzyli, że robią słusznie, walcząc. Ja też nie, tylko po 4 latach, w 47 roku miałam już dosyć takiego życia w ubraniu, w bardzo trudnych warunkach. Szczątkowe oddziały, które pozostały jeszcze na Podlasiu, kontynuowały walkę aż do 52 roku – to były jednostki po 30 osób. Było nas coraz mniej.

Jak planowaliście przyszłość z „Łupaszką”?
Ja z „Łupaszką” nigdy o tym nie mówiłam. On w 1939 r. chciał wyjechać za granicę, ale mu się nie udało. Został i w organizacji był od samego początku. Mieliśmy wziąć ślub, tylko nie było warunków.W 1947 r. postanowiliśmy spróbować powrócić do „normalnego życia”.

Jak ono wyglądało?
Mieszkaliśmy w Zakopanem jako turyści, co miesiąc zmieniając miejsce zamieszkania. Do „Łupaszki” przyjeżdżali łącznicy z terenu, którzy donosili, co się dzieje z pozostałymi oddziałami. Ja byłam panią domu. Chodziliśmy na spacery, czytaliśmy prasę.

Jak doszło do aresztowania?
W końcu czerwca 1947 r. dostaliśmy znak, że UB coś szykuje. Wyjechaliśmy pod Zakopane, do Osielca. Mieszkaliśmy u gospodarza. Pewnego dnia widziałam, jak wolno przed naszym domem jechali wojskowi. Dwa dni później weszli rano do naszego domu. Kazali nam razem z gospodynią stanąć pod ścianą, z rękoma do góry. „Łupaszkę” wzięli do jednego pokoju, mnie do drugiego. Potem zabrali nas do Myślenic, stamtąd do Krakowa i samolotem do więzienia do Warszawy, na Koszykową. Wtedy były straszne aresztowania. Cała komenda wileńska siedziała, nie tylko „Łupaszko”. Wszystkie kobiety w mojej celi to były wilnianki. Śledztwo trwało półtora roku.

Jak ono przebiegało?
Ja nie miałam bardzo ostrego śledztwa. Parę razy, kiedy wypytywali mnie o pewne osoby, kazali mi stać całą noc w zimie przy otwartym oknie w samej koszuli albo robić przysiady. Ale w karcu nie siedziałam, nie bili mnie.

Czy nigdy nie pomyślała pani, żeby się poddać?
Nie, bo ja zawsze wierzyłam, że robię właściwie. Naprawdę chciałam, żeby Polska była wolna. Podczas śledztwa też. Dostałam dożywocie, nie wyrok śmierci, bo nie miałam broni. Moja koleżanka, która urodziła dziecko w więzieniu, dostała 15 lat. Wszyscy mężczyźni, a było ich czterech, zostali rozstrzelani.

Pogodziła się pani z tym, że spędzi resztę życia w więzieniu?
Nie, ja nigdy o tym nie myślałam. Wie pani, ja mam taką naturę, że nie zamartwiam się, nie płaczę. Zawsze wierzę, że będzie dobrze. Taka się urodziłam. I chociaż przesiedziałam w więzieniu od roku 48 do 56, jakoś znosiłam to wszystko. Chociaż nie było lekko. Wywieźli nas do Inowrocławia, do obostrzonego więzienia, gdzie siedziałam ponad rok sama jedna w celi. Bez paczek nawet od rodziny, spacerów i widzeń. Jednak wierzyłam, że kiedyś wyjdę.

Skąd wzięła się u pani taka miłość do Polski?
Nas wychowali w ukochaniu Polski. Kiedy w szkole uczyłam się historii Polski, bolało mnie, że Rosjanie z Polakami tak okrutnie postępowali w ciągu tych stu lat. Ja Rosji w ogóle nie znam. A co się z nami na Kresach działo, jak Sowieci przyszli i wywozili całymi rodzinami do Związku Radzieckiego, na Sybir… Byłam w Rosji po wojnie, ona wcale mnie nie pociąga. Mimo że jestem Rosjanką, zawsze czułam się Polką. Chociaż do dziś jestem prawosławną, to kocham Polskę, bo naprawdę Polska to dla mnie ojczyzna. Dlatego z wielkim oddaniem walczyłam, wszyscy walczyliśmy i myśleliśmy tylko o wolności ojczyzny.

Czy wie pani, jak przebiegało śledztwo w sprawie „Łupaszki”?
„Łupaszko” był podobno 30 parę razy przesłuchiwany. Kiedy przywieźli nas do sądu, podszedł do mnie i mnie pocałował. Za to po procesie, zanim przeszedł do celi śmierci, miesiąc siedział w karcu, a już w partyzantce miał problemy z kręgosłupem, bo przed wojną brał udział w rozgrywkach hipicznych i spadł z konia.

Jak doszło do pani ostatniego spotkania z „Łupaszką”?
Że też nam pozwolili! Do celi, w której siedział „Łupaszko”, przyszedł naczelnik więzienia i Zygmunt zwrócił się do niego o pozwolenie widzenia i o możliwość wzięcia ślubu – o tym dowiedziałam się dopiero na wolności. Naczelnik nie zgodził się na ślub, ale na widzenie zezwolił. Pewnego dnia po południu wołają mnie z celi. Wchodzę do pokoju, patrzę, siedzi „Łupaszko” i trzech strażników, którzy powiedzieli, że możemy rozmawiać tak długo, jak chcemy, o czym chcemy. Ja byłam tak zaszokowana, że nie mówiłam prawie nic. „Łupaszko” opowiadał o swojej matce, którą bardzo kochał. Mówił, że matkę kocha najbardziej ze wszystkich kobiet na świecie. Powiedział, że nie pamięta, jak wygląda jego córka, chociaż widział się z Basią parę razy przed aresztowaniem. Do mnie powiedział, żebym, jak wyjdę na wolność, uczyła się i wyszła za mąż.

W jaki sposób dowiedziała się pani o jego śmierci?
Podczas ostatniego spotkania powiedział, że przekaże mi informację o swojej śmierci. Pewnej nocy obudziło mnie stukanie. Słyszę, że ktoś coś nadaje alfabetem Morse'a. Dźwięk zaprowadził mnie do okna, gdzie otwarty lufcik uderzał o szybę. Pomyliłam się o jeden dzień i powiedziałam koleżankom, że Zygmunt został rozstrzelany 7 lutego 1951 r., a to było 8, ale ja nie miałam kalendarza…

Jak potoczyło się pani życie po wyjściu z więzienia?
Skończyłam archeologię. Moje koleżanki i koledzy byli o kilkanaście lat młodsi ode mnie, ale ja się bardzo dobrze czułam na studiach. Mieszkałam w akademiku, dostałam nawet stypendium i pięć lat byłam normalną studentką. Potem pracowałam w Muzeum Historycznym Miasta Warszawy w oddziale archeologicznym. Założyłam Muzeum Cechu Rzemiosł Skórzanych i byłam jego kierownikiem. W 1984 r. poszłam na emeryturę w muzeum, ale do 2008 r. pracowała w muzeum cechowym. Przez półtora roku prowadziłam badania na Zamku Królewskim. Teraz już nie myślę o partyzantce. Mam 92 lata, przeniosłam się do córki i bardzo dobrze się czuję.

Na jakim etapie jest sprawa ukarania PRL-owskich zbrodniarzy?
Nie są karani… nie wiem, dlaczego… chociaż w 1989 r. Polska przestała być krajem komunistycznym…

Autor: ANNA TARNAWSKA