Agnieszka Radwańska: przecież się nie powieszę

23

W czwartek wieczorem w drugiej rundzie turnieju w Stuttgarcie najlepsza obecnie polska tenisistka zagrała o awans do ćwierćfinału z Bułgarką Cwetaną Pironkową wygrywając 6:3, 6:3.


Foto: PAP

W czwartek wieczorem w drugiej rundzie turnieju w Stuttgarcie najlepsza obecnie polska tenisistka zagrała o awans do ćwierćfinału z Bułgarką Cwetaną Pironkową wygrywając 6:3, 6:3.
W ćwierćfinale rywalką Radwańskiej będzie rozstawiona z jedynką  Rosjanka Dinara Safina. W pierwszej rundzie pokonała natomiast 7:6 (7-2), 6:0 Kanadyjkę Aleksandrę Woźniak.Podczas turnieju Polska rozmawiała z naszym reporterem.

W środowym wydaniu programu turniejowego Porsche Tennis Grand Prix było Pani zdjęcie z podpisem sugerującym, że na dworze zimno, a Pani tak lekko ubrana. Prosimy na siebie uważać!
Wczoraj poszłyśmy z mamą na festyn i players’ party, ale czy byłam źle ubrana? Skądże znowu! Dwie bluzki, półgolf i jeszcze sweter i kurtka, których na zdjęciu akurat nie widać. Zapewniam więc, że nie zmarzłam.

Gdzie nie spojrzeć, tam stoi porsche. Miała już Pani okazję się przejechać?
Nie, nie mam na to czasu, ani nie czuję takiej potrzeby. Dokąd mam jechać, skoro hotel jest tuż przy hali?

W rogu kortu centralnego stoi boxter s cabrio i czeka na zwyciężczynię. Czuje Pani ten wiatr we włosach…
No pewnie! Takim samochodem wystarczy jechać przepisowe 50 na godzinę, żeby to poczuć. Ale ten kolor… Biały szybko się brudzi, zwłaszcza w Krakowie.

Czyżby nie interesował Pani ten samochód jako nagroda?
Interesuje, ale między mną a nim stoją jeszcze cztery rywalki.

Hotel tuż przy hali oznacza, że nie traci Pani czasu na dojazdy. Czyżby był czas na nudę?
Mam ze sobą komputer, więc oglądam seriale i inne filmy, dużo rozmawiam z Karoliną Woźniacki… Trenuję, oglądam co ciekawsze mecze i czas schodzi w miarę szybko.

Zakupy?
Nie mogę się doczekać zakupów w sklepie firmowym Hugo Bossa. To taki outlet dla wtajemniczonych. Nie ma tam wstępu nikt z ulicy, trzeba mieć specjalną kartę. Uczestniczki turnieju mogą tam robić zakupy, więc na pewno skorzystam z okazji.

Za ile?
Zależy, ile zarobię.

Jeśli wygra Pani ten turniej, to przekroczy granicę dwóch milionów dolarów zarobionych od początku kariery.
A pan ciągle o kasie? Być może, nie śledzę tego na co dzień. Ale jak nie tu, to na pewno w tym sezonie.

I zgadza się Pani z innymi milionerami, że najtrudniej podnieść pierwszą "bańkę"?
Na pewno tak. Od tej reguły chyba nie ma wyjątków. Chyba że ktoś wygra w totolotka.

Popatrzmy na inny bilans: w tym roku dziewięć zwycięstw, bez turnieju w Stuttgardzie, i siedem porażek. To chyba dość dalekie od Pani możliwości i oczekiwań.
Żadna porażka, zwłaszcza w pierwszej rundzie, nie jest satysfakcjonująca. Trudno – ani czasu nie cofnę, ani się w szatni nie powieszę. Jednak czym innym jest porażka po kiepskiej, a czym innym po dobrej grze.

Która z tych porażek zabolała najmocniej?
Z Mauresmo w Paryżu – chociaż grałam z anginą, to wynik powinien być inny. I z Pawluczenkową w Indian Wells – żadna z nas nie pokazała klasy.

Aż do Roland Garros Pani plany startowe są bardzo napięte – Stuttgard, Rzym, Madryt, Warszawa, Paryż… Wystarczy zdrowia?
Plany były inne. Już w listopadzie, jako jedna z czołowej "10" rankingu, musiałam wybrać turnieje nieobowiązkowe. Wybrałam Stuttgard i Rzym. Potem okazało się, że na początek tego maratonu dojdzie Fed Cup, a Warszawa zmienia termin na tydzień, w którym planowałam wziąć wolne. Tak wyszło…

ROZMAWIAŁ W STUTTGARDZIE ARTUR ST. ROLAK

Autor: ARTUR ST. ROLAK ZE STUTTGARDU