Ciężki nokaut zakończył trylogię

11
W przedostatnim starciu Tyson Fury (z lewej) dokończył dzieła zniszczenia FOTO: EPA/ETIENNE LAURENT

To był pojedynek, który na stałe zapisze się w historii boksu! Brytyjczyk Tyson Fury po morderczej walce znokautował w 11. rundzie Amerykanina Deontaya Wildera na sobotniej gali w T-Mobile Arenie w Las Vegas, broniąc po raz pierwszy tytuł mistrza świata wagi ciężkiej federacji WBC. Nie udał się rewanż także walczącemu wcześniej Adamowi Kownackiemu (20-2, 15 KO), który po raz drugi w karierze przegrał przed czasem z Finem Robertem Heleniusem (31-3, 20 KO).

NAJLEPSZY NA ŚWIECIE

33-letni Fury (31-0-1, 22 KO) po raz drugi pokonał Wildera (42-2-1, 41 KO) przed czasem, choć tym razem przyszło mu to z większym trudem niż 22 lutego 2020 roku.

Wilder zaczął agresywnie. Amerykanin od początku pokazał, że będzie innym pięściarzem niż poprzednim razem. „Brązowy Bombardier” polował na nokaut. Mocno bił na korpus Brytyjczyka. Fury w końcówce mocno trafił, ale pierwszą rundę należało zapisać na konto pogromcy Artura Szpilki. W drugim starciu znowu było mocno. Fury dążył do klinczu, by ostudzić zapędy Amerykanina. Na to szybko reagował sędzia ringowy, który nie chciał dopuścić do brudnego boksu ze strony „Króla Cyganów”.

W trzecim starciu potężne bomby spadały na głowę Fury’ego, ale to mistrz świata zdołał posłać Wildera na deski obszernym prawym ciosem. Ten wstał, ale był wyraźnie oszołomiony. Na całe szczęście do końca rundy pozostało kilkanaście sekund i Amerykaninowi udało się przetrwać. Kiedy wydawało się, że koniec Wildera jest bliski, w czwartym starciu nastąpił zwrot akcji. Na 50 sekund przed końcem rundy Amerykanin huknął prawym na czoło i Fury wylądował na deskach. Ten wstał, ale kilkanaście sekund później ponownie był liczony po krótkim prawym sierpowym.

Wilder poczuł krew, w piątej rundzie atakował jeszcze śmielej. Fury jednak zdołał dojść do siebie po perturbacjach w poprzedniej odsłonie walki. Cios za cios, atak za atak – komplet kibiców w T-Mobile Arenie oglądał pięściarski spektakl! Wilder wydawał się bardziej odczuwać trudy walki, ale wciąż pozostawał niebezpieczny. Na półmetku walki jeszcze prowadził na kartach punktowych u wszystkich trzech sędziów.

Fury czekał na błąd, na kontrę, która ponownie zwali z nóg rywala. W siódmej rundzie wciąż wywierał presję. Wilder już wyraźnie gorzej pracował na nogach, a ciosy Brytyjczyka dochodziły raz za razem. Fury poczuł krew, ale jeszcze nie zdołał skończyć walki. Do ósmego starcia Amerykanin wychodził już na miękkich nogach. Fury pewnie zmierzał do drugiej wygranej. Ciężki nokaut wisiał w powietrzu, choć Wilder nadal pozostawał w grze i raz na jakiś czas szukał szczęścia pojedynczym ciosem.

Pięściarz z Alabamy ponownie wylądował na deskach w 10. rundzie. Ponownie jednak zdołał się podnieść. Mało tego! Chwilę później sam zaatakował i to Fury był w tarapatach. W przedostatnim starciu „Król Cyganów” dokończył jednak dzieła zniszczenia! Raz za razem trafiał Wildera ciosami podbródkowymi, aż prawym sierpowym ściął rywala z nóg. Ciężki nokaut zakończył trylogię!

W momencie przerwania mistrzowskiego starcia Fury prowadził już u wszystkich sędziów (95:91, 94:92, 95:92).

„To była świetna walka. To było warte każdej trylogii w historii tego sportu. Wilder to twardy wojownik. Dziś wieczorem dał mi prawdziwą szansę na zdobycie pieniędzy. Zawsze mówiłem, że jestem najlepszy na świecie, a on drugi najlepszy” –  powiedział po walce „Król Cyganów”.

„Deontay Wilder mnie nie kocha. Wiesz dlaczego? Bo pokonałem go trzy razy. I dlatego, że jestem sportowcem. Poszedłem okazać mu wsparcie i szacunek, a on nie chciał oddać szacunku mnie. Więc to jest jego problem. Pomodlę się za niego, aby Bóg zmiękczył jego serce” – skwitował sytuację po walce Fury.

„Zrobiłem co w mojej mocy, ale to nie wystarczyło. Nie jestem pewien, co się stało. Wiem, że na treningu robił pewne rzeczy, wiedziałem też, że nie waży 277 funtów, żeby być tancerzem baletowym. Fury przyleciał, żeby się na mnie oprzeć, próbował mnie poturbować i udało mu się” – ocenił z kolei „Bronze Bomber”.

Urodzony na przedmieściach południowego Manchesteru w Anglii, 33-latek nadal jest niepokonany. Jego kolejnym przeciwnikiem ma być Dillian Whyte.

KOWNACKI JAK GOŁOTA

„Nordycki Koszmar” ponownie będzie śnił się po nocach Kownackiemu (20-2, 15 KO). W Las Vegas „Babyface” po raz drugi w karierze przegrał przed czasem z Heleniusem (31-3, 20 KO). Sędzia przerwał starcie po kolejnym faulu Polaka. Chwilę potem doszło do sporego zamieszania przy ogłaszaniu werdyktu.

Pierwszy ich pojedynek odbył się w marcu 2020 roku w Nowym Jorku. Wtedy Polak został pokonany w czwartej rundzie, jednak walczył lepiej niż w sobotni wieczór.

Początek walki był świetny w wykonaniu Fina! Już po kilkunastu sekund Polak zachwiał się na nogach po trzech ciosach kontrujących Heleniusa. „Nordycki Koszmar” poczuł krew! 37-latek kapitalnie trafiał prawym raz za razem, a Polak był w olbrzymich tarapatach w ostatnich sekundach pierwszej rundy. Pod lewym okiem Kownackiego pojawiła się opuchlizna. Polak ruszył do przodu od początku drugiego starcia. Padło dużo ciosów na korpus z obu stron. To były zdecydowanie lepsze trzy minuty Kownackiego, choć nadal brakowało precyzji z jego strony.

Trzecia runda to ponownie presja ze strony „Babyface’a”. Narzucił ostre tempo, zadawał więcej ciosów, starając się wymęczyć Fina. Helenius jednak ponownie złapał Polaka ciosem prostym, po którym ugięły się nogi faworyta bukmacherów. Kownacki uciekł się do faulu, trafiając w krocze przeciwnika. Jeszcze bez konsekwencji. Z każdą minutą dramaturgia pojedynku rosła. Polak nadal parł do przodu, ale Fin z zimną krwią celnie kontrował. Opuchlizna pod lewym okiem była coraz większa, a widoczność Kownackiego ograniczona. Polak praktycznie nie widział na jedno oko.

W piątej rundzie Kownacki ponownie sfaulował Heleniusa, uderzając w krocze. Sędzia ukarał go odjęciem punktu. „Babyface” szukał swojej szansy w otwartej bijatyce, ale „Nordycki Koszmar” nic nie robił sobie z jego ataków. Fin był bliski wygranej przez nokaut, Polaka uratował gong.

Adam Kownacki (z lewej) po raz drugi w karierze przegrał przed czasem
z Robertem Heleniusem FOTO: EPA/ETIENNE LAURENT

W przerwie w narożniku Kownackiego pojawił się lekarz. Po konsultacji z sędzią ringowym zdecydował się dopuścić 32-latka do dalszej walki. Lewe oko Polaka było już całkowicie zamknięte. „Nordycki Koszmar” ze spokojem rozbijał Kownackiego, wiedząc, że jest bliski wygranej. Pięściarz z Łomży ponownie uciekł się do faulu, trafiając po raz trzeci w krocze rywala. Sędzia miał już dość upominania Kownackiego, przerwał walkę.

Wydawało się, że Polak został zdyskwalifikowany za faule, ale sędzia odczytując werdykt ogłosił wygraną Fina przez techniczny nokaut (TKO). Jak przekazał na Twitterze Przemysław Garczarczyk, przy ustalaniu ostatecznego werdyktu pojawił się duży chaos. Oficjalnie bowiem Kownacki został niedopuszczony do dalszej walki ze względu na kontuzję, więc przegrał przez techniczną decyzję sędziego.

Polak w pierwszej rundzie walki doznał złamania kości oczodołowej i zaraz po ogłoszeniu werdyktu został przewieziony do szpitala w Las Vegas. „Od pierwszej rundy nic nie widziałem. Myślałem, że jaja ma trochę wyżej” – napisał na Twitterze „Babyface”, komentując swoją porażkę.

Fin drugie zwycięstwo nad Polakiem przyjął ze stoickim spokojem: „Było dobrze. Tak czy siak bym go zastopował. Trafiłem go dziś wieloma dobrymi ciosami, a on mnie żadnym. Spodziewałem się tego, bo co on takiego ma? Nie zrozumcie mnie źle, to dobry bijok, ale ja z takimi walczę od 20 lat i wiem, jak sobie z nimi radzić, nawet jak biją mnie w tył głowy albo poniżej pasa. To mi nie przeszkadza. Teraz chcę już do domu, do rodziny, nie widziałem się z nimi od czterech tygodni. Potem będę się martwił, co dalej”.

Według oficjalnych statystyk ciosów, Helenius trafił Kownackiego 129 razy, sam przyjmując 52 uderzenia. Po pięciu rundach u wszystkich trzech sędziów prowadził 50-44.