Falstart Biało-Czerwonych

58
Robert Mak (z lewej), z pomocą słupka i pleców Wojciecha Szczęsnego, dał Słowacji prowadzenie FOTO: EPA/LARS BARON

Paulo Sousa znów zaskoczył składem. Nie był to trafiony wybór, bo w pierwszym swoim meczu na Euro 2020 Polacy przegrali ze Słowacją 1:2 (0:1). I to przegrali zasłużenie.

Nie był to udany mecz dla przyjaciół z boiska. Wojciech Szczęsny strzelił gola samobójczego, najszybszego w historii mistrzostw Europy, a Grzegorz Krychowiak dostał pierwszą na tych mistrzostwach czerwoną kartkę już po godzinie gry. Jeżeli dodamy do tego, że Robert Lewandowski nie istniał na boisku, a cała drużyna wyglądała gorzej od przeciętnego europejskiego zespołu, to możemy się poważnie zastanowić nad przyszłością naszej reprezentacji.

Na Euro 2020 mecz ze Słowacją miał być dla Polaków tym, czym było dla kadry Adama Nawałki spotkanie z Irlandią Północną w 2016 roku. Ale zamiast tego powróciły turniejowe demony z Pusan, Gelsenkirchen czy Moskwy. Polacy zagrali słabo, bez pomysłu i dali się pokonać „najsłabszej” w grupie E drużynie.

Przed mistrzostwami Europy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że przygoda reprezentacji Polski z turniejem nie może zakończyć się happy end’em. Od trudnej kadencji Jerzego Brzęczka, który mierzył się z toną problemów, poprzez niespodziewaną zmianę selekcjonera, aż po kontuzje Krystiana Bielika, Jacka Góralskiego, Krzysztofa Piątka i Arkadiusza Milika – tak wyglądała nasza droga krzyżowa ku Euro 2020. Sousa, trener wybrany jednoosobowo przez Zbigniewa Bońka i przez niego namaszczony, miał okazać się jednak czarodziejem, który swoimi magicznymi sztuczkami da polskim kibicom trochę radości. W okresie poprzedzającym turniej Portugalczyk co prawda pokazał kilka sztuczek, ale wyłącznie socjotechnicznych.

Sousa zaskoczył nas także w Petersburgu. Niczym nie zaskoczyła natomiast reprezentacja, która zagrała słabo, bez pomysłu i przegrała 1:2. Słowacy od początku zagrali tak, jakby w Petersburgu interesowały ich tylko trzy punkty. Nie tylko stwarzali zagrożenie po stałych fragmentach gry, ale także szukali strzałów, jak w 14. minucie, gdy Szczęsnego chciał zaskoczyć Ondrej Duda.

To, co nie udało się byłemu pomocnikowi Legii Warszawa, udało się kilka minut później jeszcze rok temu bezrobotnemu Robertowi Makowi, który po ośmieszeniu na lewej stronie Kamila Jóźwiaka i Bartosza Bereszyńskiego, z pomocą słupka i pleców Szczęsnego, dał Słowacji prowadzenie (piłka najpierw trafiła w słupek, a potem odbita od pleców polskiego bramkarza wpadła do siatki). Samobójcze trafienie bramkarza Juventusu Turyn sprawiło, że Polak dopisał do statystyki kolejny reprezentacyjny mecz bez czystego konta. W ostatnim półroczu takie zachował zaledwie raz. W rozegranym w Warszawie spotkaniu z… Andorą.

Polskim piłkarzom w pierwszej połowie brakowało wszystkiego: pomysłu, tempa, współpracy, komunikacji. Posiadaliśmy co prawda częściej piłkę, ale nic z tego nie wynikało. Do szatni nasi reprezentanci schodzili bez chociażby jednego celnego strzału. Pożegnał ich za to akompaniament kilku tysięcy gwiżdżących polskich kibiców.

Po przerwie pewni siebie Słowacy pierwsi wybiegli na boisko. Po gwizdku Ovidiu Hategana większość z nich nie zdążyła jednak dotknąć piłki, gdy w 33. sekundzie drugiej połowy, po koronkowej akcji, do siatki Martina Dubravki trafił nieobstawiony na siódmym metrze Karol Linetty. Nie miało znaczenia, że nieczysto trafił w podawaną przez Macieja Rybusa piłkę. Kluczowe było drugie życie, jakie pomocnik Torino dał naszej kadrze. Prowadzenie mogli nam zapewnić w krótkim czasie Linetty (po pięknym dograniu Mateusza Klicha uderzył w środek, gdzie stał bramkarz) i Kamil Glik, który główkował za wysoko.

I gdy wszystko szło w dobrą stronę, drugą żółtą kartkę zobaczył Krychowiak i cały misterny plan Sousy został rozbity. Co ciekawe, zawodnik Lokomotiwu Moskwa obie kartki zarobił na tym samym zawodniku – Jakubie Hromadzie. Pierwszą w 22. minucie, gdy popełnił faul taktyczny, „naprawiając” w ten sposób błąd Jóźwiaka. Drugą Rumun pokazał mu za nadepnięcie Słowakowi na stopę.

Slovensko bardzo szybko wykorzystało przewagę, strzelając w 69. minucie bramkę po rzucie rożnym. Jóźwiak z Janem Bednarkiem nie zdążyli zablokować Milana Skriniara, więc ten, mając przed sobą całkiem sporą zaporę z siedmiu „chłopa”, wypalił z woleja w lewy róg i Szczęsny był bez szans. Był to piąty gol, którego w ostatnim półroczu straciliśmy po stałym fragmencie gry…

Sousa próbował ratować się zmianami. Za Linettego wprowadził Przemysława Frankowskiego, a za Rybusa – Tymoteusza Puchacza. Na sześć minut przed końcem Jakub Moder zastąpił Klicha, a Karol Świderski – Zielińskiego. Niewiele to dało. Dwie minuty przed upływem regulaminowego czasu gry swoją pierwszą i jedyną w tym meczu okazję na pokonanie bramkarza rywali miał Lewandowski. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego kapitan Biało-Czerwonych uderzał głową, ale nie trafił czysto w piłkę i minęła ona słupek.

Remis mógł jeszcze uratować Bednarek. W 90. minucie miał lepszą sytuację niż Skriniar, ale z lewej nogi kopnął pół metra obok słupka. W doliczonym czasie próbował jeszcze Świderski, ale Dubravka spokojnie złapał. Teraz jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. W sobotę czeka nas „mecz o wszystko” z Hiszpanią. Jeśli go przegramy, to zostanie nam już tylko bój o honor ze Szwecją.

EURO 2020

GRUPA E

Polska – Słowacja 1:2 (0:1)

Bramki: Karol Linetty (46) – Robert Mak (18), Milan Skriniar (69).

Żółte kartki: Grzegorz Krychowiak – Tomas Hubocan. Czerwona kartka: Krychowiak (62). Sędzia: Ovidiu Hategan (Rumunia). Widzów: 12 962.

Polska: Wojciech Szczęsny – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek, Maciej Rybus (74. Tymoteusz Puchacz) – Kamil Jóźwiak, Karol Linetty (74. Przemysław Frankowski), Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich (85. Jakub Moder), Piotr Zieliński (85. Karol Świderski) – Robert Lewandowski.

Słowacja: Martin Dubravka – Peter Pekarik (79. Martin Koscelnik), Lubomir Satka, Milan Skriniar, Tomas Hubocan – Lukas Haraslin (87. Michal Duris), Juraj Kucka, Marek Hamsik, Jakub Hromada (79. Patrik Hrosovsky), Robert Mak (87. Tomas Suslov) – Ondrej Duda (90+1. Jan Gregus).

Paulo Sousa: wciąż wierzę w awans

„Nie możemy w taki sposób przegrywać meczów” – stwierdził na pomeczowej konferencji prasowej Paulo Sousa, selekcjoner reprezentacji Polski, która zaczęła Euro od porażki 1:2 ze Słowacją.

Sousa od początku konferencji prasowej przewracał oczami. Nie bił już z niego ten entuzjazm, który bił na wszystkich poprzednich konferencjach. Ale trudno się dziwić, bo Polska w poniedziałek na stadionie w Petersburgu rozpoczęła Euro 2020 od porażki. Jeśli już coś dziwiło, to właśnie ta jego wcześniejsza wiara w możliwości naszych piłkarzy. Niepoparta niczym konkretnym, bo przecież za kadencji Sousy wygraliśmy tylko jeden mecz. Jeden z sześciu – w marcu, 3:0 z Andorą.

„Jestem rozczarowany i wynikiem, i sposobem gry. Nie możemy tracić bramek w takich okolicznościach. Nie możemy też w taki sposób przegrywać – mówił Sousa na pomeczowej konferencji. – Musimy być znacznie bardziej efektywni przy ostatnim podaniu. Na początku drugiej połowy mieliśmy dobre momenty, ale później zgubiliśmy krycie przy Skriniarze, a ten zwyczajnie to wykorzystał. A ostrzegałem naszych piłkarzy przed tym”.

Po czym zdradził, co przekazał piłkarzom w przerwie: „Żeby zmienili sposób gry, bo środek pola grał zbyt daleko od Roberta Lewandowskiego. Przez to tworzyły się kłopoty. I nad tym też pracowaliśmy, uczulaliśmy piłkarzy, że muszą mocniej naciskać na rywala, kiedy ma piłkę. No i momentami to rzeczywiście robiliśmy, nasza analiza Słowaków była trafna. Niestety, nie udało się tego za bardzo przenieść na boisko” – tłumaczył Sousa.

Zapytany, czy nie chciał zmienić zagrożonego czerwoną kartką Grzegorza Krychowiaka, przyznał: „Była taka myśl. Ale to doświadczony piłkarz, my dominowaliśmy, szybko po przerwie wyrównaliśmy, byliśmy dobrze zorganizowani, a on dobrze się zachowywał na boisku. Postanowiliśmy więc, że nie ma sensu zmieniać tak doświadczonego gracza, kiedy mamy pełną kontrolę nad meczem”.

Zagadnięty o to, czy wciąż wierzy w awans, odparł: „Tak, wierzę. Wszyscy musimy wierzyć. Mamy jeszcze sześć punktów do zdobycia. Ale by je zdobyć w meczach z Hiszpanią i Szwecją wszystko musi działać, jak należy” – zakończył Sousa.