Gortat blisko wagi ciężkiej w NBA

14

Po meczu numer sześć z Philadelphia 76-ers życie Marcina Gortata już nigdy nie będzie takie samo.
Parafrazując słowa, jakie wypowiedział ojciec Michaela Jordana...

 

Foto: Reuters
Wsad Marcina Gortata pokazywały wszystkie telewizje sportowe w USA

Po meczu numer sześć z Philadelphia 76-ers życie Marcina Gortata już nigdy nie będzie takie samo.

Parafrazując słowa, jakie wypowiedział ojciec Michaela Jordana, po tym jak jego syn zapewnił uczelni North Carolina mistrzostwo NCAA, można z przekonaniem stwierdzić, że Polak wyrobił sobie dobrą markę w Stanach Zjednoczonych. To na pewno znajdzie przełożenie na oferty i… pieniądze.
11 punktów i 15 zbiórek w spotkaniu, w którym Magic nie byli uważani za faworyta, a Gortat zastępował w wyjściowej piątce najważniejszego zawodnika i lidera zespołu musi robić wrażenie. Polak nie tylko nie przestraszył się olbrzymiej odpowiedzialności. Potraktował ten mecz, jak pewny siebie i własnej wartości koszykarz, który chce wysłać trenerowi jasny sygnał – potrafię już wystarczająco wiele, abyś mnie docenił. Nie boję się nikogo, jestem gotów, aby grać sporo i wygrywać. Demonstracją siły był zwłaszcza atomowy wsad ponad Samuelem Dalembertem, którym – dosłownie – posadził rywala na parkiecie, jak swego czasu Andrzej Gołota Riddicka Bowe’a. Zagranie to pokazywały tego samego oraz w następnych dniach wszystkie telewizje sportowe w Ameryce.
"Wow, mówiłem, że ten chłopak potrafi grać" – komplementował Polaka słynny Sir Charles Barkley. "Niesamowite! Tak gra "Polish Hammer" – wtórował mu Chris Webber, jeden z najlepszych skrzydłowych tej ligi w ubiegłej oraz obecnej dekadzie. Chris Sheridan, ceniony analityk telewizji ESPN, stwierdził: "Nazywajcie go jak chcecie, ale to jest prawdziwy zawodnik w wadze ciężkiej, dzięki któremu Magic nie cierpieli z powodu braku ich największej gwiazdy".
Gortat przekonał, że jest chłopakiem bez kompleksów, który ciężko pracuje na swoją przyszłość. Jego kariera rozwija się niezmiennie we właściwym kierunku. Jeśli nawet nie zostanie w Orlando, co wydaje się bardzo wątpliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę dość napięte stosunki z trenerem van Gundym, z pewnością ustawi się po niego kolejka chętnych z różnych stron USA, z San Antonio Spurs, Los Angeles Lakers oraz Miami Heat w rolach głównych. Dobrze broniący, skutecznie zbierający na tablicach i przy tym mobilni centrzy są rzadkością nawet w NBA. Przekonuje o tym najlepiej przykład Dalemberta, ośmieszonego przez Gortata w najbardziej efektownej akcji meczu, który w dwóch następnych sezonach zarobi odpowiednio: 11,36 oraz 12,2 milionów dolarów.
Polak rozgrywa na parkietach NBA dopiero drugi sezon i ciągle zbiera doświadczenie, a przy tym trafił niefortunnie na okres kryzysu ekonomicznego, który dotknął także kluby tej ligi. Ale czy rzeczywiście roczne zarobki w wysokości od trzech nawet do pięciu milionów dolarów rocznie są poza jego zasięgiem? Jeśli zagra jeszcze jeden, dwa takie mecze, jak ostatnio w Filadelfii, to 1 lipca 2009 roku z jednego z najbiedniejszych graczy w NBA stanie się milionerem. Już teraz nie jest przecież gorszy od Tony’ego Battie, pobierającego z kasy w Orlando 5,7 mln.

Autor: MARCIN HARASIMOWICZ