Mistrzowie czekają na Gortata

7

Boston Celtics wygrali decydujący siódmy mecz z Chicago Bulls 109:99. W półfinale Konferencji Wschodniej "Celtowie" zmierzą się z Orlando Magic Marcina Gortata.

 

Foto: EPA/GUnter Corbis
Paul Pierce wie, komu dziękować

Boston Celtics wygrali decydujący siódmy mecz z Chicago Bulls 109:99. W półfinale Konferencji Wschodniej "Celtowie" zmierzą się z Orlando Magic Marcina Gortata.

Smutni panowie oferujący bilety na decydujący mecz Celtics – Bulls na trzecim piętrze nowego Garden za 350 dolarów ("pod salą będą za 500 dol.") oraz kibice korzystający z prawie letniej temperatury i noszący t-shirty, upamiętniające zeszłoroczny tytuł mistrzowski – to wszystko przywitało mnie na lotnisku w Bostonie. Jadąc do hali, zastanawiałem się nad dwiema rzeczami – żałowałem, że ta seria musi się skończyć i liczyłem, ilu potrzeba dogrywek, bym nie obejrzał walki Manny Pacquiao z Ricky Hattonem z Las Vegas. Tym razem dogrywki nie było – 109:99 (23:28, 29:11, 26:33, 31:27) – wygrało doświadczenie Celtics. Ile sił zostało mistrzom na przywitanie w drugiej rundzie, już w poniedziałek ekipy Dwighta Howarda i "Polskiego Młota" Marcina Gortata z Orlando Magic?

KLASYK KLASYKÓW

Siedem dogrywek w sześciu meczach i jeśli odrzucimy jedno łatwe zwycięstwo Bostonu, różnica punktów między Celtics i Bulls w sześciu pozostałych spotkaniach: tylko 681:672 dla Bostonu. Pięć z sześciu spotkań rozstrzygniętych różnicą jednego rzutu za trzy punkty. 67 remisów, ponad 100 zmian prowadzenia, najdłuższa seria w historii NBA playoffs – ale sama statystka nie jest w stanie oddać dramaturgii serii, która została okrzyczana czymś niezwykłym. "Sports Illustrated" i "ESPN Magazine" – dwie najważniejsze i największe gazety sportowe w USA już teraz uznały wojnę między Boston Celtics i Chicago Bulls za "najlepszą serię wszech czasów". I to nie tylko w koszykówce, ale w historii amerykańskiego sportu.
Nawet bez Kevina Garnetta obrońcy tytułu byli zdecydowanymi faworytami, bo przecież w Bulls brakowało Luola Denga, jednego z trzech najskuteczniejszych graczy drużyny. Ale tak naprawdę, nikogo z nas nie powinien dziwić fakt, że Bulls wywalczyli mecz numer siedem. Nie ma wiele zespołów w NBA, które są w stanie wystawić piątkę zawodników, która została wybrana w pierwszej dziesiątce NBA Draft – Chicago mogło: Derrick Rose (nr 1), Ben Gordon (nr 3), Tyrus Thomas (nr 4), Kirk Hinrich (nr 7) i Joakim Noah (nr 9). I to widać było na parkiecie.

METAMORFOZA MISTRZÓW

Na przedmeczowej rozgrzewce Bulls w TD Banknorth Garden, jeden bohaterów meczu numer 6, Brad Miller trenował… śpiew. Ben Gordon, który w czwartek z powodu kontuzji i szybko "złapanych" przewinień grał tylko 30 minut, zapowiadał, że "zabiega Celtów na śmierć". Nikt już nie spekulował, czy zagra w zespole Celtów Kevin Garnett ("prędzej na parkiecie zobaczycie Yeti" – trener Bostonu Doc Rivers), wszyscy czekali, żeby się wreszcie zaczął mecz numer siedem…
Gordon potrzebował tylko czterech minut pierwszej kwarty, by zdobyć 10 punktów, Rose zaliczył dwa bloki (w tym nad wyższym o 25 centymetrów Brianem Scalabrinim), a cała ekipa Bostonu rzucała tak, jak się… można było spodziewać po nie najmłodszej drużynie, która 48 godzin wcześniej grała trzy dogrywki – fatalnie. Kibice w nowym Garden zamilkli, kiedy kolejny rzut Gordona trafił do kosza, a zespół, który miał – jeśli wierzyć przedmeczowym zapowiedziom siedzącego na ławce Garnetta – "zostać przywołany do rzeczywistości" prowadził w pierwszej kwarcie 19:11 i na początku drugiej połowy, po 17 (!) punkcie Gordona różnicą dziewięciu punktów (32:23). Nawet zryw Bostonu nie zmienił obrazu gry – za każdym razem, kiedy Celtowie potrafili zmniejszyć przewagę po ofensywnych dobitkach Perkinsa, wyraźnie szybszy zespół z Chicago nie miał problemów ze znalezieniem pozycji strzeleckiej.
Po przegraniu pierwszych dwunastu minut 23:27, Doc Rivers zdołał wreszcie wytłumaczyć swoim koszykarzom, że mogą wygrać tylko w jeden sposób – zwalniając grę i dominując pod tablicami. Pomogło. Przez następne sześć minut Bulls częściej tracili piłkę, niż celnie rzucali, a Celtowie, zdobywając 21 kolejnych punktów (dwa rzuty za trzy punkty Eddie House’a, które podniosły z krzeseł wszystkich na sali i spokojna, skuteczna gra pod koszem), objęli prowadzenie po pierwszej połowie 52:38. Gra w obronie i skuteczność ławki rezerwowych Celtics oraz niemoc strzelecka do tej pory tak skutecznych graczy Byków, jak John Salmons (6 pkt) czy Kirk Hinrich (2 pkt), plus osiem minut bez trafienia z gry – młodzi gracze Bulls mogli być zadowoleni, że nie było jeszcze gorzej…
Tylko ktoś, kto nie widział poprzednich meczów tej serii, mógł myśleć, że to wystarczy, by załamać Bulls. Ciągle zbyt wiele było akcji jeden na jeden, znacznie skuteczniejszych na podwórku niż przeciwko mistrzom NBA, ale na trzy minuty przed końcem trzeciej kwarty przewaga chyba bardziej zmęczonych gospodarzy zmalała po trafieniu Salmonsa do 7 punktów. Tyle pozostało już do końca tej części gry (78:71), a twarze kibiców w Garden były takie same, jak koszykarzy Celtics – ostatnie dwanaście minut i Bulls ciągle mają szansę.
Było jeszcze ciszej, kiedy po serii celnych rzutów Hinricha różnica wynosiła tylko cztery punkty (81:77), kilka sekund później rzut "Kapitana Kirka" za trzy wypadł z kosza.
Punkt za punkt, faul za faul, każda akcja o której wszyscy w sali wiedzieli, że może zmienić losy serii. Na 5 minut przed końcem meczu zrobiło się kuriozalnie – Bulls dostali nawet punkt bez gry, kiedy sędziom przypomniało się, że źle policzyli rzut Gordona z… pierwszej kwarty i było tylko 89:86 dla Bostonu! Przez kolejne mijające minuty Bulls mieli przynajmniej trzy szanse, by wyrównać lub wyjść na prowadzenie (dwa spudłowane rzuty z łatwych pozycji Salmonsa i Gordona). To, czego nie potrafili Bulls, wiedzieli jak wykorzystać doświadczeni gracze z Bostonu – przede wszystkim Ray Allen (23 pkt, 7 zb) i Paul Pierce (20 pkt, 9 zb), których dziewięć kolejnych rzutów osobistych dowiozło Celtom zwycięstwo 109:99. Z dwucyfrowym dorobkiem punktowym spotkanie zakończyła jeszcze trójka graczy Celtics: Eddie House – 16, Glen Davis – 15 oraz Kendrick Perkins – 14 punktów i 13 zbiórek.
Najskuteczniejszym zawodnikiem meczu był Ben Gordon, który uzyskał 33 punkty i miał cztery asysty. Derrick Rose zdobył 18 punktów, a Kirk Hinrich – 16. 15 zbiórek, z czego 13 w obronie, a także siedem punktów zanotował Joakim Noah, syn byłego francuskiego tenisisty Yannicka Noaha.
Wielka seria dobiegła końca. Która będzie następna?

NA KŁOPOTY WADE

W Miami Dwyane Wade uratował miejscowych Heat przed wyeliminowaniem w pierwszej rundzie playoffs. W szóstym spotkaniu zdobył 41 punktów i mocno przyczynił się do wygranej swego zespołu nad Atlantą Hawks 98:72. W serii do czterech zwycięstw jest remis 3-3. Która drużyna awansuje do drugiej rundy zadecyduje siódme spotkanie. Lepszy w tej parze trafi na faworyta rozgrywek – Cleveland Cavaliers.
Trener Miami Erik Spoelstra porównał Dwyane’a Wade’a do tytana. "Grał jak natchniony" – powiedział po zakończeniu spotkania. Gdy w ostatniej kwarcie Wade szedł odpocząć na ławkę rezerwowych, kibice bili mu brawo na stojąco.
W drużynie z Miami dobrą formę zaprezentował również młody Michael Beasley. Zdobył on 22 punkty i miał piętnaście zbiórek. Był to jego najlepszy występ w playoffs.
W drużynie z Atlanty najlepszym strzelcem był Mike Bibby, który zdobył 20 punktów. Hawks w dalszym ciągu mają nadzieję, że po dziesięciu latach uda się im awansować do drugiej rundy playoffs.

PRZEMEK GARCZARCZYK Z BOSTONU, JG, (PAP)


WYNIKI NBA PLAYOFFS

KONFERENCJA WSCHODNIA
I runda: Miami Heat – Atlanta Hawks 98:72; stan rywalizacji: 3-3; Boston Celtics – Chicago Bulls 109:99; stan rywalizacji: 4-3 dla Celtics.

Autor: