New York Cup dla Red Bulls

0
12

Kiedy cztery lata temu do Red Bulls Nowy Jork przychodził Thierry Henry, dla klubu z MLS zaczynała się nowa epoka. Jeszcze nigdy w historii tej drużyny w ich szeregach nie grał tak wybitny piłkarz, choć przecież na chleb w Nowym Jorku zarabiali także m.in. Niemiec Lothar Matthaus, Włoch Roberto Donadoni czy reprezentacyjny kolega Francuza Youri Djorkaeff. Włodarze klubu mieli nadzieję, że zarabiający przeciętnie około 4 milionów dol. na sezon Titi poprowadzi ich do triumfów i przerwie 18-letnią, wstydliwą passę MetroStars/Red Bulls bez znaczącego trofeum. Nieudolna polityka transferowa klubu sprawiła jednak, że dziś – cztery wiosny od debiutu Titiego na Red Bull Arena – w gablocie klubu dalej są pustki. Co prawda w ubiegłym roku Henry i spółka sięgnęli po Supporter's Shield, przyznawaną dla najlepszej drużyny regularnego sezonu, ale ich występy w playoffs rok w rok kończą się niedosytem, rozczarowaniem i przedwczesnym odpadnięciem w rywalizacji z drużynami o dużo niższych budżetach.

Obecny sezon MLS jest dla Henry'ego – który ma łatkę zwycięzcy (jako m.in.: klubowy czempion Francji, Anglii i Hiszpanii, triumfator Ligi Mistrzów oraz reprezentacyjny Mistrz Świata i Euro) – ostatnią szansą na postawienie w Nowym Jorku swojego stempla i wyjście z cienia Davida Beckhama, który poprowadził innego kolosa MLS – Los Angeles Galaxy – do dwóch ligowych triumfów. Widać, że Henry jest zmotywowany jak nigdy, gdyż z pokorą przyjął w drużynie nową, mniej egzekutywną rolę – już nie ucieka obrońcom lewym skrzydłem niczym gazela, tylko kreuje grę i wypatruje lepiej ustawionych kolegów. Efekt jak na razie jest połowiczny, bo Henry jest co prawda najlepszym asystentem w lidze (10 podań otwierających drogę do bramki), ale Red Bulls, zamiast dominować, wciąż tylko balansują na krawędzi oddzielającej drużyny zmierzające w stronę uwielbianych w USA, lecz krytykowanych przez piłkarzy z europejskim rodowodem playoffs od tych, które w przypadku braku awansu będzie czekać długa zima.

W sobotni wieczór na Red Bull Arena walka nie toczyła się o ligowe punkty, lecz o towarzyski puchar Nowego Jorku. Dla Henry'ego historia zatoczyła koło, bo przeciwnikiem Byków był jego ukochany Arsenal, który przyjechał do USA po raz pierwszy od 25 lat. Zakończony niedawno mundial sprawił, że w mocno przetrzebionym składzie Kanonierów brakowało 14 graczy na czele z mistrzami świata: Mertesackerem, Ozilem i Podolskim, a także nowym nabytkiem Kanonierów Alexisem Sanchezem. W ekipie naszpikowanej młodzieżowcami najbardziej znanymi piłkarzami byli Anglicy Kieran Gibbs i Jack Wilshere, Walijczyk Aaron Ramsey, Hiszpanie Nacho Monreal, Santi Cazorla i Mikel Arteta oraz oczywiście Wojtek Szczęsny. Mimo to stadion w Harrison był niemal w komplecie wypełniony fanami drużyny z północy Londynu, dla których okazja do zobaczenia w akcji ich legendy była tak nieodparta, że odkupowali bilety na to spotkanie od… posiadaczy karnetów nawet za kilkaset dolarów.

Wszystko to sprawiło, że Arsenal mógł się czuć w Harrison jak w domu. Ich fani zgotowali im fantastyczne przyjęcie i chóralnymi śpiewami wspierali Kanonierów przez niemal całe spotkanie. To jednak nie zdeprymowało gospodarzy, którzy już w 5. min mogli objąć prowadzenie po tym, jak w sytuacji sam na sam ze Szczęsnym znalazł się… Henry. Francuz otrzymał idealne podanie od Lloyda Sama i będąc kilka metrów od bramki uderzył w długi róg, ale Polak wyciągnął się jak struna i w świetnym stylu wybił piłkę na rzut rożny. Chwilę później niedoświadczona defensywa gości znów popełniła fatalny błąd i w identycznej sytuacji znalazł się Bradley Wright-Phillips. Szczęsny znowu dobrze skrócił kąt i uniemożliwił liderowi klasyfikacji strzelców MLS oddanie celnego strzału.

Inicjatywa Red Bulls przyniosła efekt bramkowy w 32.min. Z rzutu rożnego piłkę w pole karne wkręcił Henry. Spadła ona na głowę Ibrahima Sekagyi, który zagrał na środek wprost pod nogi Wrighta-Phillipsa. Anglik uprzedził interweniującego obrońcę i Szczęsnego i z najbliższej odległości wpakował futbolówkę do bramki. 
Po zdobyciu gola do głosu doszedł Arsenal, w którego szeregach brylowali Rosicki, Cazorla i Wilshere. Jeszcze przed przerwą gracze Wengera stworzyli sobie dwie świetne okazje, których jednak nie wykorzystał Wilshere. 

Po zmianie stron Arsenal dokonał aż 7 roszad w składzie, ale nadal był stroną przeważającą. W 48. min Cazorla mógł wyrównać, gdyby nie świetnie interweniujący Luis Robles. W 56. min Chuba Akpom trafił w końcu do siatki Red Bulls po idealnym podaniu Cazorli, ale arbiter odgwizdał spalonego. Wówczas na boisku nie było już Henry'ego, który opuścił plac gry przy ogłuszającej owacji na stojąco. 

Red Bulls – których w środę czeka ważny mecz ligowy w Salt Lake City z Realem – dokonali kilku kolejnych zmian (wszedł m.in. Mateusz Miazga) i mecz przerodził się w sparing rezerw. Red Bulls uważnie pilnowali dostępu do własnej bramki i poza jednym wyjątkiem – kiedy Robles obronił strzał Akpoma – nie pozwolili młodym Kanonierom na zdobycie wyrównującego gola. W efekcie po końcowym gwizdku sędziego to oni wznieśli w górę kryształowy New York Cup.
„Fajnie było zagrać przeciwko Arsenalowi i cieszę się z naszego zwycięstwa”  – powiedział Mateusz Miazga, który po meczu wymienił się koszulką z Wojtkiem Szczęsnym. „Trzeba przyznać, że Red Bulls byli dziś od nas lepsi – skwitował golkiper reprezentacji Polski. – Mamy trzy tygodnie do rozpoczęcia sezonu i jestem przekonany, że forma będzie zwyżkować”.
Trzecim polskim uczestnikiem sobotniego spektaklu był arbiter techniczny Robert Sibiga.

New York Red Bulls  1 (1)
Arsenal FC                 0  (0)

Bramka: 1:0 – Bradley Wright Phillips (Ibrahim Sekagya, Thierry Henry) 32’. Żółte kartki: Cahill, Kimura. Widzów: 25,219. Sędziował: Javier Santos
New York Red Bulls: Luis Robles (Ryan Meara 81’), Chris Duvall (Kosuke Kimura 78’), Jamison Olave (Armando 46’), Ibrahim Sekagya (Matt Miazga 62’), Roy Miller (Eric Alexander 46’), Lloyd Sam (Connor Lade 81’), Dax McCarty (Ruben Bover 70’), Tim Cahill (Michael Bustamante 63’), Ambroise Oyongo, Thierry Henry (Peguy Luyindula 57’), Bradley Wright-Phillips (Andre Akpan 46’)
Arsenal FC (1. poł): Wojciech Szczęsny, Carl Jenkinson, Nacho Monreal, Issac Hayden, Kieran Gibbs, Santi Cazorla, Aaron Ramsey, Tomas Rosicky, Gedion Zelalem, Jack Wilshere, Mikel Arteta. (2. poł): Damien Martinez, Hector Bellerin, Nacho Monreal, Ignasi Miquel, Kieran Gibbs, Francis Coquelin, Mathieu Flamini, Abou Diaby, Santi Cazorla (Kristoffer Olsson 71’), Tomas Rosicky (Jon Toral 71’), Chuba Akpom

Autor: TOMASZ MOCZERNIUK